Cwałem przez życie

Wpisy

  • czwartek, 31 lipca 2014
    • Koniec

      Jednak dziś wyjeżdżamy, ok 15-tej. Z jednej strony chciałabym tu zostać, ale przecież i tak nigdzie przed sobą nie ucieknę. No i dzieci nie ma, co najważniejsze. Trzeba będzie się ocknąć i zacząć działać, wziąć się w garść i myśleć co z pracą. Kolejny raz od nowa. Plus jeden, że chyba trochę tutaj naładowałam akumulatory. 

      I'll be back...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 lipca 2014 09:23
  • środa, 30 lipca 2014
  • wtorek, 29 lipca 2014
    • Pobudka!

      Ze snu wyrwał mnie dźwięk telefonu, a tak mi się dobrze spało! Porozmawiałam chwilę półprzytomnie nieco, poczłapałam do kuchni po jakieś śniadanie i chyba trzeba zacząć się ogarniać, bo prawdopodobnie jutro wracamy. A nie chce mi się.

      Zobaczymy, co dzień przyniesie, chociaż za bogato nie będzie, bo od wczoraj wiem, że w ciąży nie jestem, co jest radością wielką, ale na ogólne samopoczucie wpływa niezbyt pozytywnie. Cały czas mam wrażenie, że zaraz zemdleję, więc boję się wyjść gdziekolwiek sama.

      Wypoczęłam tu bardzo, K chyba udziela się mój lekki nastrój, bo widzę, że chodzi zadowolony i mniej spięty. 

      - cieszę się, że tu jestem - powiedziałam mu wczoraj w nocy - pomimo tych akademickich warunków jestem tu szczęśliwa

      - ja też się cieszę, zawsze chciałem, żebyś przyjechała. Jestem jakiś nawet spokojniejszy - potwierdził moje wcześniejsze obserwacje

      - a z czego to wynika? - zaciekawiła mnie ta odpowiedź

      - z tego, że jesteś ze mną, że nie jesteś sama w Polsce, gdzie wszystko się może zdarzyć a mnie nie będzie, bo będę tutaj.

      Mój kochany, troskliwy Tygrysek. Jak tu zrobić, żeby to się nie zmieniło? Te relacje nasze? Żeby nie zagubić się w codzienności?

      Ciągle mam wrażenie, że to się skończy, że trzeba żyć pełnią życia tu i teraz, trzymać się tego szczęścia póki jest, bo nie wiadomo, jak długo z nami zostanie i ładować akumulatory na gorsze czasy, które oby nie nadeszły.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 lipca 2014 09:44
  • poniedziałek, 28 lipca 2014
    • Jak w akademiku

      W mieszkaniu K są 3 pokoje, z których 2 zajmują jego 3 współpracownicy ( R. - człowiek wieczny malkontent, J - student 5 roku budownictwa i P. - wieloletni przyjaciel K, którego bardzo lubię), a 1 my. Oczywiście nigdy bym nie pomyślała, że Niemcy zbudują blok, w którym słychać każde wyszeptane przez sąsiada słowo...co oczywiście jest powodem wielu naszych stresów:) Samo mieszkanie jednak jest bardzo ładne i nawet jak na facetów, całkiem zadbane. W zasadzie przez ten układ, czuję się jak w akademiku, tym bardziej, że nie ma dzieci.

      Przyjeżdżając tutaj znałam 2 jego współpracowników, trzecim jest młody chłopaczek, student jeszcze (budownictwo), więc wieczorami jest wesoło, bo dyskutujemy w zasadzie na wszystkie tematy. Wczoraj rozmawialiśmy o powstawaniu i przetwarzaniu ropy naftowej, ponieważ w Burghausen jest rafineria. Oczywiście to mój konik, więc byłam w swoim żywiole, czym ich zaskoczyłam z przyjemnością, no bo skąd mieli wiedzieć, że to mój kierunek studiów? Okazało się, że pamiętam całkiem sporo i byłam w stanie odpowiedzieć na "100 pytań do", łącznie z ciekawostkami i K zrobił się trochę zazdrosny. Oczywiście stanęło na tym, że skoro jestem inżynierem, dlaczego nie mieszkam tutaj, gdzie są 3 duże zakłady chemiczne, w tym rafineria właśnie? No właśnie, dlaczego? Tym bardziej, że kocham to miasteczko miłością wielką (Toskanię też oczywiście) i co tu przyjeżdżam, kłaniam się polskim korzeniom na zamku Jadwigi i w Raitenhaslachu, gdzie byliśmy wczoraj. No bo, proszę panów, nie da się bez dzieci, a dzieci nie chcą, bo zmiany, bo tata, bo język...temat nie do przeskoczenia w tej chwili. Ale zawsze pomarzyć można.

      W każdym razie jest miło i sympatycznie, dzień za dniem mija, zostałam też pokonana w pomyśle, jak rozwałkować ciasto bez wałka, bo ja wałkowałam rogaliki słoikiem, a Student robił nam pizzę i wałkował...termosem. Wygrał.

      Wczoraj było wolne, więc postanowiliśmy gdzieś pojechać. Najpierw miał to być Salzburg, gdzie już kilka razy byłam, ale R powiedział, że w Tittmoningu jest flohmarkt, a zawsze chciałam zobaczyć, jak to wygląda no i się wszyscy zebraliśmy, żeby tam pojechać. R stwierdził, że nie jedzie z nami, tylko rowerem K i czy K ma jakąś pompkę. P popatrzył na ten rower i zapytał R, czy bierze też dętki, bo te nie wyglądają najlepiej, a do Tittmoningu jest 17km. Nie nie, spoko Maroko, dętki nie są R potrzebne. I R pojechał. Po jakiś 15 min my też, tzn K, Student, P i ja.

      Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że R pomylił chyba Samstag z Sonntagiem, bo Flohmarkt...był wczoraj. Porechotaliśmy chwilę z R który ciągle jeszcze pedałował w naszym kierunku i usiedliśmy sobie na murku licząc mu czas. R nie było i nie było, w końcu P zadzwonił do niego i okazało się, że R zabłądził i siedzi sobie właśnie nad jakimś jeziorkiem i moczy nóżki. No to stwierdziliśmy, że niech je sobie moczy, a my pójdziemy na zamek.

      Zamek nie był jakiś szczególnie ogromny, za to otwarte było muzeum i mogliśmy sobie trochę pooglądać. Ponieważ chłopcy pogrążyli się w głębokich rozważaniach na temat nakładania tynków, układania cegieł, grubości murów itd, oddaliłam się nieco od nich i poszłam pooglądać sobie widoczki z mostku, na który zaraz mieli przyjść. Postałam tam chwilę, a że nie przyszli, to poszłam sobie kawałek dalej, na punkt widokowy. Miejsce było niezwykłe: nie dochodziły tam żadne dźwięki, schowane nieco za murem (ale nie na tyle, żeby go nie znaleźć), wystawione na słońce, znajdowały się tam trzy ławeczki. Było bardzo energetyczne, do tego stopnia, że nie wiem czemu, ale stałam tam chwilę z rozłożonymi rękami i zamkniętymi oczami wchłaniając padające na mnie promienie Słońca, wyciszając wszystkie myśli. Pełna kontemplacja. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie jestem przecież sama, a chłopcy już dawno powinni byli do mnie dojść. Zebrałam się więc i poszłam ich szukać. Kiedy weszłam na plac zamkowy, zobaczyłam chodzącego w kółko Studenta. Był sam.

      - hej, a gdzie reszta? Czekałam na was za mostkiem...

      - szukają cię, poszli zobaczyć na dół, do auta - Student zaczął się śmiać - K. wpadł w panikę, kazał mi tu zostać, a razem z P poszli na dół

      - hm, sorry - zrobiło mi się trochę głupio - byłam pewna, że przyjdziecie na ten mostek

      - byliśmy - Student spojrzał na mnie dziwnie - nawet byliśmy za mostkiem, ale nigdzie ciebie nie było

      - a tam był taki punkt widokowy... -zaczęłam nieco zbita stropu. Nie słyszałam ich nawoływania, może byłam tam dłużej niż sądziłam... - no dobra, chodźmy do nich...

      Schodziliśmy z góry śmiejąc się z całej sytuacji. Czułam się jak zagubiona i odnaleziona pięcioletnia dziewczynka. Nie mogłam tylko zrozumieć, jak K mógł pomyśleć, że zeszłam na dół nie mówiąc mu o tym. Pomyślałam, że może być trochę jednak zły.

      Chłopcy zobaczyli nas z daleka i odmachali. 

      - gdzieś ty się schowała? - P nie ukrywał nawet rozbawienia - wyparowałaś, jak kamfora!

      Spojrzałam wzrokiem shrekowego Kota W Butach na K.

      - naprawdę pomyślałeś, że zeszłam sama na dół bez mówienia wam o tym? - zapytałam cichutko - a ja siedziałam sobie na ławeczce tylko i czekałam na was...

      K przytulił mnie mocno.

      - a ja myślałem, że cię porwali- powiedział całkiem poważnie i przysięgam, że wydawało mi się, że wcale nie żartuje.

      - ale kto? - pytanie samo cisnęło się na usta. P. stał obok skręcając się ze śmiechu. - Indianie?

      - nie wiem, K nie wypuszczał mnie z objęć - ale myślałem, że zwariuję, tak się o ciebie bałem.

      - przepraszam - wymamrotałam mu w szyję - w ogóle nie pomyślałam...

      Nagle rozległ się dźwięk telefonu. To był R.

      - musimy wracać - K roześmiał się - P, będziedziesz miał teraz ksywkę WRONA

      - dlaczego - zdziwił się P

      - bo kraczesz. R. zerwał łańcuch i przebił oponę. Musimy go zabrać z trasy. Zgubił się, zamiast 17 km zrobił 25 km, ale się odnalazł. Czeka na nas pod tablicą Tittmoning.

       

      R z wdzięcznością wpakował się nam do auta. Rower chłopcy schowali w krzakach, Student wraz z R mieli podjechać po niego busem. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w punkcie widokowym na rzekę. Była tam mała wieżyczka, której balustradka została barwnie ozdobiona przez zapewne Nietubylców, napisami typu: jebać Hitlera, ja tu byłem, Niemcy do gazu itd. Wspólnie wywnioskowaliśmy, że pewnie nikt tego nie tłumaczył, bo tych napisów by już nie było. R długo wpatrywał się w ten swoisty malunek, aż w końcu stwierdził, że to musiały być jakieś dzieci, bo kto by nosił przy sobie tyle kolorowych flamastrów!

      Pstryknęliśmy sobie jeszcze fotkę pod tytułem K i Przyjaciele oraz Panienka z okienka i pojechaliśmy do domu.

      Pod domem uznaliśmy jednak, że jedziemy jeszcze do Raitenhaslachu, bo P jeszcze tam nie był, a nam się nudzi, więc wysadziliśmy Studenta i R. (oni mieli busem jechać po rower) a my pojechaliśmy dalej.

      Raitenhaslach jest uroczym miejscem, tym bardziej, że znajduje się tam przyjemna restauracja, a my byliśmy bardzo głodni. Czas mijał nam bardzo miło, tylko K trochę się zaczął denerwować, bo dyskutowaliśmy na różne tematy i P zawsze trzymał moją stronę. Żeby załagodzić sytuację, poszłam do samochodu po kocyk i poduszkę, które to rozłożyłam na trawce obok stolików restauracji i zaprosiłam chłopaków na łono przyrody. Jako, że obok naszego kocyka były jeszcze dwa inne, chłopcy nie czuli skrępowania i tak sobie leżeliśmy zaglądając do nieba, aż w końcu zrobiła się 16-ta i K zarządził odwrót.

      Jechaliśmy już w stronę domu, gdy ktoś wpadł na pomysł, żeby pojechać na basen. W końcu tak ładnie jest. No to znów zahaczyliśmy o dom, żeby zabrać stroje i ewentualnie Studenta i R. koniec końców zabraliśmy tylko stroje, bo chłopcy robili właśnie dla nas niespodziankowy obiad (oczywiście zjedliśmy go, ale na kolację - co za życie!) i pognaliśmy dalej.

      Na basenie miałam piękny widok na skaczących z trampoliny P i K, którzy wręcz prześcigali się w stylu i wariacjach, ale i tak nie mogli dorównać dzieciom, które skakały z lekkością motyli robiąc przy tym najróżniejsze piruety.

      - żałośnie to wygląda, co? - P podszedł do mnie na chwilę - słoniowe skoki

      - nie no, spoko - zaśmiałam się - ale i tak najlepiej wychodzi to dzieciom

      Słońce schowało się za chmurami, więc zrobiło się trochę chłodniej. Było już z resztą po 19-tej, więc zaczęliśmy się zbierać. W drodze powrotnej rozmawilśmy o filmach, bo okazało się, że P lubi te same filmy co i my. Podałam mu więc parę tytułów wartych obejrzenia, m.in. Nietykalnych.

      Wieczorem zapytałam K, czy coś oglądamy, odparł, że chętnie. 

      Po kolacji P zapytał, jaki to był tytuł, bo zapomniał. Powiedziałam, że Nietykalni i że wieczorem oglądamy.

      - o - ucieszył się P - to super! A gdzie, u nas czy u was?

      - wy u was, a my u nas - odpowiedział za mnie K obejmując mnie - teraz Grażka jest tylko moja. 

      Trochę mnie zaskoczył, ale w zasadzie nie miałam nic przeciw, tym bardziej, że chętnie spędziłabym z nim parę chwil sam na sam...

      K miał najwyraźniej nieco inne plany niż stricte oglądanie, bo przed filmem przyniósł mi schłodzone piwo. Alkohol zwykle działa na mnie, czego zupełnie nie mogę pojąć, jak włącznik instynktu reprodukcyjnego. Jest to zjawisko niezwykłe dla mnie, bo nie do opanowania, do tego ściśle wpasowane w temperament K, co stanowi mieszankę dość niebezpieczną. 

      - jak będziesz tak na mnie patrzył, to żadnego filmu nie obejrzymy - wyszeptałam mu do ucha.

      Cały czas zastanawiam się, jak to działa, ta cała chemia i feromony, że to akurat on i tylko on. I że do szaleństwa. I że noc jest za krótka.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 lipca 2014 09:36
  • niedziela, 27 lipca 2014
    • Das ist Ihre Tochter?

      Wczoraj świętowaliśmy imieniny K z racji tego, że w piątek nas nie było. K jeszcze rano jechał do pracy, więc szybko upiekłam rogaliki (pierwszy raz wałkowałam słoikiem!), zrobiłam obiad, a gdy K wrócił, wraz z jego współpracownikami poszliśmy na miasto, bo miał być festyn. Akurat w piątek były koncerty rockowe, więc stawiliśmy się na Altstadtcie z nastawieniem na podobne klimaty. Akurat jednak gdy doszliśmy koncert dawała bawarska grupa folklorystyczna...grająca walce i bawarskie kawałki. Niewiele się zastanawiając pociągnęłam K i poszliśmy się bawić na podium, gdzie głownie szalały dzieci i kilka par po kursach tańca, co było widoczne, bo dokładnie liczyli kroki. 

      Nie umiem tańczyć w butach, więc je zdjęłam. Nie powinnam tez w okularach, bo zawsze się boję, że mi spadną, ale tych już nie zdjęłam. Poszliśmy na żywioł. Nawet nie wiedziałam, że się tak wybawię! 

      W końcu się trochę zmęczyliśmy i poszliśmy na piwo do ulubionej knajpki K - do Piffy. K ma tam wielu przyjaciół, ponieważ bywa tam od lat 26. Wchodzimy więc, ale wejść się nie da, bo ciągle:

      - hallo!

      - ciao!

      - serwus!

      Nawet nie wiem, ilu osobom mnie już przedstawił jeszcze w ogródku, aż wreszcie udało nam się przedostać do środka, gdzie w szerokim uśmiechem powitała nas właścicielka knajpki.

      - Hallo K! - zawołała do niego i uśmiechęła się do mnie patrząc pytająco na K.

      - das ist meine...- zaczął K, a ona szybko weszła mu w zdanie kończąc: - Ihre Tochter?

      Myślałam, że się posikam. fakt, że było ciemno, to mogła się za bardzo nie przyjrzeć. K zmartwiał, a ja jej pięknie podziękowałam za komplement. Chłopaki skręcali się ze śmiechu. Fakt, wszyscy wiedzieli, że K ma dorosłą córkę. Tak więc mogę robić za K2.

      Kolejny toast wznieśliśmy więc za wieczną młodość i poszliśmy oglądać pokaz światło-dźwięk, czyli fajerwerki na rzece. Ten sam, który za pierwszym razem, gdy przyjechałam tu z dziećmi, hukiem wyrwał nas ze snu.

      Wracaliśmy górną częścią Burghausen - przez zamek, wspinając się po wielu malutkich schodkach na górę z widokiem na cale miasto i płynąca na dole rzekę.

      Po tym wieczorze znów utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to jedno z miejsc, gdzie mogłabym mieszkać. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 lipca 2014 08:53
  • sobota, 26 lipca 2014
    • Nie wierzę w przypadki...i każdy ma swojego Anioła

      Pojechałam wczoraj z K do Frankfurtu, bo miał tam spotkanie w sprawie kolejnego zlecenia. Ma wyremontować dom znajomym. Sytuacja dość trudna ze względu na odległość, bo ci znajomi - C. i J. mieszkali do tej pory w Monachium, teraz J. dostał pracę we Frankfurcie na Menem, więc od domu mojego K do Frankfurtu nad Menem jest 500km. 

      Po drodze zabraliśmy C z Monachium, bo J. już na nas czekał we Frankfurcie. Ruch był olbrzymi, bo w Niemczech właśnie zaczynają się ferie, autostrady zapchane na maxa, próbowaliśmy jakoś je objechać, gubiliśmy się i znajdowaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do celu godzinę później niż zamierzaliśmy. Po drodze mijaliśmy Heidelberg - gapiłam się na drogowskaz z nazwą tego miasta, aż w końcu mówię do K, że ja tu chyba kiedyś byłam, albo nie wiem co, bo ta nazwa tak bardzo blisko jest mojego serca, a nie mogę sobie niczego z nią skojarzyć.

      K spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział cicho:

      - kochanie, przecież sama znalazłaś tą klinikę terapii jonami ciężkimi, gdy szukałaś ratunku dla Oli. tylko, że jej nie przyjęli, bo już była niestabilna.

      Nastała niezręczna cisza. Na chwilę wróciła do nas rozmowa z prof. Kraftem, wspomnienie nocnego ślęczenia nad szukaniem alternatywy, której nigdzie nie było. C siedząca z tyłu odezwała się tylko jednym słowem, chociaż nie rozumiała nas do końca, bo mówiliśmy po polsku, a K nie przetłumaczył jej niczego:

      - Ola?

      Skinęłam głową. Wszystko trwało krótką chwilę, bo zaraz K odwrócił nasze myśli rzucając jakiś dowcip i jechaliśmy dalej. Moje myśli jednak powędrowały do mojej koleżanki, której siostra, chora na nowotwór sutka z przerzutami do kości, jest obecnie w ciężkim stanie. Już kiedyś jej mówiłam o tej klinice, ale też się nie zakwalifikowała.

      Dojechaliśmy do Frankfurtu, K zajął się tematami pracowymi, a ja wyjęłam Walkirie Paulo Coelho. Zadzwonił telefon. Zdziwiłam się, bo dzwoniła własnie TA moja koleżanka od chorej siostry. Znalazła klinikę w Monachium, gdzie prof Klehr leczy na zasadzie immunologii. Klinika od razu zakwalifikowała jej siostrę na 18 sierpnia, na około miesięczne leczenie, ale koszt leczenia to 40tys, których po prostu nie ma. No i nie ma mieszkania w Monachium. 

      C i J wyjeżdżają w środę do Stanów na 6 tyg, potem przeprowadzają się do Frankfurtu. Dom w Monachium zostaje pusty i właśnie ten dom zaproponowali mojej koleżance.

       

      Myślę, że nie ma przypadków i że każdy ma swojego Anioła, który rękami innych ludzi nam pomaga.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 26 lipca 2014 18:55
  • czwartek, 24 lipca 2014
  • środa, 23 lipca 2014
    • Odwiedziny

      K wrócił dziś wcześniej z pracy i zabrał mnie do swoich znajomych. Pierwszą była starsza, 78-letnia kobieta, matka jego koleżanki. Zaprosiła nas, kiedy dowiedziała się, że przyjechałam. podczas rozmowy okazało się, że cala jej rodzina pochodzi z Wrocławia. Kiedy zostali przesiedlani jej dziadkowie wraz z jej ojcem, we Frankfurcie jej dziadek wysiadł. Rodzina zorientowała się dopiero w Berlinie, że go nie ma. Ślad po nim zaginął.

      Zaraz od Gizeli poszliśmy do Bertrama i Connie, wieloletnich przyjaciół K. Bertram ma swoją aptekę, Connie zajmuje się aranżacją ogrodów i wnętrz. K 13 lat temu robił renowację domu, który kupili. Dom pochodzi z 13 wieku i jest po prostu piękny.

      Już dawno tak się nie ubawiłam, było przemiło, na koniec dostałam od Connie fasolkę szparagowa i zobowiązałam się, ze zrobię swoje rogaliki. Ciekawe, że jeszcze jakiś czas temu nie rozumiałam ani słowa, teraz rozumiałam prawie wszystko, tylko mam jakąś blokadę i kiedy chce coś powiedzieć, to mówię w każdym innym języku, tylko nie po niemiecku. Ciekawe zjawisko.

      Stanęło na tym, że ja ich rozumiałam, a mnie tłumaczył K. Mimo wszystko w ogóle nie czułam bariery i było cudownie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 23 lipca 2014 23:41
  • wtorek, 22 lipca 2014
    • Zakupy

      W Niemczech nie wszędzie można płacić kartą kredytową. Jeśli kartą, to tylko EC czy jakoś tak. Ichnią. Na przykład nie można w sklepach RTV AGD, do których dzisiaj pojechaliśmy. K nie wypłaci z bankomatu kasy, bo się nie opłaca, ani ja, bo mi nie pozwoli. A chcieliśmy kupić tusz do drukarki, bo musimy wydrukować faktury, a tusz i papier się skończył. Na karcie EC mamy 41 Euro, full kasy, no nie? Drobniaki ze skarbonki dawno poszły w niepamięć.

      Całe szczęście jednak, że przy tej okazji wyszło o tych kartach EC, bo za Chiny bym nie wpadła, że tu tak jest jak jest! I na pewno najadłabym się wstydu, bo jutro/pojutrze wybieram się na zakupy. Teraz wiem, że zahaczę o bankomat na pewno.

      Tusze kosztują razem 39,98 Euro, papier coś około 3 Euro. K stoi przy tej kasie i się zastanawia. Podpowiadam głośnym szeptem: bankomat, ale bez odzewu.

      - wiesz co, podjedziemy do innego sklepu, może będzie taniej.

      - jest 17:50, będzie czynny?

      - spoko

      No to jedziemy. Myślałam, że do innego sklepu, ale my jedziemy proszę państwa do innego sklepu DO INNEGO MIASTA. Takiego obok, oddalonego o kilkanaście kilometrów. Ja chyba nigdy nie zdążę za sposobem myślenia K.

      Dojeżdżamy. Udajemy się po tusze. Muszę ukryć uśmiech, bo tusze kosztują dokładnie 38,98 Euro. I też nie można płacić kartą. Za to papier kosztuje o 50 centów mniej.

      K ma minę trochę niewyraźną. Podpowiadam mu, że może papier kupimy z drobniaków, a na resztę wystarczy. Tak robimy. Pani w kasie pyta, w jakim języku mówimy do siebie, bo ona zna rosyjski i trochę rozumie, ale wie, że to inny język. Mówimy, ze polski i płacimy.

      Wracamy. K nie ma za bardzo humoru, jest wkurzony, bo miał przyjechać wcześniej a nie dał rady, kolejni pracownicy mu się wysypali, tacy co mieli przyjechać w niedzielę z PL, do tego miał się rozliczyć wcześniej ze zleceniodawcą i nie zdążył, a już by były pieniądze na właściwym koncie lub w gotówce, więc musi zaraz pojechać.

      No i jest zły, ze przejechał tyle kilometrów na darmo w sumie. Rozumiem go w zasadzie. Mówię przekornie, że nie powiem "a nie mówiłam", bo on też mi nie powiedział, jak z moją pracą nie wyszło, a pamiętam, że mi odradzał.

      Mam nadzieję, że humor mu się polepszy, jak wróci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 lipca 2014 19:52