Cwałem przez życie

Wpisy

  • niedziela, 18 stycznia 2015
    • Samoloty, samoloty...

      Podsumowanie roku i bal z tej okazji mieliśmy w Hiltonie, w poniedziałek. Bal był całkiem udany, ale i tak największą atrakcją był lot samolotem, czego nie cierpię. Kupiłam sobie na tę okazję kozaczki, szpilki, futerko, sukienki i nawet torebkę. Wszystko pod czujnym okiem K, który pomagał mi dobierać i wybierać i przekonywał, jak miałam opory cenowe, że jestem tego warta. Pierwszy raz w życiu zrobiłam takie zakupy, ale też pierwszy raz w życiu miałam za co:) Chwilowo pewnie, ale co tam.

      K powiedział, że mam się czuć, jak gwiazda i tak się czułam. 

      Rano o 3 w nocy musiałam wstać, żeby zdążyć na samolot, więc wyszykowałam się i pognałam. Zapomniałam tylko zabrac czapki i rękawic, a wiało lodowato. Pół biedy we Wro, ale jak wylądowaliśmy w Modlinie i trzeba było przejść kawałek do budynku, to nie dość, ze ledwo doszłam, tak wiało, to jeszcze doszłam sztywna z zimna. Oczywiście, kiedy poczułam ciepło pomieszczenia wszystko opadło, złe emocje, zimno i nawet ja. Kolega Jarek mnie ratował, gdy (wydawało mi się) w zwolnionym tempie lądowałam na podłodze. Ja nie wiem, jak to się stało i na czym się poślizgnęłam:

      1. Było sucho

      2. Nic nie leżało

      3. Nie było się czego złapać poza Jarkiem. 

      Runęłam tak, że dostałam brawa. Gwiazda w futerku, nowych kozaczkach i pięknej sukience zbierająca się na kolanach z podłogi. W podartych rajstopach. I z siniorem na kolanie.

      Teraz mam dwa sińce, każdy na innym kolanie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Samoloty, samoloty...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 stycznia 2015 16:32
    • Magiczna noc

      Wczoraj byliśmy na balu. Drugi raz w naszym wspólnym życiu mieliśmy okazję do tańców. K bawi się jak ja, co mnie bardzo cieszy, bo nie ma nic lepszego, jak partner, który odbiera na tych samych falach. I nie wstydził się mnie, że tańczę na boso, chociaż to bal. Ale nikomu mnie nie oddał, poza Witkiem, który sam mnie odciągnął, wpychając w ramiona K swoją żonę.

      Bal był charytatywny, organizowany przez przedszkole, w którym się poznaliśmy z K na kiermaszu dla Oli 5 lat temu. Dyrektorka świetnie zna K i pamięta mnie, bo Piotrek tam chodził. Wyściskała nas mocno. 

      Czułość i miłość K wylewała się na mnie w każdym geście. Czułam się tak, jakbyśmy byli tam sami, tylko ja i on. I muzyka. Jak zakochani nastolatkowie. 

      Jakaś kobieta wbiła mi szpilkę między palce u nogi i już nie mogłam za bardzo pląsać, więc poszliśmy do domu. Ale noc wcale się nie skończyła...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 stycznia 2015 12:32
  • sobota, 17 stycznia 2015
    • Gwiazda

      Cały dzień dziś miałam napięty do granic możliwości. Może też bardziej się stresowałam, bo K dziś znów wraca z Niemiec. W każdym razie pod koniec dnia pracy umówiłam się z K2 w Marino, że ją stamtąd odbiorę, bo poza nią musiałam jeszcze odebrać paczkę z GLS i sukienkę z pralni. Spieszyłam się bardzo, bo chciałam o normalnej porze wrócić do domu. Zaparkowałam szybciutko i pomknęłam do wejścia. Przy drzwiach stało dwóch mężczyzn i głośno o czym rozmawiali. Biegnąc zauważyłam na drzwiach strzałki wskazujące na drzwi obok, więc zmieniłam kurs i wbiegłam. Prosto w szybę. Z impetem i okrzykiem. Bo prawie nos złamałam. Panowie też wrzasnęłi, bo taki był huk. Osunęłam się lekko, potem otrzepałam, rzuciłam w eter:

      - to ci niespodzianka!

      i wbiegłam lekko do sklepu słysząc są sobą salwy śmiechu.

      K2 powiedziała mi, że jak następnym razem nie zabiorę jej na takie widowisko, to nigdy mi nie wybaczy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gwiazda”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 17 stycznia 2015 00:28
    • Przydałaby się luteina...

      Po tym wypadku nie mogę się pozbierać. funkcjonuję na połowie obrotów. spóźniam się do pracy. Przyjeżdżam bez karty i nie mogę wejść do biura. Potem przyjeżdżam bez telefonu. Potem bez dokumentów. Znowu bez karty. Aż w końcu spadam ze schodów i to powoduje pewnego rodzaju ocknięcie.

      - Grażka, nas już nic nie zdziwi - słyszę, gdy wracam się 3 raz po kartę na górę.

      I nie jestem w stanie rozmawiać z K, gdy jedzie samochodem.

      I przypomniało mi się, że kiedy ja miałam wypadek, to rozmawiałam akurat z przyjaciółką przez telefon i też wszystko słyszała. Głównie moje wrzaski i huk. Dziś wiem, co czuła. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przydałaby się luteina...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 17 stycznia 2015 00:22
    • Kiedy sekunda trwa nieskończoność...

      Jest 7 styczeń. Wczoraj byłam u mamy z chłopcami. O mały włos, a zostalibyśmy tam do dzisiaj, bo zamarzł mi zamek w samochodzie. 40 min go odmrażaliśmy ze szwagrem. Pokazał mi sposób na butelkę z gorącą wodą. I tak jednak puścił dopiero od suszeniu suszarką.

      Dziś mam jechać do Nowej Soli, najpierw jednak muszę lecieć o 8-mej do przychodni po skierowanie Piotrka na USG, bo założyłam mu polisę i chcą potwierdzić, że śledziona już w porządku. O 10-tej mamy zabukowany termin badania. Piotrek jest w szkole, potem go zabieram. Po badaniu jadę do Nowej Soli. 

      Wszystko fajnie, tylko zalek znów zamarzł. Żadne odmrażacze ani butelki z ciepłą wodą nie pomagają. Ani drgnie. Lecę więc z buta te 2km do przychodni, mam nadzieję, że zdążę wszystko pozałatwiać i ze zamek się odmrozi. Czekam na lekarkę 15 min. Okazuje się, że jej auto nie odpaliło i też przybiegła na piechotę. Potem czekam kolejne 15 min, aż lekarka znajdzie nowy numer choroby, bo się wszystko zmieniło od 1 stycznia. Ledwo zdążam zanieść skierowanie do drugiej placówki, gdzie ma być USG, potem muszę lecieć po Piotrka do szkoły, co też czynię. Czeka go jeszcze pobranie krwi.

      Piotrek zły, że musimy iść na piechotę, ale idzie w końcu, bo jest bardzo głodny, a może zjeść dopiero po badaniu.

      Dochodzimy do przychodni, ale tylko my, bo lekarz nie przyszedł do pracy. Piotrek zawiedziony, ja też, idziemy do drugiej przychodni pobrać krew. Udaje się z palca. Nawet nie walczę o żyłę, skoro palec wystarczy. Robi się późno, muszę dać Piotrkowi śniadanie, po czym wraca do szkoły, a ja do odmrażania auta.

      Po 45min chce mi się płakać, NIC nie skutkuje. Dzwonię do szefowej z informacją, że mogę nie pojechać do tej Nowej Soli, potem dzwonię do K, czy zna jakiś inny sposób. Nie zna, poza tym, żeby przysłać mi swojego przyjaciela Lewego. Lewy przyjeżdża, szybko niczym torpeda. Wystarcza, że przekręca zamek kluczykiem i samochód się otwiera. Nie wiem, jak to zrobił, chociaż on twierdzi, że to moje wcześniejsze czary podziałały. Cokolwiek to było, wsiadam szybko i jadę. Dzwonię do szefowej, że się udało.

      Droga do NS nie jest fajna, bo śnieży mocno. Nawet bardzo mocno. Dojeżdżam na spotkania- bardzo fajni ludzie, może coś z tego będzie. Załatwiam wszystko i wyjeżdżam. Dowiaduję się, że K tez wraca do PL - ściągają z przyjacielem jakiś zepsuty samochód kolegi. Ciągną go na przyczepie lawetowej, jadą busem Przemka - przyjaciela. K jest pasażerem, ja mam zestaw głośnomówiący. Podsumowujemy dzień ciesząc się, że źle się zaczął, ale wygląda na to, że dobrze się skończył.

      - kochanie, poczekaj chwilę - słyszę nagle

      - Przemek, przyhamuj trochę, patrz co się dzieje - dobiega mnie głos K - uważaj!!!

      Jest gołoledź, sama jadę bardzo wolno, bo na drodze szklanka. Słyszę u nich jakieś poruszenie, krzyki. Nagle świat usuwa mi się spod nóg. Lecę w przepaść słysząc ich krzyki i odgłos zgniatanego metalu. Huk. Jeden. Potem po chwili drugi. Krzyczę. Właściwie, to mam otwarte usta i nie mogę oddychać, ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Jednak mogę.

      Drę się wołając Krzyśka, a łzy kapią mi na kierownicę. 

      - kochanie, żyjemy! NIC NAM NIE JEST!!!! - Jezu, jak dobrze, że go słyszę... - nie mogę znaleźć telefonu, samochód jest skasowany, daj mi chwilkę, muszę zawołać pomoc, stoimy w poprzek autostrady, uderzyliśmy o betonowy ekran. Wpadliśmy w poślizg.

      - słyszałam - próbuję zachować zimną krew, ale muszę się gdzieś zatrzymać - przyjadę po Ciebie. 

      - poczekaj proszę, daj mi godzinę, muszę zadzwonić po policję, potem naradzimy się z Przemkiem.

      - kocham cię - mówię cicho - nigdy mnie nie zostawiaj...

       

      Odmawiam resztę spotkań. Cała się trzęsę. Dzwonię do Rexa, że zaraz zabiorę dzieci - on miał ich wziąć na noc, ale okazało się, że wcześnie rano wyjeżdża i muszę och zabrać z powrotem. Mówię mu co się stało, że prawdopodobnie pojadę po K, więc jutro będzie musiał mi pomóc w opiece nad nimi. Proszę, żeby dopilnował, żeby szybko się ubrali, bo jestem strasznie zmęczona.

      Dzwonię do K2, umawiamy się, że będziemy razem, nie chcę jej zostawiać samej mimo, że w zasadzie nic im nie jest. Plan mamy taki, że ja pojadę po K z moim bratem jako kierowcą, a K2 zostanie z chłopcami i wyprawi ich rano do szkoły.

      Chłopcy wychodzą od Rexa potulnie jak baranki.

      - jak K mamo, nic mu nie jest?

      - Jezu, jak dobrze, że mu się nic nie stało

      - ale na pewno nic go nie boli?

      - był u lekarza?

      Jedziemy razem po K2, mocno ją przytulam i jeszcze raz mówię, że jest ok.

      Mówię chłopcom, że K2 wyprawi ich do szkoły.

      - o matko, nie wiem jak to będzie - mówi Piotrek, gdy daję mi buziaka na dobranoc - pierwszy raz ciebie rano nie będzie mamusiu. 

      - no nie pierwszy, przecież u taty jak jestes, to mnie nie ma

      - ale jest tata, to jest inaczej

      - no fakt. Ale K2 wszystko wie co i jak, obiecuję, że dacie sobie radę, ok?

      - ok. Ale to będzie dziwnie.

      Potem 3 godziny czekamy na decyzję co dalej. K pojechał jednak do szpitala na badania, bo boli go klatka, Przemka szyja. Ten drugi huk, który słyszałam, to przyczepa lawetowa, przez którą wpadli w poślizg, bo straciła przyczepność jadąc z górki. Walnęła w nich bokiem od strony kierowcy. 

      Myślę w duchu, że to cud, że Ola ma wielkie i mocne skrzydła. Jutro piąta rocznica jej śmierci.

      K nie chce jednak, żebyśmy jechali po niego, załatwił zastępcze auto z ubezpieczenia i wracają. Czują się na siłach. Tylko ja się nie czuję, żeby jechali sami. Martwię się bardzo.

      Jest 3 w nocy. Idziemy z K2 spać. Ryczę w poduszkę, słyszę, że ona chyba też. Nie mogę spać. Rano zrywam się do pracy, jadę na zebranie na 9:00 i wracam. Wszyscy w pracy pytają się mnie, co się stało. Nie jestem w stanie o tym mówić. 

      Wracam do domu, jest 11:00. Kiedy parkuję na parkingu widzę kątem oka, jak ktoś podchodzi do drzwi samochodu. To K. Wysiadam, wtulam się w niego i nie mogę się oderwać. Dotykam jego twarzy, włosów, oczu...

      - chyba jeszcze mam coś do zrobienia - mruczy mi do ucha- inaczej by mnie tu nie było... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kiedy sekunda trwa nieskończoność...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 17 stycznia 2015 00:18
  • poniedziałek, 05 stycznia 2015
  • niedziela, 04 stycznia 2015
    • Zmiany:)

      Od wczoraj mam w salonie nowe meble. Po 3 latach. I mam nawet stół. Co prawda bez krzeseł, ale przecież nie wszystko od razu:) Mam śliczny salon. 

      K2 przyniosła do nas swoją ulubioną herbatę, kubek i miseczkę. Powiedziała, że czuje się jak u siebie. Trochę jestem zaskoczona tempem rozwoju wydarzeń, nie do końca chyba jednak jestem przygotowana na odstąpienie części swojego terytorium, ale w zasadzie miejsca starczy dla wszystkich, a ja czuję, że wreszcie zaczyna robić się normalnie.

      K był razem z K2 u jej psychologa - wybierał się już tam dość długo, chyba z rok. Ta wizyta dużo mu dała, a ja się dowiedziałam, że rozmowy K2 ze mną dobrze na nią wpływają. To też mnie cieszy, bo przecież o to chodzi.

      Piotrek po raz pierwszy zrobił sam zadanie domowe z angielskiego. Zawołał mnie tylko, żebym sprawdziła.

      I w grudniu zarobiłam najwięcej pieniędzy w swoim życiu. Wypłata za 5 dni.

      Podoba mi się ten 2015.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zmiany:)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 stycznia 2015 23:55
  • wtorek, 30 grudnia 2014
    • Zaginiony...WLEW

      Jakiś tydzień temu mój piękny samochód poinformował mnie komunikatem po francusku czy belgijsku czy lichotamwiejakim, że kończy mi się płyn do spryskiwaczy. K zaoferował się, że kupi i doleje, jako że facet i takie tam. No i fajnie. Kupił i codziennie zapominał, że ma dolać. W końcu dziś rano wstał i obwieścił, że spadł śnieg, więc on zaraz się ubierze, odśnieży mi auto i doleje płynu.

      Wszystko zabrzmiało tak pieknie i miło, że aż nierealnie. No i okazało się nierealne, bo wpadł w ciąg telefoniczny i nie zdążył przed moim wyjściem. Trochę byłma zła, przyznaję bez bicia, więc zabrałam się z tym płynem ostentacyjnie i wyszłam do pracy. Słyszałam, że K jeszcze woła za mną, żebym poczekała, ale gdzie tam. NIE BĘDĘ CZEKAĆ. PORADZĘ SOBIE.

      Zwykle dolanie płynu do auta nie stanowi większego problemu nawet dla mnie. Tym bardziej, że zwykle dolewam go sobie sama, bo K nie ma. Auto odśnieżyłam dokładnie, ale nieco zmarzłam i przemoczyłam rękawiczki, więc stwierdziłam, że się nieco rozgrzeję jadąc do pracy, a potem doleję płynu. 

      Śnieg spod kół ma jednak to do siebie, że pryska, więc moja szybka przednia szybko przestała być przeźroczysta i trzeba było coś zrobić. Płynu zabrakło już doszczętnie w zbiorniku, więc ślepiąc nieco przez tę szybę udało mi się dojechać do pierwszej na trasie stacji paliw. Trochę się spieszyłam, bo w zasadzie już wiedziałam, że dojadę na styk do pracy, więc zatrzymałam się z boku, zwinnym ruchem wysiadłam z auta, uprzednio posłużywszy się niecałkiem długo szukaną dźwignią otwierającą Klapę Przednią. Stałam tak przez chwilę, jak ostatnia paniusia i wgapiałam się w otwarta maskę mojego srebrnego volviaka, aż w końcu poddałam się.

      - przepraszam pana, czy mógłby mi pan pomóc? - krzyknęłam do pana z obsługi, który akurat nalewał paliwo jakiemuś klientowi.

      - już idę -pan uśmiechnął się do mnie, skończył tankować i podszedł leniwym krokiem

      - trochę mi głupio - brnę nieśmiało - ale może to nie jest samochód dla blondynek, bo proszę pana ja nie mogę znaleźć wlewu do płynu do spryskiwaczy...- uśmiecham się nieśmiało - może pan wie, gdzie powinnam go wlać?

      Pan uprzejmie pochylił się nad maską. Trwało to jakąs chwilę, po czym podniósł głowe, popatrzył na mnie i rzekł:

      - wie pani co, może to glupie, ale ja tez nie widzę tego wlewu. Proszę poczekać chwilę, zadzwonię do kolegi, który naprawia volva - to mówiąc sięgnął za telefon. Chwilę trwało zanim grzebiąc pod maską znów się wyprostował.

      - kolega mówi, że to jest albo ten wlew, albo ten - oznajmił wskazując na dwie zakrętki oznaczone trójkątem z wykrzyknikiem.

      - jak to albo albo? - spytałam niepewnie - to pan nie wie? - jęknęłam

      - może wlejmy tutaj - rzekł - odkręcając nakrętkę na wlewie nad prawym światłem i lejąc powoli niebieski płyn do spryskiwaczy

      - może jednak nie - ocknęlam się z zadumy, bo coś mnie tknęło - może niech pan nie leje jednak, jak p[an nie jest pewny. Pojadę do zaprzyjaźnionych mechaników we Wro i się ich zapytam. Coś tu jest nie halo.

      - może ma pani rację - odrzekł speszony pan ze stacji - chyba lepiej nie lać w ciemno.

      Sama nie wiem czemu, zadzwoniłam do K.

      - kochanie, nie wiesz, gdzie jest wlew do spryskiwaczy w moim aucie? - zapytałam grzecznie - bo nie możemy go znaleźć razem z panem ze stacji

      - Co? jak to nie możesz znaleźć? Na jakiej stacji jesteś? Już jadę! - K zaczął wykrzykiwać do słuchawki

      - nie, bez sensu, nie jedź, podjadę do zaprzyjaźnionych mechaników, oni zobaczą - szybko weszłam mu w słowo. Tylko jedyne co, to wlaliśmy nieco tego płynu nie do końca tam, gdzie trzeba. Chyba. - bąknęłam od niechcenia - to pa, muszę jechać.

      Pożegnałam się z Panem Ze Stacji, wysłałam smsa do pracy, że się spóźnię 15min i ruszyłam w dalszą drogę usiłując przebić się przez zabłoconą szybę. 

      Dojechałam do pracy, zaparkowałam i nagle doznałam olśnienia. Przecież mam komórkę, a niej internet, a w nim na pewno info gdzie jest zaginiony wlew!!! Odpaliłam więc szybko jak na moja komórkę internet i znalazłam instrukcję obsługi S40! W tam co? Piękny plan co jest gdzie pod maską. Otworzyłam maskę. Wysiadłam z auta i pochyliłam się nad jego wnętrznościami wraz z komórką. Krok po kroku weryfikowałam swoje odkrycia. Nagle mój wzrok zatrzymał się na ok 10cm pasku dzielącym szybę od maski. Taki nawiew, kratka taka. Cały samochód odśnieżyłam poza tym paskiem. Czując dreszcz podniecenia zgarnęłam ręką śnieg i znalazłam swojego Graala!!! Byłam uratowana.

      A jutro o 8:00 jadę wymienić płyn od wspomagania kierownicy. Bo jednak nie może być zanieczyszczony płynem do spryskiwaczy....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 grudnia 2014 22:10
    • Prawdziwy szczęściarz

      K dla żartu przyjechał nie w Wigilię tylko w niedzielę przed Wigilią. Szkoda tylko, że nie uprzedził, bo zdążyłam już wykonać prawie całą męską robotę! Na szczęście dla niego, na otarcie łez, pozostało zrobienie zakupów, a w tym kupienie karpia. K nie lubi karpia i brzydzi się tym corocznym mordem. Ja się brzydzę mniej, ale też niekoniecznie umiałabym to zrobić. W każdym razie cały dzień K spędził na robieniu zakupów i szukaniu wykrętów przed kupieniem karpia.

      - kochanie, rano były karpie, ale już nie ma! 

      - to poszukaj, bez karpia nie robię Wigilii

      - a może być patroszony?

      - pewnie, byle nie ze zdechalaka

      - a jak odróżnię?

      - nie wiem, lepiej żywego kupić

      Po kilku godzinach K wraca z karpiem w reklamówce. Ubitym i wypatroszonym.

      - wiesz, jakie miałem szczęście? - krzyczy od progu

      - nie wiem - odpowiadam zgodnie z prawdą

      - znalazłem ostatnie w mieście stoisko z karpiem i bylem bardzo nieszczęśliwy, bo to był żywy karp

      K opowiada, a ja patrzę na niego z uwagą.

      - no i facet przede mną uratował mi życie!

      - zabił ci karpia?

      - nie, poprosił tego sprzedającego, czy może uciąć karpiom głowy. Tamten się zgodził, a potem powiedział do mnie: a dla pana? A ja na to: NA GOTOWO!!! I dostałem wypatroszonego!

       

      Prawdziwy szczęściarz

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prawdziwy szczęściarz”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 grudnia 2014 19:00
    • Choinka

      Choinka musi być żywa i do sufitu. Zwykle zakup ten to typowo męski obowiązek, ale tak: K nie było, moi mężczyźni nieco cherlawi, K miał zjechać w Wigilię, a chciałam, żeby chłopcy ubrali ta choinkę. I K2 też chciała. No to co? To mamuśka udała się swoim niedużym volviakiem do centrum handlowego, ledwo zdążając po pracy przed zamknięciem i wybrała piękną choinkę. Pamiętając o tym, ze może być ciężko z transportem, wykorzystała wrażliwe serce młodego pana sprzedawcy z Castoramy, który był tak uprzejmy, że owinął choinkę i zatachał do samochodu. Nawet pomógł ją tam upchnąć. Zwycięska mamuśka z wyrazem tryumfu na twarzy i wystającą z okna choinką-pasażerem udała się na 30km wycieczkę w stronę domu. Choinka pięknie furczała w rytm pędzącego samochodu, mamuśka co jakiś czas odwracała się sprawdzając, czy choina jeszcze siedzi, czy już prawie wyfrunęła, usiłując jakoś przyklepać coraz bardziej wysuwającą się z okna folię. Co tam folia, co tam upiorne zimno, ważne, że choina wraz z mamuśką dojechała na parking. 

      Adrenalina mamuśce się trochę na tym parkingu podniosła, bo choinie tak się spodobało na tylnim siedzeniu, że za nic w świecie i za żadne zaklęcia nie chciała wyleźć. Ani po dobroci, ani przez szarpanie. Już mamuśka miała przyklapnąć obok auta ze zmęczenia, ale napatoczył się sąsiad z pieskiem, który bardzo dobrze wyczuł moment, kiedy należało wyjść na spacer i mamuśka chętnie skorzystała z pomocy sąsiada.

      Męska ręka czyni cuda i choina jakoś się temu cudowi poddała i wysiadła z auta. Sąsiad niestety był w wieku dojrzałym i mamuśka nie bardzo chciała dalej korzystać z jego pomocy, bo bała się, że sąsiad jednak nie da rady z dowleczeniem drzewa do jego nowego domu, więc wzięła je pod pachę i podniosła. Potem oburącz je złapała i jakoś udało się dowlec je do domu. A właściwie pod klatkę, gdzie nastąpił zasłużony odpoczynek, na otarcie potu z czoła. Schody były wyzwaniem najtrudniejszym, ale również mamuśka dała radę. Bo mamuśka, to mamuśka! Nie dość, że dowlokła do domu olbrzymie drzewo, to jeszcze sama osadziła je na stojaku. Dzieci, cała trójka ubrała choinkę radośnie, prawie nie tłukąc bombek i tak oto choina zaczęła wyglądać na prawdziwą choinkę: obwieszona czym popadło i gdzie popadło, bez czubka, bo żaden się nie zmieścił, ale to przecież żaden problem.

      Na drugi dzień mamuśka zauważyła jednak, że choinka jakby ze zmęczenia, pochyliła się w jedną stronę strasząc mamuśkę, że się zaraz przewróci. Na to mamuśka zawołała pana Adama, żeby przybiegł na ratunek i choina została postawiona do pionu. 

      Mamuśka nawet pamiętała o tym, żeby ją podlać!

      A na Wigilię choina wydała bardzo dużo prezentów. I taka była jej wdzięczność.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 grudnia 2014 18:48

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

;