Cwałem przez życie

Wpisy

  • sobota, 16 lipca 2016
    • Stany

      W poniedziałek wylatuję. Miałam lecieć z K. lecę sama. Nagroda, która ma być wycieczką życia.  Rezydujemy w Mariotcie na Brodwayu;-) w planach jest śniadanie na prywatnym jachcie, w Central Parku, aż żal, że K nie będzie...Może razem pojedziemy za rok... Boję się tego lotu tak, że chyba zejdę na zawał, więc chyba się tu pożegnam ;-)

      Wyjazd dość krótki, bo piątek jestem z powrotem i K zabiera mnie do Staniszowa. 25 lipca są jego urodziny. 

      Nawet pakować mi się nie chce strachu. Chyba jestem nienormalna.

      P.S> Nie mogę jeździć z K po galeriach, bo jedziemy tylko oddać buty a wracamy z torbami wypchanymi jego ciuchami...;-P Mój przystojniaczek...Dziś jednak i ja kupiłam sobie ładną sukienkę na koktajl w NY.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Stany”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 16 lipca 2016 20:01
  • sobota, 09 lipca 2016
    • Dowody

      K wrócił w nocy do domu, ja pognałam rano do pracy, zostawiając im rozpiskę, co trzeba zrobić. 

      Wczoraj umówiłam się z Michałem, że pójdzie do Urzędu wyrobić legitymację, a potem razem z K pojadę do parku linowego.

      K wiedząc, że mam zebranie pisze mi smsy sprawozdawcze pt "jesteśmy w Urzędzie". Gdy dostaję sms "Prawie wszystko załatwiliśmy, ale potrzebny jest opiekun prawny" trochę głupieję. Do legitymacji???

      Ale nic to, chłopcy na wybiegu, spotykamy się późnym popołudniem. K opowiada, że Michał do końca nie wiedział, gdzie ma iść, więc pojechali razem. Zapłacił za legitymację i wszystko się udało. 

      - To czemu pisałeś, że potrzebny jest opiekun prawny? - pytam zdziwiona.

      - No bo poszliśmy jeszcze wyrobić dowody, myślałem, że mam to załatwić - odpowiada zdziwiony.

      - Aaaa! - łapię już o co chodzi. - Ale przecież do dowodów wiadomo było, że opiekun prawny będzie potrzebny. Jutro tam z nimi pójdę.

      - Musisz ich wziąć ze sobą, bo taki jest wymóg.

      - dobrze, że mi mówisz, bo myślałam, że wystarczy jak ja tylko złożę - teraz ja się dziwię.

      Wieczór mija nam całkiem fajnie, kot szaleje z radości, że wszyscy w domu. Piotrek chce jechać do taty, bo umówił się tam z kolega, namawiam go, żeby został tam na noc, bo i tak od piątku nocują u niego, na co się zgadza i tak załatwiamy temat.

      Ranek nastaje szybko i trzeba działać. Zgarniam A. i Michała i jedziemy załatwić temat dowodu. K w tym czasie jedzie do serwisu z autem. 

      Kolejki w zasadzie nie ma, jeden starszy, osobliwie pachnący pan przed nami, który zniszczył sobie dowód i to wszystko. Czas dłuży się niemiłosiernie, urzędniczka pisze na komputerze jednym palcem, ma chyba ze 100 lat i być może to jest powód, dlaczego wszystko tak długo idzie. Normalnie można w nosie dłubać. W końcu udaje się urzędniczce wydrukować potwierdzenia, przynosi je do podpisania pachnącemu panu.

      - Tu ma pan zaświadczenie, że zniszczył się panu dowód, proszę podpisać - mówi uprzejmie.

      - Napisać: zniszczony dowód? - pan nie załapał do końca.

      - Nie, nazwisko tylko.

      - Ok.

      - Dziękuję. A tu proszę mi jeszcze podpisać wniosek, bo pan zapomniał.

      - Napisać: wniosek?

      - Nie, Kowalski.

      - A, Kowalski - mruczy pan do siebie i już za chwileczkę, już za momencik nasza kolej.

      Podaję przez okienko wypełnione wnioski, zdjęcia i czekam co dalej. 

      - Ma pani jakiś inny dokument ze zdjęciem?

      - Legitymacja się wyrabia, paszport się wyrabia, dowodu nie ma. -mówię - mam jedynie stare paszporty.

      - Ale ważne?

      - Nie, ważne były do czerwca, ale nie mam innego dokumentu - podaję paszporty. 

      Pani dziwnie na mnie patrzy, a ja obmyślam szybko, co tu wymyślić, że Piotrka nie ma, bo zapomniałam na śmierć, że miał być. Jest za to Michał i A, obaj siedzą na telefonach i w coś grają. Przynajmniej im się nudzi. Ja przestępuję z nogi na nogę, bo chwilę już stoję.

      Pani powolnie dopełnia formalności, w końcu drukuje potwierdzenia. 

      - Proszę tu podpisać. Po odbiór dowodów może pani przyjść sama - mówi, spoglądając jednocześnie na A. dziwnym wzrokiem.

      - Ok, dziękuję bardzo - odpowiadam i ciągnę chłopaków do windy, bo orientuję się, że urzędniczka wzięła A. za Piotrka, tylko karnacja się jej nie zgadzała ze zdjęciem i fizjonomia pewnie, gdy spojrzała na niego przy końcu. - chodźcie szybko - mówię - mam coś jeszcze do załatwienia. 

      I tym sposobem załatwiliśmy legitymację, paszporty i dowody. I ogłaszam odliczanie do pierwszego wyjazdu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 14:43
    • Paszporty

      Mamy w planach zrealizować nasz ślubny prezent i pojechać całą czwórką do Berlina. Dostaliśmy voucher na 2 noce dla 4 osób, termin dowolny. W związku z powyższym przeanalizowaliśmy wszystkie weekendy lipcowe i padło na sam środek wakacji, czyli ostatni weekend lipca.

      Wszystko nam się pięknie układało, dopóki nie zorientowałam się, że paszporty chłopców były ważne do 30 czerwca.  Wymyśliłam więc, że zrobimy zdjęcia i pójdziemy wyrobić nowe paszporty, dowody osobiste (bo nigdy nie mieli, a może będzie szybciej) i legitymację szkolną, bo Michał swoją wyprał czy coś, w każdym razie uległa zniszczeniu.

      Zrobienie zdjęć to nie taka prosta sprawa - bo to się wiąże z wyciągnięciem Młodego z domu i zmuszeniem go do dość długiego spaceru, czego nie cierpi. Dogadałam się z nim nawet co do fryzjera wcześniej i to udało nam się załatwić wyjątkowo bez problemu, czym byłam nieco zdziwiona. Tzn temat załatwiła opiekunka, a ja prawie nie poznałam Piotrka jak wróciłam z pracy, ponieważ tak pięknie wyglądał z odsłoniętą twarzą. Nawet sam sobie się podobał.

      - Piotrek, to jak już tak pięknie wyglądasz, to jutro trzeba zrobić zdjęcia, bo potrzebujemy do paszportu. Pójdziesz z panią R. i Michałem i załatwicie sprawę - oznajmiam wieczorem. 

      - Co??? Nigdy w życiu!!! Nie będę nigdzie chodził - reakcja  Piotrka spodziewana, więc mówię:

      - Nie sądziłam, że się ucieszysz, ale nie ma innego wyjścia, jeśli chcesz z nami jechać na wakacje.

      - Nie, nie i nie! - Piotrek nie daje za wygraną. Wzdycham sobie, bo to czasem pomaga. Trochę jestem zmęczona wiecznymi utarczkami i negatywną reakcją na podstawowe moje prośby. Piotrek jest fajnym, mądrym chłopcem, ale ZA czasem daje popalić. W takich chwilach myślę, że tylko spokój mnie uratuje.

      - Dlaczego nie chcesz? - pytam, chociaż z góry wiem, że zaczynam bezsensowną dyskusję. Chcę jednak trochę go wyciszyć. 

      - Bo nie cierpię chodzić. Chyba, że mnie zawieziesz.

      - Wiem, że nie lubisz chodzić, ale czasem trzeba pójść i coś załatwić. Nie zawiozę cię, bo będę w tym czasie w pracy. Gdy wrócę, fotograf będzie zamknięty i nie zdążymy zrobić tych zdjęć a na paszport długo się czeka i możemy nie zdążyć z odbiorem do wyjazdu. Proszę więc, żebyś ubrał się rano i tam poszedł.

      - Nigdy w życiu.

      Jak zwykle. 

      - Kochanie, ja nie będę więcej na ten temat dyskutować, ani negocjować. Jako bonus, bo wiem, jak bardzo nie lubisz chodzić, dam ci na lody i sobie zamówisz jakiś deser. 

      - Nigdy w życiu.

      - To ci nie dam. Ale i tak pójdziesz. - wkurzam się w końcu i wychodzę z pokoju. Nie wiem, jak pani R sobie z nim jutro poradzi, ale zwykle jutro zawsze przynosi coś nowego, więc może i tym razem zaskoczy nas pozytywnie.

      Jest u nas mój siostrzeniec, przywieźliśmy go po ostatniej wizycie w moim rodzinnym mieście. Byliśmy tam już kilka razy od czasów pamiętnej kawo-herbaty. Jakimś cudem K namówił moją siostrę, żeby pozwoliła A. pojechać z nami na kilka dni. Mnie się to nigdy wcześniej nie udało. A zadowolony, jest dokładnie 9 miesięcy starszy od Michała. To fajny, mądry, ułożony chłopak. 

      A ma ciemne włosy, śniadą cerę, ciemne oczy, jest też dobrze zbudowany jak na swój wiek. Michał ma jasne włosy i delikatną urodę, ale ostatnio też się opalił a przez treningi ma wysportowaną sylwetkę. Fajnie razem wyglądają, do tego Michał ostatnio mocno wystrzelił w górę i są równego wzrostu.

      Noc mija spokojnie, Piotrek ostatnio wstaje w nocy, bo nie może spać. Dziś śpi jak zabity, więc i ja wstaję rano wyspana, szykuję się do pracy i jadę, po drodze rozmawiając przez telefon z panią R, bo musimy ustalić strategię postępowania z Piotrkiem na dziś. Cała trójka jeszcze spała, jak wychodziłam, ale umawiam się z panią R, że wpadnie tam ok 9-10 i wywali ich z łóżek.

      Wir pracy wciąga, ale widzę, że dzwonił ktoś z domu, więc domyślam się, że to czas na fotografa. Nie mylę się.

      - Mamo, ja nigdzie nie pójdę! - słyszę zbuntowany głos Piotrka zamiast dzień dobry.

      - Dzień dobry kochanie. Powiedz mi spokojnie o co chodzi. - mówię, chociaż doskonale wiem o co rzecz.

      - Pani R chce, żebym szedł do fotografa. Ja nie chcę.

      - Posłuchaj mnie uważnie. - przybieram spokojny, ale dość ostry ton głosu, bo nic innego nie mogę już zrobić - idziesz i to bez gadania. W przeciwnym razie nie wyrabiam ci paszportu, nie jedziesz więc ani do Berlina ani do Pizy, bo do Toskanii też musimy wziąć paszport. W związku z tym od tego, czy pójdziesz dziś do fotografa zależy, czy jedziesz z nami na wakacje, czy zostajesz sam w domu, a pani R będzie tylko przychodzić, żeby dać ci obiad.  -nie mam nic do stracenia - i nie słucham już ani jednego zdania na ten temat. wieczorem przyjadę i chcę zobaczyć zdjęcia, w innym wypadku nie jedziesz. Daj mi panią R. -

      - Ale mamo...

      - Daj mi panią R.

      Piotrek już nic nie mówi, za chwilę słyszę głos opiekunki. Powtarzam jej, co powiedziałam Piotrkowi i mówię, że trudno, jak się jej nie uda go wyciągnąć, to nie pojedzie i już. Wściekła jestem jak nie wiem co, również z tego powodu, że sama sobie robię karę, bo położyłam na szali nasze wakacje. Dobrze jednak wiem, że nic innego nie zadziała. Opiekunka mówi, że w biurze paszportowym też można zrobić zdjęcia, ale ja nie chcę ryzykować, poza tym tam są bardzo drogie, a my potrzebujemy ich do legitymacji, dowodu i paszportu.

      Wracam do pracy.

      Za jakiś czas dzwoni pani R.

      - udało się. - słyszę ulgę w jej głosie - ale pojechaliśmy autobusem. Przypomniałam sobie, że tam jeździ autobus i to go przekonało.

      Gratuluję pani R pomysłu, bo wyszedł kompromis. Starsi chłopcy poszli na piechotę, Piotrek pojechał z panią R. Odległość ok 1,5 km. Może nawet mniej. W każdym bądź razie mamy zdjęcia a nie mamy awantury. Jutro mamy je odebrać.

      Nazajutrz biorę sobie kilka godzin wolnego, bo umówiłam się z Rexem, że załatwimy te paszporty, a musimy być oboje wraz z z dziećmi.

      Jadę więc po zdjęcia a potem do Wro. Po drodze chłopcy oglądają zdjęcia i nawet są zadowoleni. Niestety potrzebne są legitymacje uczniowskie. Z Piotrkiem pół biedy, ale Michał nie ma. Rex dogaduje się, że można okazać legitymację przy odbiorze paszportu.

      Rex jedzie do urzędu prosto z pracy, jest nieco wcześniej niż my, niestety cały parking jest zajęty, a miejsce znajduję dopiero w Galerii Dominikańskiej, która jest w pewnej, nawet znacznej odległości od Urzędu. Na dworze wieje paskudnie, co chwila pada. Piotrek oczywiście nie chce zapiąć bluzy, a ja się wkurzam, bo zawsze denerwuję się, że się wyziębi, zanim poczuje chłód, z ta jego obniżoną reakcją na zimno. Snujemy się do Urzędu, przy wtórze jęków Piotrka pt "nie biegnijcie", "daleko jeszcze", "ja nie chcę iść" "nie cierpię spacerów" itp. Zagaduję go trochę, zwalniam do tip-topów i jakoś docieramy. 

      W międzyczasie Rex pobrał bilecik i parę numerków zdążyło już wejść. Podaje mi częściowo wypełnione wnioski, mam uzupełnić pesele i daty urodzin. Uzupełniam wszystko, wyciągam zdjęcia. Michała są, Piotrka nie. Czuję, że za chwilę zemdleję.

      - Piotrek gdzie twoje zdjęcia?

      - No przecież pytałem się ciebie, czy je zabrałaś z samochodu - odpowiada, a ja czuję jak krew mi odpływa z twarzy. Szybko liczę, czy zdążę w tą i z powrotem na parking w galerii. Marne szanse. Patrzę na Rexa.

      - Nie uwierzysz - mówię do niego - pół dnia awantury, autobus, całe zamieszanie a nie ma  zdjęć.

      - Może zdążysz obrócić w tą i z powrotem? - pyta przytomnie.

      - Nie, nie będę ryzykować, o 14 muszę być w Brzegu, jak nam minie kolejka, to nie mam szans. Ale mam pomysł. Piotrek! - wołam Młodego - Idziemy!

      - Ale ja nie idę do auta! - już się stawia.

      - Nie do auta. Do zdjęcia -  ciągnę go, parę kroków dalej widziałam "ksero, fotograf". Gdy docieramy do pokoju fotografa, szybko liczę stojące przede mną osoby. Cztery. Pani z pokoju wychodzi i pyta kto do ksero. Wszyscy. Uff.

      - Ale mamy szczęście mamo.

      Jestem zła jak diabli, ale tak naprawdę na siebie, bo to ja powinnam sprawdzić, czy po oglądaniu zdjęcia wróciły. Piotrek może coś mówił jak wysiadałam, ale tak mocno wiał wiatr, że mogłam nie usłyszeć. Albo nie mówił. Niczego to nie zmieni. Czekamy aż nas zawoła fotograf. Woła.

      35zł. Teraz to już się śmieję.

      - Piotrek, masz najdroższą sesję świata.

      Dostajemy zdjęcia i biegniemy z powrotem. Zdążamy, ale przed nami tylko dwa numerki.

      337 - informuje nas głos z automatu. Podchodzimy do okienka. Piotrek kończy batonika, którego sobie kupił, gdy jeszcze beztrosko czekaliśmy na swoją kolej zanim mnie olśniło, że brakuje zdjęć.

      Dopełniamy formalności. Urzędniczka żartuje, że Młody będzie musiał przyłożyć palec od nogi, bo ma brudne od czekolady ręce.

      - Te od nogi mam brudniejsze - mówi uczciwie i na chwilę panią zatyka.

      Odkąd mam dwa nazwiska, nie zmieniłam dowodu, bo paszport i wizę mam wydane na jedno nazwisko, więc czekam aż wrócę ze Stanów i wtedy przerobię dowód.  Dowód więc okazałam z jednym nazwiskiem, podpisałam się dwoma.

      - Co pani tu nagryzmoliła? - urzędniczka wpatruje się w mój podpis i w dowód. 

      - Podpisałam się, jak w peselu, bo jesteśmy po rozwodzie, a ja wyszłam dopiero co za mąż, tylko dowodu jeszcze nie zmieniłam. Ale w peselu by się pani jedno nazwisko nie zgadzało.

      Pani dziwnie na mnie patrzy, potem na Rexa i puszcza nas w końcu wolno.

      Spoglądam nerwowo na zegarek, bo zaraz muszę jechać dalej. Nagle mnie coś zastanawia.

      - Rex, a Piotrek odbijał ten palec czy nie?

      - Nie, chyba nie.

      - To ja się może wrócę, bo chyba pani zapomniała.

      Wracam się szybko i dopytuję panią urzędniczkę o nieszczęsny palec Piotrka.

      - Tylko dzieci po 13-tym roku życia odbijają palec.

      Czyli ok.

      - Pani powiedziała, że dzieci które dłubią palcem w nosie, nie mogą go potem używać do paszportu - mówię Piotrkowi, bo był wyraźnie zawiedziony.

      Widzę jego minę, więc prostuję szybko:

      - Żartowałam kochanie, w następnym paszporcie już będziesz odbijać. teraz jeszcze nie musiałeś.

      Żegnamy się z Rexem i pędzimy dalej. Paszporty załatwione. Teraz praca, jakoś muszę znaleźć czas na dowody. Legitymację załatwi sobie Michaś sam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 14:15
    • Mama

      Po podróży poślubnej pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta, na zaproszenie cioci i wujka. Cały problem polegał na tym, że moja mama mieszka w tym samym domu. Oczywiście koniecznie chciałam odwiedzić młodszą siostrę, ale nie wiedziałam, czy jeszcze jest w szpitalu, czy już wyszła z Wiki do domu. Siostra z kolei mieszka z naszą mamą, więc byłby trudne odwiedzić ją u niej, bo byłam z K, który "nigdy więcej ma nie przekraczać tego progu".

      Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie denerwowałam. Zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzić, że będziemy u cioci, ale że jadę z K. Zapytałam też o siostrę. Mama na to, że i tak jej nie będzie, bo jedzie na basen, a sis jest jeszcze w szpitalu.

      No to ok. Pojechaliśmy do szpitala, do cioci, poszłam przywitać się z tatą, który nas nawet zaprosił, ale nie chciałam wchodzić, bo nie wiedziałam, co na to mama i kiedy wróci. Nie chciałam narażać K na nieprzyjemności. 

      Byliśmy w trakcie naszego tournee po rodzinie, kiedy zadzwoniła mama.

      - już wróciłam z basenu, możesz przyjść na kawę.

      - mamo, jesteśmy teraz u R (kuzyn) i raczej nie będziemy wracać. Poza tym jestem z K - dodałam, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę i czy mama zrozumiała, że nie przyjechałam sama

      - Ale ja sobie nie wyobrażam, że się nie przywitasz.

      - Już byłam u was i witałam się z tatą.

      - Ale ja sobie nie wyobrażam.

      Dotarło do mnie w końcu, że to jest zaproszenie dla NAS i że powinniśmy złamać lody.

      Zapytałam K, co on na to. Przytulił mnie i powiedział, ze jedziemy i że nie czuje żalu, postara się, żeby wszystko było ok.

      Kuzyn pożegnał nas ciepło i powiedział, że trzyma kciuki.

      Nerwy są jednak bardzo trudne do poskromienia. Czułam wręcz, jak z każdą chwilą narasta we mnie panika, niby się cieszyłam, ale po tylu latach naprawdę ciężko było opanować stres.

      Weszliśmy do domu, powoli dotarliśmy na górę. Dzwonek. Kroki. Otwieranie drzwi.

      - Dzień dobry - mam ucałowała mnie, a do K wyciągnęła rękę - wejdźcie.

      Czułam, jak zbiera mi się na płacz. K widząc to, objął mnie ramieniem i uśmiechnął się ciepło - dziękuję za zaproszenie - powiedział do mamy, a j wzięłam głęboki oddech.

      Usiadłam w fotelu, gdzie 6 lat temu mój świat rozpadł się na kawałki. Gdzie usłyszałam zimne słowa mojej mamy, które do dziś mnie prześladują. Gdzie upadł mit o wspierającej się rodzinie. 

      Wszystko wróciło. Patrzyłam na K, który w odróżnieniu od tamtej sytuacji był znacznie mniej zestresowany.

      - nie wiem, co pan może zaoferować naszej córce, z tego co widzę, to niewiele - słowa mojej mamy na nowo rozdźwięczały się w mojej głowie. Nigdy nie poznałam odpowiedzi, dlaczego tak powiedziała, ale K do dzisiaj to cytuje, gdy mówię mu, że jest moim największym skarbem. Zaraz po dzieciach ;-)

      - napije się pan kawy? - zapytała mama

      - może herbaty, dzisiaj już tyle kaw wypiłem, że dobrze mi zrobi co innego - odparł z uśmiechem K

      - to może miętową zrobię? - zapytała mama 

      - bardzo chętnie - odparł K a mama poszła do kuchni.

      Siedziałam jakby mnie zamurowało. K puścił do mnie oko, tata zapytał mnie, czy chcę kawy, a ja miałam siłę tylko przytaknąć.

      - Jezu, nie wiedziałem, że to po tobie tak pozamiata - K wykorzystał sytuację, gdy rodzice na chwilę wyszli - wszystko dobrze? - zapytał z troską w głosie.

      - Tak, kochanie, wszystko w porządku i to jak najlepszym - na te słowa weszła mama wnosząc herbatę.

      - Zrobiłam dwie, bo nie wiedziałam, czy lubisz, przepraszam, czy pan lubi z saszetki, czy taką z ogrodu, świeżo zerwaną

      - Chętnie wypiję obie - powiedział K a mnie po raz kolejny zamurowało.

      Mama przez cały czas starała się być uprzejma a jedyną rzeczą, która pokazywała jej stosunek do K było mówienie mu przez "pan", chociaż prosił, żeby mówiła mu na "ty".

      Całą atmosferę rozluźniła 3-letnia córka mojej siostry, Martynka, której K tak bardzo się spodobał, że czarom nie było końca. K wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia Martynce, mi, mamie i nam wszystkich razem, a rodzice całkiem chętnie pozowali.

      Nie zabawiliśmy jednak jakoś długo, bo czas nas gonił, dzieci zostały w domu, a robiło się coraz później. Pożegnaliśmy się całkiem ciepło, i z nadzieją w sercu pojechaliśmy do domu.

      W samochodzie napisałam sms do mamy "dziękuję", a mama odpisała mi "podziękuj Michałkowi". Popatrzyłam na treść sms z niedowierzaniem i zadzwoniłam do Michała. 

      - Misiu, czy ty coś nagadałeś babci?

      - Niee - odparł zdziwiony - a co się stało?

      Wyjaśniłam mu krótko całą dziwną i niespodziewaną sytuację. Michał aż się wzruszył.

      - Mamo, nie wierzę - głos mu się załamał - wiesz co, pamiętasz, jak na weselu podszedłem do ciebie i zapytałaś się, co się stało?

      - No pamiętam, powiedziałeś, że babcia cię zdenerwowała i że nie chcesz o tym mówić, żeby mi nie psuć dnia.

      - No właśnie, to wtedy tylko z nią rozmawiałem. Zapytała się mnie, czy lubię tego pana, mówiąc  K i dlaczego nie zrobiłem wszystkiego, żeby zapobiec waszemu ślubowi. Bardzo się zdenerwowałem i powiedziałem babci, że tak, że lubię tego pana, nawet bardzo i że on ma na imię K i że z tego co wiem, to katolicyzm polega na wybaczaniu, a babcia to chyba na religię nie chodziła i uciekłem kłamiąc, że chce mi się siku.

      - Dziękuję synku, chyba musiało minąć tyle lat, żebyś dorósł i żeby babcia mogła od ciebie to usłyszeć, bo nikt inny nie mógł trafić do jej serca. 

      Czułam, że już nie opanuję łez, które poleciały ciurkiem, po raz pierwszy ze szczęścia, gdy wracałam z domu.

      - kocham was - wyszeptał K i wolną ręką pogładził mnie po głowie - i ciebie i dzieci, naszą rodzinę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Mama”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 11:35
  • czwartek, 23 czerwca 2016
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 6

      Dzień siódmy – Fatima, Batalha i Douro

       

      Obudziłam się z poczuciem, że jakiś etap dobiega końca. Wtulona w ciepłe ramiona K chciałabym już tak zostać, bo piękny mamy razem czas. Dotykam opuszkiem palca jego powiek, brwi, ust. Czasem boję się, że to tylko piękny sen, że to wszystko nie może być prawdziwe. Oczy K są piwne, mają taki ciepły wyraz. I zawsze się śmieją, nawet teraz, gdy obudzony przeze mnie wpatruje się w moją twarz. Oboje lubimy te czułości i chociaż sprawiają, że wstajemy dużo później, niż zamierzamy, gdy tylko możemy pozwalamy sobie na nie i na jeszcze więcej...

      - Kochanie jak tam plany na dzisiaj? - oboje pijemy pachnącą, gorącą kawę, jej zapach jest wszechobecny, uwielbiam to – Gdzie jedziemy? - K rozkłada przede mną mapę Portugalii.
      - Fatima? - tak naprawdę nie wyobrażam sobie, że tam nie pojedziemy, chociaż jest coś dziwnego w tym chceniu, ponieważ jednocześnie coś mnie od tego miejsca odpycha. Nie mam fazy na tego typu miejsca, męczą mnie na samą myśl, ale zawsze przecież chciałam pojechać do Fatimy. - W zasadzie Fatima to na pewno, ale coś jeszcze, nie chcę całego dnia tam spędzić, chcę zobaczyć i jechać dalej, to nie będzie pielgrzymka – uśmiecham się do K, wiem, że mnie rozumie. Że czuje to moje „chcę, ale nie chcę“ - Może potem coś z przewodnika? - wybieramy Coimbrę i Conimbrigę, a na zakończenie dnia dolinę Douro – bardzo, ale to bardzo chcę zobaczyć tarasowe winnice.
      - No to jak mamy jechać, to może zbierajmy się jednak – K rzuca mi z balkonu ręcznik i wędruję, wciąż kuśtykając, pod prysznic. Jest 10-ta, jeśli mamy pójść na śniadanie, to trzeba się sprężać. Noga wygląda ciut lepiej i nawet troszkę mniej boli, ale stawać na niej jeszcze za bardzo nie mogę, może się rozchodzi.

      Zabieramy ze sobą karty kredytowe, kapelusze, krem z filtrem i dobry nastrój. No i oczywiście przewodniki, mapę i nawigację.

      Śniadanie jemy w naszej ulubionej knajpce, panie znów się cieszą na nasz widok a my pałaszujemy śniadanie kontynentalne aż nam się uszy trzęsą. Potem biegniemy na parking, ustawiam nawigację i ahoj przygodo! Ruszamy. Kierunek autostrada A1 – Lizbona.

      Do Fatimy nie jedzie się zbyt długo, ale i tak zatrzymujemy się na chwilę na parkingu. Próbuję sfotografować dziwne drzewa rosnące wzdłuż autostrady, ale jakoś mi się to nie do końca udaje. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, jedno z nielicznych, które mamy razem i ruszamy dalej. Mam wrażenie, że to auto zaraz się rozsypie, K chyba też tak sądzi, bo zwalnia i turlamy się powoli niczym taczką, ale Fatima coraz bliżej.

      To, co mnie zaskakuje po przybyciu na miejsce, to ogromna, wybetonowana, biała przestrzeń. Akurat jak na złość stara bazylika jest zamknięta, ale za to nowa otwarta. Kaplica, gdzie jest figurka Matki Bożej też jest otwarta, nawet jest jakaś msza. Ta kaplica to właściwe miejsce objawień, tym razem sprawdziłam dokładnie po doświadczeniach z Medjugorie. Siadamy na chwilę w tym miejscu. Jest już po mszy i ciężko powiedzieć, żeby to było miejsce skupienia, nawet nie ma zbyt wielu osób, cała pozostała przestrzeń jest pusta, jakby wyludniona, ale tutaj ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Słyszymy różne języki, w tym oczywiście polski. K pogrążony jest w modlitwie lub własnych myślach. Ja próbuję się skupić i nie mogę. Mówię w myślach, że nie mogę się modlić, że nic nie czuję, nawet za to przepraszam. W tym momencie doświadczam czegoś w rodzaju jakby wyłączenia się, słyszę własne myśli uciekające w eter. Myślę o każdym z rodziny, nawet o exie. Nie modlę się, tylko myślę. Na końcu jedyna modlitwa, to: Matko Boża, ja to wszystko zostawiam i jadę. Bo nie wiem, co z tym zrobić.

      Patrzę na K i widzę, że się zbiera, więc wychodzimy. Chcę jechać dalej, odpycha mnie z tego miejsca, bo nie czuję atmosfery modlitwy, tylko atmosferę pieniądza: jest tu spa, super hotele, parkingi, sklepy, restauracje. Kupujemy jakieś pamiątki dla dzieci, idziemy coś zjeść i wyjeżdżamy. Po drodze K robi zdjęcie stoiska Algidy, która tutaj nazywa się OLA, więc robi zdjęcie logo i wysyła do Kai, ta z kolei odpisuje mu, że „Ola, Ola,a gdzie Kaja?“...

      Jest upalnie, ale troszkę wiatr jednak zawiewa. W szczególności, gdy chcę rozłożyć mapę, by ustalić, co dalej. Walczę z tą mapą chyba kilka minut, a K cyka mi fotki, bo ma ubaw. Poddaję się, wracamy tą samą drogą, w końcu na autostradę trafimy, do Coimbry też, bo zjazd jest dobrze oznakowany.

      - Grażka, a może coś jeszcze zobaczymy poza tą Coimbrą i tym miasteczkiem przed nią? - K ma ochotę na nieplanowany dzień. W sumie lubię ten nasz rozgardiasz wycieczkowy, więc przytakuję mu, uczulając tylko, że musimy wrócić do 21.

      - Dobra, zostawiam to Tobie, jak coś Ci się spodoba, to zwiedzamy.

      Pierwszym zjazdem jest Leiria, K jak tylko widzi jakiś zamek, to już tam jedzie. Miasteczko jest całkiem ładne, nad nim wznosi się całkiem okazały zamek dostępny do zwiedzania. Wjeżdżamy na szczęście na sam szczyt, więc z moją nogą z pewnością dam radę. Część zamku jest trochę odrestaurowana, łatwo sobie wyobrazić, jak musiał być piękny za czasów świetności. Na chwilę zapominam o teraźniejszości, zamykam oczy i znikam w przeszłości. Pogoda nam dopisała, jest naprawdę pięknie, zielono, podziwiam cytryny na drzewkach w parku. Ludzi praktycznie tu nie ma, więc jest nie tylko pięknie ale i cicho. K obejmuje mnie, gdy na samym szczycie podziwiamy panoramę miasteczka. Nie musimy nic mówić, to był dobry wybór. Robi się późno i powoli schodzimy do samochodu. Wracamy na autostradę i zmierzamy w stronę Coimbry, do której nie dojeżdżamy, bo po drodze K skręca do miasteczka o wdzięcznej nazwie Batalha.

      To co, tam zastajemy, zapiera dech w piersiach. Batalha to opactwo, zabytek z XIV w wpisany do UNESCO, zwiedzamy je w milczeniu, z otwartymi ustami, zachwyceni pięknem, majestatem i majstersztykiem tego miejsca. K jest w siódmym niebie, ogląda dokładnie każdą kolumnę, zdobienia, opukuje palcami wzdychając nad wykonaniem. Spędzamy tam znacznie za dużo czasu i okazuje się, że jeśli chcemy zajechać jeszcze do doliny Douro, to już na Coimbrę i Conimbrigę czasu nie starczy. Jestem rozczarowana, bo bardzo mi zależało, żeby chociaż Coimbrę zobaczyć, ale przeliczamy szybko pozostały czas i jednak rezygnujemy. Idziemy jeszcze zjeść obiad do restauracyjki na placu przed opactwem. Zachwycona jej wystrojem robię kilka zdjęć, jemy i jedziemy, po drodze szukając sklepu z wodą, bo oczywiście jest sjesta i wszystko pozamykane, a nas suszy.

      Lubię jeździć z K. Zwykle kładę nogi na deskę rozdzielczą, opieram głowę o jego ramię, albo go głaszczę i tak sobie jedziemy i gadamy. Przegadujemy wszystkie tematy, jakie nam przyjdą na myśl, zwykle te same, bo o nas, o dzieciach, o rodzicach. Dziwnie się czuję. Mówię K, że mam wrażenie, odkąd wyjechaliśmy z Fatimy, że mam w sobie jakiś spokój. Dużo rozmawiamy o naszym ewentualnym wspólnym dziecku, którego bardzo chce K, a ja wręcz odwrotnie. Tym razem jednak czuję, że nawet, gdyby miało być, to wszystko będzie dobrze. Mam takie przeświadczenie, które dotyczy każdego aspektu naszego życia: że będzie dobrze. Już dawno tak się nie czułam. Wtulam się w jego ramię, jednak tak, żeby nie ograniczać mu ruchów i wpatrując się w spokojny autostradowy krajobraz, oddaję się cała temu poczuciu spokoju, zatapiam się w nim wręcz, a myśli same gdzieś ulatują w przestworza, Bóg jeden wie dokąd.

      - Wszystko ok? - K wyrywa mnie z zamyślenia. Dzielę się z nim tym, co czuję – A wiesz, że ja mam to samo? - dziwi się – właśnie o tym myślałem...

      Jest 18:30, gdy docieramy do doliny Douro, po drodze ogarnęłam mapę i trasę, jaką powinniśmy pojechać, żeby cokolwiek zobaczyć nad brzegiem Douro i zdążyć na czas oddać auto. Powoli dzień się kończy, chociaż słońce jeszcze całkiem wysoko, światło nie jest za dobre do zdjęć, więc robię ich tylko kilka. Akurat na drodze, którą jedziemy nie ma zbyt wielu punktów widokowych ani parkingów, a ruch jest dość spory, więc trochę jestem zawiedziona. Za bardzo też nie widać winnic, wygląda na to, że nie do końca dobrze wybrałam trasę. Mimo to jest pięknie i chociaż nie mamy okazji pozachwycać się winnicowymi tarasami, trafiamy w śliczne zakamarki i na chwilę wysiadamy z auta.

      - Nie chce mi się wracać – mówię cicho wtulona w ramię K, wpatrując się w port po drugiej stronie rzeki – tak szybko minął ten tydzień...

      - Za to zobacz, jak nam się udał! - K jak zwykle próbuje znaleźć jakieś plusy – bardzo bym chciał, żebyś była w ciąży, żebyśmy wrócili z tego wyjazdu we troje...

      Nie mówię mu, jak ja bardzo nie chcę, bo w zasadzie trochę może i bym chciała, ale ciągle czuję ten spokój, więc przytulam się tylko do K i mówię mu, że będzie co ma być. I że go kocham.

      Musimy wracać, pakujemy się więc z powrotem do naszego auta i zmierzamy w kierunku lotniska. Ku naszemy zaskoczeniu docieramy tam ok 20-tej, więc nawet przed czasem. Cieszę się, bo mamy wracać metrem, a ja za bardzo nie lubię po nocy jeździć komunikacją miejską.

      Cały proces oddania auta jest bardzo prosty ku naszemy zaskoczeniu. Mianowicie wystarczy oddać kluczyki i już. Nikt nawet nie obejrzał auta, o nic nie zapytał. K się zdziwił, bo wolałby je zdać po oględzinach, żeby nie było, ale pani z okienka mówi, że absolutnie nie ma potrzeby, a ja śmieję się, że to przez to ubepieczenie, bo pokryje wszystkie szkody i to chyba przekonuje K, więc ruszamy do domu.

      - Nie wiesz, gdzie jest ta stacja metra? - pyta K nieco zdezorientowany na ulicy.
      - Pani z okienka powiedziała, że w tym kierunku co idziemy i ze 3 min stąd, więc na pewno się znajdzie -widzę, że K jest już chyba mocno zmęczony, ale za chwilę znajdujemy stację i szukamy odpowiedniego peronu.
      - Pójdę zapłacić za przejazd – K bierze nasze karty przejazdu i stara się je doładować. Dość długo nie wraca, więc trochę się denerwuję. Gdy go w końcu widzę, pytam, czy mu się udało.
      - I tak i nie – odpowiada – bo doładowałem, ale za mniej, bo nie mogłem znaleźć naszej stacji.
      - To trzeba jeszcze raz – mówię trochę zła – bo jak nas sprawdzą przy wyjściu, to zamiast spokojnego wieczoru możemy mieć problem.
      - Oj tam, coś wymyślimy
      - Ale mi się nie chce wymyślać, skoro możemy normalnie doładować bilet – próbuję go przekonać do swojej racji
      - Wiesz co, pójdę tylko dla Ciebie, chociaż uważam że nic by się stało – mówi K i idzie znów doładować. Tym razem z sukcesem, za to w ostatniej chwili, bo pociąg właśnie nadjeżdża. Ruszamy.
      Gdy dojeżdżamy na stację uśmiecham się pod nosem, bo widzę, że przy bramkach znów jest kontrola biletów. K patrzy na mnie spod byka i też się śmieje. Kontrolerzy skanują nasze karty i puszczają wolno.
      - Widzisz? A tak byś się teraz im tłumaczył – nie mogę się oprzeć – tylko po jakiemu? - śmieję się do niego.
      - Zupełnie nie wiem, dlaczego zawsze musisz mieć rację- obejmuje mnie mocno
      - Nie zawsze, ale w kluczowych momentach – teraz już śmieje się całą gębą. Chce mi się być blisko niego, więc kuśtykając próbuję go za sobą pociągnąć, bo jeszcze musimy wstąpić do sklepu i chcę już do domu.
      Nigdy w życiu nie wypiłam tyle wina w tydzień – mruczę mu w rękaw, gdy siedzimy na balkonie. Piję ostatnie białe, półwytrawne porto. Dziś mam ochotę, żeby szumiało mi w głowie, jutro wracamy, więc chciałabym o tym zapomnieć, oddać się chwili, oddać się K, naszej miłości i gorącej atmosferze Porto. I dokładnie tak się dzieje.

       

      Dzień ósmy - powrót



      Budzi mnie sms. To Irene. Pyta, o której wyjeżdżamy i że klucze mamy zostawić w środku mieszkania. Lecimy o 16, więc spokojnie do 13-tej się wyniesiemy. A do 13-tej jeszcze powłóczymy się po Porto.

      - Już to widzę – K studzi moje plany – nie wyjdziemy stąd przed 11, jak znam życie – śmieje się – i wcale mnie to nie martwi – ciągnie mnie na łóżko – jeśli o mnie chodzi, mogę nigdzie nie iść...

      - Jednak wypada się chociaż spakować – stawiam lekki opór – a do tego trzeba jeszcze coś kupić na prezenty...

      - dobra, dobra, zdążymy... - K nie wygląda na kogoś, kto by się mocno przejął upływającym czasem.

      O 11 wychodzimy na śniadanie, potem mamy godzinę na znalezienie prezentów (dlaczego zawsze wszystko robimy na ostatnią chwilę???). Żegnamy się z kelnerkami w restauracji, z naszym Mulatem w sklepie, znajdujemy kilka fajnych sklepików, a ponieważ moja młodsza siostra ma urodzić córkę, robimy zakupy z tej okazji i biegniemy z powrotem, bo czas się kurczy niemiłosiernie, a samolot raczej nie poczeka.

      Pakujemy się, ogarniamy szybko mieszkanie i pędzimy na metro. Na lotnisko jedzie się z pół godziny, więc zdążymy. Tym razem samolot nie jest opóźniony, ale za to kolejka na bramkach jest potężna. K nagle dostaje olśnienia, że ma przy sobie 5 butelek picia. Wszystko wyrzucamy. Patrzę na niego z niedowierzaniem, bo na myśl mi nie przyszło, że zapomni o tym, co wolno a czego nie. Nadchodzi nasza kolej. Przechodzę przez bramkę bez problemu. K brzęczy trzy razy. Brzęczy, bo ma drobne monety w kieszeniach, za drugim razem wyciąga jeszcze zegarek, za trzecim pokazuje podkute buty. No tak, zapomnieliśmy, że on zawsze ma podkute buty. Mimo to zostaje zatrzymany na rewizję osobista. Widzę dezorientację w jego oczach, więc podchodzę, mówię że jestem jego żoną i czy mogę tłumaczyć. Pan mówi, że to tylko rutyna. Rewidują go. Pani oddaje mu rzeczy w pudełku, więc ogarniamy się, pakujemy co zostało i już mamy odchodzić, gdy K przypomina się, że miał komputer a nie ma.

      - Gdzie komputer? - widzę przerażenie w jego oczach. Wyciągał go na potrzeby rewizji, a faktycznie go nie dostał z powrotem. Podchodzę więc do tej pani, która oddawała mu rzeczy i pytam o ten komputer. Pani szuka i na szczęście znajduje, więc cali szczęśliwi przechodzimy dalej spakowani i kompletni.

      - Grażka, a może kupimy porto na lotnisku? - K ma ochotę zrobić prezenty moim braciom, więc kupujemy dla nich porto, dla dzieci m&msy i pędzimy dalej. Nawet już się tak nie boję jak tydzień temu, znów bardzo dużo leci Polaków, więc czujemy się całkiem swojsko.

      Udaje mi się przed wylotem dodzwonić do mamy i okazuje się, że trafiłam w 10-tkę, bo moja siostra właśnie urodziła córkę, więc jest wielka radość i łzy szczęścia. Teraz mogę wracać.

      Samolot ma bardzo niewygodne miejscówki, kolana mam prawie pod brodą. Wyciągam książkę „Życie na pełnej petardzie“ ks. Kaczkowskiego i czytam sobie i K. K za chwilę zasypia, więc czytam już tylko dla siebie, płaczę, śmieję się i myślę, że to bardzo dobrze, że wpadła mi w ręce. Wiem też, że dam ją do przeczytania Michałowi.

      Sama nie wiem, kiedy mija lot, lądujemy całkiem spokojnie. Chwilę czekamy na bagaż. Widzę juz moją walizkę i K ciągnąc za uchwyt ściąga ją z taśmy.

      - This is mine! - mówi do mnie nagle jakiś człowiek wyszarpując mi walizkę
      - No, it's mine! - przecież ten pan może sobie sprawdzić nazwisko na tej naklejce – mówię do K i trzymam mocno walizkę -Look here!-pokazuję mu moje nazwisko.
      - A to przepraszam – odzywa się po polsku pan i za chwilę wszyscy śmiejemy się z tej sytuacji – nie wiedziałem, że widać tu nazwisko!
      - To by się pan zdziwił w domu znajdując w środku moje biustonosze – śmieję się – albo pana żona by się może bardziej zdziwiła – dodaję
      - W szczególności, że była ze mną – odpowiada ze śmiechem pan.

      Rozstajemy się i w końcu opuszczamy terminal. Na parkingu już czeka na nas nasz samochód, więc wsiadamy i ruszamy w stronę domu.

      Po drodze zatrzymujemy się na kolację w przydrożnej miejscowości, gdzie raczymy się szparagami, co sprawia, że tuż za granicą musimy się zatrzymać na spanie, bo ani ja, ani K nie dajemy rady.

      Do domu docieramy o 2:30. Jest cicho i przytulnie. Jest czwartek, chłopcy wracają dopiero po południu, więc mamy jeszcze chwilę dla siebie.

      Jutro mamy jechać do mojej rodzinnej miejscowości na zaproszenie mojej cioci i wuja. A potem powrót do pracy.

      Wiem jednak, że wszystko będzie dobrze, czuję to w duszy, bo spokój, który mnie wypełnia rozlewa się na całe nasze wspólne życie i nie może być inaczej.

      Gdy patrzę na nas z perspektywy czasu myślę, że jesteśmy świadkami cudu, który cały czas dokonuje się w wyniku miłości. I w wyniku tej miłości życie jest piękne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 6”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 23:46
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 5

      Dzień szósty – ciąg dalszy wynajmu



      Trafiliśmy w świetną pogodę. Kolejny słoneczny poranek, a to oznacza gotowość na zwiedzanie i wojaże. Tylko czym? Dziś również jakoś nie możemy wydostać się z łóżka, aż sami się z siebie śmiejemy, bo to naprawdę jakiś fenomen jest.

      Zastanawiamy się jak najlepiej załatwić sprawę. Jestem zdania, że trzeba zadzwonić do pośrednika i przesunąć rezerwację. W zasadzie jutro też jeszcze możemy gdzieś pojechać. K mówi, żeby podejść do tego Guardima i tam załatwić to przesunięcie. Patrzę na mapie gdzie to jest, faktycznie tylko kilka uliczek dalej, jakoś dokuśtykam, więc mówię, że ok i zbieram się do wyjścia.

      Trochę mi żal już, że tak blisko wyjazdu, chociaż tęsknię za dziećmi, wiem, że są zadowoleni, bo razem z tatą i ekipą znajomych przebywają właśnie na Słowacji, poza tym codziennie dzwonię. Dziś jednak jakoś tęsknota miesza mi się z żalem, że nasza podróż się kończy. Coś wisi w powietrzu, nawet K pyta, czy dzwoniłam już do dzieci.

      Wychodzimy. Tym razem zabieramy wszystkie karty na wszelki wypadek. K służy mi ramieniem i pierwszy kierunek, to oczywiście śniadanie. Idziemy do naszego Dom Kichota, gdzie panie już nas poznają, nawet pamiętają, co zamawialiśmy, więc bez większego problemu dostajemy to, co wcześniej. Bardzo mi tu smakuje wyciskany sok pomarańczowy, rozkoszuję się jego smakiem, podczas gdy K robi mi serię zdjęć. Do tej pory mam serie z każdego śniadania. Trochę mnie to śmieszy, bo nigdy nie miałam zrobionych tylu zdjęć w tak krótkim czasie i do tego takich, które by mi się podobały. K jest wpatrzony we mnie, jak sroka w gnat, ja w niego z resztą tak samo. Wydaje mi się, że to widzą wszyscy wokół i na nasz widok uśmiechają się, jak te panie w knajpce.

      och, jak pięknie wyglądasz w okularach

      - jak ci ładnie bez okularów

      - jak cudownie masz białe usta od mąki z bułeczki

      - ślicznie się uśmiechasz

      - jak super wyglądasz w tym kolorze

      Powinno mu się w końcu znudzić, ale za każdym razem wynajduje coś innego i zachwyca się na nowo. Śmieję się, że zacznę nagrywać w razie, gdyby kiedyś zmienił zdanie. On przeprasza mnie, że ciągle mi słodzi i mówi, że mnie kocha. Może i słodzi, ale tak przyjemnie jest, jak ktoś karmi moją próżność, a tym bardziej gdy jest to odwzajemnione.

      Siedzimy dobrą chwilę na tym śniadanku i ćwierkamy sobie, ale w końcu reflektujemy się, że znów zajdziemy o 13 do tego biura, bo już 11 i trzeba się ogarnąć jakoś.

      Tuptamy więc dalej, na mnie spoczywa obowiązek nawigacji, lubię to z resztą,  więc chętnie prowadzę nas wąskimi uliczkami, potem jedną z głównych, które aż tętnią życiem. Zatrzymujemy się przy wystawach, nawet znajduję piękną sukienkę, w której natychmiast się zakochuję. Wchodzimy do tego sklepu, ale widok ceny zwala mnie z nóg i chociaż K namawia mnie do zakupu, to jeszcze na głowę nie upadłam. Mówię mu, że nie musi mi udowadniać swojej miłości, zakochanie zakochaniem, ale za tą kwotę miałabym 10 innych ładnych sukienek. Na otarcie łez kupuję sobie piękną torbę za 29 Euro i jestem bardzo zadowolona. K natomiast wymarzył sobie taki kaszkiecik z materiału na lato, ale tutaj chyba nikt w czymś takim nie chodzi, bo w żadnym sklepie nie ma takich kaszkietów, ani w ogóle żadnych.

      W końcu znajduję szukane biuro. Wchodzimy tam, pomimo ładnego wyglądu, odrzuca mnie zapach i kolejka. K patrzy przez chwilę na mnie, potem na logo Guardim i mówi:

      - Nie wiem, jak ja Ciebie słuchałem, ale myślałem, że idziemy nie do biura Guardim, tylko do tego pośrednika!
      - No jak to, chyba z 10 razy ci mówiłam, nawet sam oglądałeś tą kartkę z adresem, którą dostaliśmy na lotnisku – śmieję się trochę z niego, bo faktycznie nieprzytomny jest
      - To teraz nie wiem, co zrobić, bo chciałem porozmawiać z tym pośrednikiem.
      - Zadzwoń tam – mówię – najlepiej tak będzie, może nam coś doradzą przez telefon. Szukamy numeru i znajdujemy, K dzwoni więc, ja przysiadam sobie na chwilkę, bo ból się nasila, a bardzo bym chciała jeszcze troszkę pozwiedzać.

      K dodzwania się bez większego problemu, rozmawia z niejaką panią Dominiką, która okazuje się bardzo kompetentną osobą. Przebukowuje nam rezerwację, przeprasza za sytuację z ubezpieczeniem, załatwia nam inne auto, w innej firmie. Tym razem nie kupujemy ubezpieczenia wkładu własnego, umawiamy się, że zakupimy je na miejscu. Umawia nas na za 1,5h na lotnisku i jedziemy na drugą próbę.

      Gdy dojeżdżamy na lotnisko, okazuje się, że biuro tej firmy na lotnisku jest zamknięte. Widzę, jak z twarzy K ulatuje nadzieja. Myślę jednak, że biuro może być zamknięte, ale skoro i tak zwykle na parkingu jest właściwie biuro, to poszukajmy busa z tej firmy na przystanku pod terminalem. Tak, jak wcześniej. K już chce dzwonić do pani Dominiki, ale widzę, że podjeżdża właściwy bus, więc wsiadamy. Kierowca daje nam listę i każe się na niej odhaczyć. Nie ma nas niestety, ale nagle oświeca mnie i mówię mu, że rezerwacja była zrobiona przed godziną!

      - Ok, ok, no problem – mówi kierowca i ruszamy.

      Na miejscu jesteśmy mile zaskoczeni, bo nie ma tutaj kolejki!!! Tym razem załatwiamy wszystko w 10min, kupujemy ubezpieczenie, albowiem znamy PIN:) i w końcu dostajemy upragnione kluczyki.

      Trochę jestem zdziwiona, bo zamiast Forda Focusa jest Renault Clio, ale pan mówi, że to ta sama klasa, więc jest ok. Samochód wygląda całkiem fajnie, siadamy więc i szybko podejmujemy decyzję, gdzie jedziemy. Mamy wszystko: przewodnik, mapę, nawigację i dobre humory.

      Ustalamy po dwóch minutach, że jedziemy do Bragi, ale naokoło, najpierw Vila do Conde, potem Viana do Castelo i na końcu Braga. Jest już dość późno, ale to nie są jakieś dalekie odległości, powinniśmy zdążyć przed zachodem słońca.

      Jedyne czego się obawiam, to kultura jazdy Portugalczyków, ponieważ naczytałam się o jej braku i obawiam się nieco jakiejś stłuczki, no ale mamy to ubezpieczenie, więc powinno być ok.

      Po drodze do Vila do Conde zatrzymujemy się i kupujemy melony. Właściwie, to K kupuje, ja siedzę w aucie i przyglądam się jego umiejętnościom językowym. Zawsze będzie mnie dziwiło, że on się dogada wszędzie i w każdym języku, bo nie ma żadnej blokady. I z każdym nawiąże fajną relację.

      Kawałek jedziemy autostradą, ale potem zjeżdżamy z niej, bo chcemy trochę popatrzeć na Portugalię z innej strony. To co zadziwiające dla mnie, to cmentarze. Same kapliczki, duże grobowce. Robię zdjęcie z samochodu, bo jestem naprawdę zafascynowana tymi cmentarzami.

      Docieramy do Vila do Conde – z daleka widać wznoszącą się nad miastem fortyfikację. Jedziemy w ciemno, chcemy powłóczyć się po starych uliczkach i zjeść coś dobrego. Znajdujemy miejsce parkingowe, o co jak się okazuje wcale nie jest łatwo i udajemy się w głąb starego miasteczka. Uliczki zapierają dech w piersiach, robię kilka zdjęć, chyba najładniejszych z tego wyjazdu, snujemy się powoli i podziwiamy zarówno wtopione w kamieniczki kaplice, kapliczki, jak i same fasady kamienic stojące przy tych uliczkach a wcale nie jest ich mało. Gdy docieramy do ryneczku, sjesta trwa w pełni, Jest ciepło, na ławeczce siedzi kilku mężczyzn z szemranych klimatów, na chodniku leży pies, który nie ma ochoty nawet kiwnąć ogonem. Udajemy się dalej, bo szukamy jakiejś restauracji, mając cichą nadzieję, że pomimo sjesty coś jednak zjemy. Przypadkiem trafiamy do restauracyjki, w której siedzą ludzie. Podłączamy się do nich i przeglądamy menu. K wchodzi do środka szukając toalety i potem opowiada mi o pełzających krabach i świeżych rybach oczekujących na swoją kolej.

      Wybieramy bacalhau szefa, porcja dla dwóch osób, bardzo polecane przez kelnera. Czyli zapiekany dorsz z pomarańczami, papryką i pure z ziemniaków. Brzmi całkiem dobrze, więc teraz pozostaje nam czekać na efekt zamówienia. Dostajemy naprawdę obiecująco wyglądającą michę jedzenia. Do tego pięknie pachnącą papryką.

      Czar pryska, gdy biorę do ust trochę pure – smakuje jak roztopiona Rama z ziemniakami. Czegoś tak ohydnego dawno nie jadłam, dorsz sam w sobie smaczny, ale smak pure dotarł wszędzie: i do papryki i do dorsza, więc zjadam tylko odrobinę i pytam K, czy jemu smakuje.

      - Grażka, jestem tak głodny, że muszę coś zjeść, ale fakt, że to pure jest obrzydliwe.

      Koniec końców zostawiamy połowę, płacimy i wychodzimy. Czuję, że stanęło mi to na żołądku, jest mi niedobrze i ciężko. Nic jednak nie mówię, bo po pierwsze już jęczę, trochę, bo noga boli, a do tego nie będę uprzykrzać K życia, bo i tak nic nie można zrobić. Wracamy do auta. Po drodze napotykamy skwerek z drzewkami pomarańczowymi. Jestem zaskoczona, że pomarańcze nadal wiszą na gałązkach. Wygląda to tak pięknie, że znów robię kilka zdjęć i docieramy w końcu do miejsca, z którego już mamy bardzo blisko do parkingu. K namawia mnie na kawę, żeby zabić smak nieszczęsnego pure. Czuję się, jakbym zjadła całego niedźwiedzia, jedzenie spuchło mi w żołądku i ledwo wlewam w siebie kawę. Znów mam sesję fotograficzną na kawiarnianym krzesełku, ale że robi się późno, to decydujemy się na przyspieszenie tempa i wracamy do samochodu.

      Przez chwilę dyskutujemy nad dalszą drogą, bo ja optuję za jazdą autostradą jednak, ponieważ boję się, że nie zdążymy dojechać do Bragi za jasności, ale K mówi, że naprawdę te odległości nie są jakieś makabryczne i chciałby jednak pojechać drogą krajową. Po chwili negocjacji godzę się, chociaż zdaję sobie sprawę, że to będzie droga 50km/h, bo tutaj szybciej się na tych drogach nie da.

      K jednak ma rację. Gubimy się raz jeden i trafiamy w piękne miejsce: palmy przy plaży, piękne słońce, rzeka. Zatrzymujemy się tu na chwilę i udajemy dalej do Viana do Castelo, która zaskakuje nas korkami, wielkością i pięknem. Znaleźć miejsce parkingowe na Starym Mieście graniczy niemal z cudem, w końcu K decyduje się zaparkować w jednokierunkowej uliczce tak wąskiej, że bez mojej pomocy nie może sobie poradzić. Parkujemy, ale przejeżdżające auta ledwo się mieszczą jadąc obok. Umawiamy się, że jesteśmy tu tylko na tzw „rzut oka“, bo czasu jest już naprawdę niewiele, a ja nie chcę odpuścić Bragi. Nadal czuję się fatalnie, ale jakoś daję radę. Nawet nogę jako tako rozchodziłam. K odczuwa to samo, więc snujemy się trochę jak za karę, mimo to staramy się jakoś pozbierać. Robię sobie zdjęcie przy sklepiku z antykami, bo znajduję śliczną koneweczkę, co prawda nie chcę jej kupić, bo do niczego mi niepotrzebna, jednak zachwyca mnie na tyle, że chcę ją uwiecznić.

      Kawałek dalej znajdujemy mały warzywniaczek. Chcemy kupić na jutrzejsze śniadanko lub dzisiejszą kolację jeszcze jednego melona. W sklepiku obsługuje nas miła starowinka, która wygląda na 100 lat. Bierze melona, waży go, potem idzie po kalkulator. W międzyczasie zapomina, ile ważył melon, więc znów idzie z nim na wagę i dopiero nas podlicza. Wzrusza mnie ta scena, poza tym uświadamiam sobie, że w Portugalii w wielu sklepikach można spotkać takich starych ludzi. Nie mam pojęcia, czy dorabiają do emerytury, czy po prostu jest to ich przyjemność.

      K boi się, że się zgubiliśmy i chce wracać, ja jednak czuję, że jak pójdziemy prosto, wyjdziemy blisko naszego auta. Na szczęście mam rację, a K jak zwykle mi ufa. Samochód stoi, nieporysowany, więc nie jest źle, K otwiera mi drzwi i jedziemy już do Bragi. Udaje nam się ominąć korek, ale decydujemy się na jazdę autostradą, bo słońce już nisko a Braga jednak dość daleko.

      Gdy dojeżdżamy, jest już zachód. Naczytałam się o Starym Mieście, tylko nie jestem pewna naszej nawigacji, a miasto jest dość spore. Na szczęście nie ma korków ze względu na późną porę. Nawigacja każe nam parkować w miejscu, które wygląda raczej na nowoczesne. Robię zdjęcie nazwy ulicy w razie czego i udajemy się na poszukiwanie zabytków. Jakoś chyba mam dość dobry nos, bo okazuje się, że tuż za rogiem zaczynają się stare kamieniczki, więc chyba jesteśmy blisko. Za chwilę widzimy, że tak naprawdę, to jesteśmy na miejscu. Plątanina uliczek, przepięknych kamienic, dostojna katedra i kobieta, która mija nas, a potem wraca i pyta po angielsku, czy nie kupilibyśmy jej zupy, albo czegoś ciepłego do jedzenia dla niej i jej córki.

      Śmieję się do K, że chyba mamy jakąś siłę przyciągania. Nigdy jednak nie odmówiliśmy komuś jedzenia, więc wracamy się, w pierwszej lepszej restauracji kupujemy jej tosty i zupę. Jestem zaskoczona, bo wydaje mi się, że kobieta mówi po angielsku komunikatywnie, nie wygląda też na narkomankę, mam ochotę zapytać jej, dlaczego nie ma pracy, ale rezygnuję jednak, bo chcemy iść dalej, a jest coraz później. Zostawiamy ją pałaszującą tosty, zdziwionego kelnera i idziemy dalej. Szukam bramy, która powinna gdzieś tu być. Jest mi coraz bardziej niedobrze, K też, stwierdzamy, że musimy zjeść coś lekkiego, bo zarazem jesteśmy głodni. Robi mi się słabo z głodu i chyba ze zmęczenia, noga pulsuje, siadam więc na kamieniu i proszę K, żeby dał mi chwilę. Nie mówię mu, że mi słabo, ale myślę, że może po prostu powinnam uzupełnić płyny. K krąży wokół mnie podziwiając budowlane cuda a ja popijając wodę przyglądam mu się z czułością, bo tak bardzo cieszę się, że go mam. K zaczepia przechodnia pytając o tą bramę, okazuje się, że jest ona kilka przecznic dalej.

      Jedna rzecz rzuca mi się w oczy, gdy patrzę na przechodniów: starsze kobiety są siwe. Niezależnie, czy jest to Porto, czy Vila, Viana czy Braga. Po prostu, jak 30 lat temu w Polsce. Widok trochę dla mnie zaskakujący ale mimo wszystko jest w tym jakieś piękno.

      Ostatecznie znajdujemy bramę, załapujemy się na ostatnie promienia słońca i udajemy się a powrotem rozglądając się za jakąś dobrze wyglądającą restauracją. Wydaje mi się, że znajduję taką, nieco schowaną w głębi kamienicy, z pięknym jasnym wystrojem. Kelner czeka na nas w drzwiach serdecznie zapraszając. Dostajemy na przystawkę świeże, ciepłe bułeczki z masłem, z czego skwapliwie korzystamy. K zamawia zupę z kapusty a ja pytam o sałatkę, bo mam ochotę na jakąś grecką może lub coś w tym stylu. Niestety w menu nie ma żadnych sałat. Znajduję tylko coś pod hasłem lettuce – pytam więc kelnera, czy to rzeczywiście sama sałata, czy ma jakieś dodatki, np. z pomidory. On mówi, że ma pomidory, więc zamawiam.

      Po chwili dostaję kilka liści sałaty z sosem vinegret, a K pomidory. Śmiejemy się oboje, bo nie wiem, czyj angielski jest taki słaby: mój, czy kelnera. Na szczęście możemy wymieszać wszystko na talerzu i zjadam ze smakiem. Bardzo dobrze mi to robi, K zamawia mi jeszcze białe, wytrawne porto. Dostaję małą karafkę. Jestem tak zmęczona, że od razu wiem, że nie dam jej rady, więc wypijam tyle, żeby wyjść w miarę trzeźwa, ale czuję, że proces trawienny ruszył i wino załatwiło temat. Od razu humor nam się poprawia, nawet szybko znajdujemy auto i udajemy się w drogę powrotną. Tym razem autostrada zostaje wybrana jednogłośnie. Do domu docieramy ok 22, miasto tętni życiem, w knajpie pod naszym mieszkaniem jest impreza, jakieś urodziny chyba, bo dużo młodych ludzi, dużo alkoholu, głośne śpiewy. Dziś nie odwiedzamy sklepiku Mulata, za to idziemy na chwilę do knajpki przecznicę obok, siadamy sobie na porto, K na piwo, znów tłumacząc się, że nie jest Niemcem.

      Ustalamy wstępny plan na jutro, bo samochód mamy do 21, więc sporo czasu, żeby jeszcze coś zobaczyć. To był bardzo długi dzień, zbieramy się więc do domu i chociaż nie zamierzamy, to czeka nas jeszcze długa, bardzo przyjemna noc. Kocham Porto, kocham wino i kocham K. Dobranoc.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 23:31
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 4

       

      Dzień piąty – wynajmujemy samochód

       

      - Grażka, chyba musimy już wstać – najwyraźniej słyszę głosy. W ogóle śni mi się, że gdzieś jadę i nie mogę dojechać. Głos brzmi dziwnie znajomo. Poza głosem słyszę też inne dźwięki. Powoli odzyskuję świadomość. To dźwięki z ulicy. Otwieram oczy i zaraz zamykam, słońce świeci prosto na mnie.

      - Krzysiu...już wstałeś? - dziwię się trochę, nie czułam, że wychodzi z łóżka.

      - Nie śpię od godziny, nie mogę się na ciebie napatrzeć. Masz ochotę na kawę?

      - Yhy – na razie nie jestem zbyt rozmowna. Próbuję osadzić się w czasoprzestrzeni.

      - A jak noga?
      - Jaka noga? Aaa, jeszcze nie wiem – uśmiecham się i zaglądam pod kołdrę – nadal jest – śmieję się – boli, ale chyba nie spuchła bardziej.

      Próbuję wstać ale niestety muszę skakać na jednej nodze, nadal nie mogę przenieść ciężaru ciała na tą nadwyrężoną. Na szczęście uświadamiam sobie, że dziś mamy wynająć samochód. Tylko jakoś trzeba dojechać na lotnisko – tam czeka na nas auto.

      - Wiesz co, nie martw się, na pewno dam radę. Jakoś dokuśtykam do metro i dojedziemy na lotnisko. Idę się wykąpać.

      Gdy wracam, czeka na mnie pachnąca kawa i znów miseczka owoców. Ciemne winogrona nie mają tutaj takiej twardej skórki jak u nas. Są naprawdę doskonałe. Czuję ssący głód, więc pochłaniam natychmiast zawartość miseczki i nagle robi mi się głupio.

      - Krzysiu, a czy ta miseczka to miała być tylko dla mnie? Dla Ciebie też starczyło? - po jego minie widzę, że nie, ale śmieje się znowu i przytula mnie mówiąc, że i tak zaraz idziemy na śniadanie.
      - Bardzo fajny widok, jak tak pałaszujesz, że aż trzęsą ci się uszy – ciągnie mnie na łóżko – połóż się, zaraz podam ci kawę.

      Czas rano pędzi niczym struś pędziwiatr. Powinniśmy być ok 10-11 na lotnisku, ale już wiem, że na pewno nie będziemy. Piszę więc maila, że będziemy ok 12-13. Kawa smakuje wybornie, ale po niej tylko się rozleniwiam. Leżymy sobie, rozmawiamy i przytulamy. Jest bosko. Tylko coraz później.

      Gdy w końcu udaje się nam ogarnąć i wyjść z domu, udajemy się do naszej sprawdzonej restauracyjki ze śniadaniami, ale niestety dziś jest zamknięta. Na przeciwko za to jest otwarta inna, wchodzimy więc do niej i zamawiamy tosty. Kelnerka podaje mi jedzenie z uśmiechem, zaglądając w oczy, aż nawet K to widzi. Śniadanie jest pyszne, K zamawia podwójną porcję, mi wystarcza jedna, no ale ja wrzuciłam w siebie jeszcze miseczkę owoców jakieś dwie godziny temu. W restauracji jest straszny hałas, co zaczyna mi doskwierać, nie mają tam zmywarki, wszystko odbywa się na oczach klientów, przygotowywanie posiłków łącznie z myciem garów i wymianą worków na śmieci. To naczynia tak hałasują. Ale klientów jest mnóstwo, restauracja pęka w szwach.

      - Już wiem, dlaczego nasza knajpka była zamknięta! – doznaję olśnienia – dziś jest 1 maja!!!

      Wychodzimy najedzeni i opici wyciskanym sokiem z pomarańczy. Noga boli mnie jak diabli, ale staram się nie narzekać. Jedyny minus, to zamknięte apteki, nawet bandaża nigdzie nie kupię. A do lekarza żeby jechać, to szkoda mi czasu no i boję się, że mi gips założą albo coś. Wiem, że to głupie myślenie, ale ufam oku K, który nadal twierdzi, że to tylko nadwyrężenie.

      Idziemy powoli do metra, widzimy, że na peronach pełno policji, zauważamy też całe mnóstwo poprzebieranych studentów. Coś czuję, że to mogą być jakieś juwenalia. Ciekawa jestem tutejszych obyczajów.Wsiadamy do metra, K zajmuje dla mnie siedzenie. Kojarzę trasę, którą jedziemy. W wagonie znowu słyszymy Polaków, ale to pewnie dlatego, że to linia na lotnisko, większość osób ma ze sobą bagaż.

      Wysiadamy i szukamy naszej wypożyczalni. Samochód rezerwowaliśmy przez pośrednika, ale zapisałam sobie nazwę firmy, którą mamy odnaleźć. Wchodzimy na terminal i pierwsze co rzuca mi się w oczy, to punkt pierwszej pomocy. Kuśtykam tam uradowana, a K za mną. Dzwonimy. Otwiera mi piękna młoda kobieta. Mówię jej, co się stało i pokazuję stopę. Dziewczyna pyta, czy boli i czy coś jadłam. Patrzę na nią zdziwiona i mówię, że tak, boli i że jadłam, ale jakieś 1,5 temu. Pyta dalej, czy nie chcemy iść czegoś zjeść. Robię oczy jak 5 zł i mówię, że nie i dlaczego o to pyta. Ona na to, że nie mogę mieć pustego żołądka, a chce mi dać tabletkę. Aaaaaaa! Już wszystko jasne, dziwne, że mnie wcześniej nie oświeciło. Pytam, czym chce mnie uraczyć. Ibuprofen. Ok, łykam mimo pustawego żółądka. W sumie nie pomyślałam o środkach przeciwbólowych. Na kolejne polecenie przenoszę się za kotarkę, tam dziewczyna zakłada mi bandaż, wcześniej badając stopę. Mówi, żebym po przyjściu do domu położyła się z nogą w górze i oszczędzała ją. Na pewno. Szczególnie, że zaraz wyjeżdżamy:). Dziękuję jej, jestem naprawdę wdzięczna, bo trochę lepiej z tym usztywnieniem i pytam, czy coś płacę. Nie, nie płacę, mam tylko wpisać jakimi liniami przyleciałam. No to piszę, ale nie zdradzam, że kilka dni temu.

      Wychodzimy z punktu i udajemy się na dalsze poszukiwanie naszego auta. Jest! Widzę zielony kiosk, to na pewno Guardim! Mam rację, ale pani z kiosku każe nam wyjść z terminala, poczekać na busa i resztę mamy załatwić już w innym miejscu. K za bardzo nie rozumie, co prawda, tłumaczę mu, ale on nie cierpi nie rozumieć i denerwuje się trochę, bo nie jest pewny, czy ja dobrze zrozumiałam z tym autem.

      Ja jestem pewna, że dobrze. Ustawiamy się nawet na odpowiednim przystanku, bo za chwilę podjeżdża pięknie oznakowany bus i zabiera nas na parking. I tu nasza przygoda dopiero się zaczyna.

      Na parkingu, na który zawozi nas bus, jest co najmniej kilka biur różnych firm wynajmujących samochody. Martwię się trochę, bo w mailu potwierdzającym dostaliśmy informację, że powinniśmy wydrukować voucher, ale nie mamy jak, więc mamy tylko przygotowany numer rezerwacji no i ewentualnie możemy pokazać voucher w komórce. Pierwszy raz wynajmujemy auto, więc cały proces jest dla nas nowością.

      W biurze Guardim jest kolejka na kilkanaście osób, noga mnie boli, więc znajduję sobie miejsce do siedzenia. K w tym czasie grzecznie stoi i próbuje zainstalować jakąś aplikację na telefon. Kolejka przesuwa się powoli, aż w końcu hurraa! Nasza kolej!

      Trochę mam obawy, czy się dogadam, bo ucząc się angielskiego z Piotrkiem, nie przerabiałam niestety słownictwa z wynajmu samochodów, a z kolei tu znowu nikt nie mówi po niemiecku. Podchodzę więc razem z K do stanowiska i próbuję załatwić temat. Wszystko idzie gładko, nie musimy mieć przy sobie vouchera, tylko w momecie, gdy już prawie wszystko wydaje się załatwione obsługujący nas pan pyta o ubezpieczenie.

      Z wynajmem jest tak, że na okres użytkowania auta firma wynajmująca blokuje na karcie kwotę wolną od ubezpieczenia, tzw wkład własny, bo ubezpieczenie działa dopiero od pewnej kwoty wzwyż. W tej sytuacji powinniśmy mieć ze sobą kartę kredytową, na której można zablokować kwotę prawie 2000 Euro. Czytałam o tym, ale przy wynajmie mogłam zakupić dodatkowe ubezpieczenie, które ubezpiecza ten wkład własny i koszt za dwa dni to ok 65Euro. Oczywiście wykupiliśmy tą opcję, więc ufna, że nie muszę blokować tych 2000 Euro tłumaczę to panu, pokazując na voucherze ubezpieczenie.

      I tu zonk, bo ta firma akurat nie honoruje tego ubezpieczenia od pośrednika, bo mają swoje. What???? Z lekka głupieję przy stanowisku i zastanawiam się, czy dobrze zrozumiałam. Tłumaczę K sytuację. Próbuję jeszcze raz powtórzyć panu, co zrozumiałam i czy to prawda. Niestety prawda. Pan proponuje, że zadzwoni do pośrednika, żeby anulował to ubezpieczenie i sprzeda nam swoje. No w sumie, jak mu się uda, to proszę bardzo. Tylko, że K nagle mówi, że wziął ze sobą tylko dwie karty, ale używa je bez pinu w PL i Niemczech, resztę kart zostawił w mieszkaniu, bo nie chciał, w razie kradzieży stracić wszystkich. Oczywiście mieliśmy wszystko opłacone, więc wziął takie, które na koncie nie miały jakiś dużych kwot. Problem jednak nie tkwi w pieniądzach, bo spokojnie pokryjemy ubezpieczenie, tylko w tym, że K nie pamięta pinów. Pytam więc pana, czy będzie potrzebna karta, czy możemy płacić gotówką. Niestety, tylko karta.

      Czuję, że lekko nie będzie. K już zdenerwowany próbuje przypomnieć sobie pin. Pan obsługujący dzwowni i pośrednika i załatwia nam anulację ubezpieczenia, co mu się szybciutko udaje. Teraz tylko wpisać pin i odjeżdżamy stąd. Trzy próby K i karta zablokowana. Dzwonimy więc do banku, jest 1 maja, ale linia oczywiście działa i odbiera pewna pani, która informuje K, że nic nie można zrobić. Tzn po błaganiach coś by zrobiła, ale i tak nie może, bo wszelkie zmiany na koncie internetowym K dokonuje za pomocją potwierdzeń nie smsowych a na zdrapki, których oczywiście przy sobie nie ma. Więc na razie tkwimy w punkcie wyjścia. K wymyśla, żeby zadzwonić do Kai, bo ona biegle mówi po angielsku, to na pewno pomoże. Dzwoni więc i podaje słuchawkę panu. Kaja powtarza nam to, co sama zrozumiałam łącznie z informacją, że nie można nic zrobić i że nie można płacić gtotówką i że generalnie pat.

      Ja akurat inteligentnie nie miałam przy sobie żadnej karty kredytowej z tych samych pobudek co K. Ale teraz to mogłam tylko pluć sobie w brodę. Pan daje nam adres swojego biura, które jest trochę bliżej naszego mieszkania niz lotnisko i wychodzimy bez auta i bez humorów. 2H zmarnowane na samej konwersacji. Dobrze, że chociaż nogę owinęłam. Tyle dobrego.

      Postanawiam wziąć się w garść i ustalamy, że dziś robimy sobie luz (tak, jakby wcześniej go nie było) i idziemy gdzieś sobie posiedzieć, bo ja z tą nogą za wiele nie zwojuję, a szkoda dnia. Idziemy wolniutko do metra, trzymamy się za ręce i czuję, jak mnie ogarnia głupawka. Śmiejemy się z tego do rozpuku, bo przecież nie bylibyśmy sobą, gdyby nam się coś takiego nie przydrzyło.

      Wracamy na Bonjardim, w metro stoi policja i sprawdzają każdego wychodzącego skanując mu bilet. Całe szczęście, że mamy bilety i że wszystko w porządku, bo mamy na dzisiaj dość atrakcji. Włóczymy się chwilę po uliczkach szukając knajpki, która nam się spodoba i siadamy na dworze wystawiając twarze na słońce. Oczywiście wysmarowani kremem z filtrem.

      Ulica nieco opustoszała, ale słychać z pobliskiego deptaku skandowanie partyjne. Przecież to obchody 1 maja!!! Zbieramy się i idziemy w stronę pochodu, który właśnie wyrusza. Nie ma za dużo ludzi w tym pochodzie, właściwie jest bardzo mało, znacznie więcej jest gapiów. Przypomina mi się, jak będąc dzieckiem grałam na werblach jako doboszka, ale pamiętam tylko jeden pochód, ten, który skończył się w kolejce po płyn Lugola.

      Mijamy po drodze ostatniego rewolucjonistę, trochę dziwne, ale akurat szedł samotnie w odwrotnym kierunku, niż pochód. Może mu się znudziło. Zaraz przy deptaku jest stoisko z m.in. watą cukrową i zimnymi napojami sprzedawanymi z wielkich pojemników wypełnionych wodą z lodem. W zasadzie nie ma jakiegoś wielkiego upału, bo wieje chlodny wiatr i większość osób ma na sobie długi rękaw, więc pani się trochę nudzi.

      Idziemy sobie do naszej knajpki na łososia z grilla, kelner nas poznaje, siadamy na naszym wczorajszym miejscu. Dziś na przystawkę jest inna zupa, chyba jakaś grochowa, pyszna. Na snucie się po uliczkach trochę nie mam siły, tzn noga już znacznie mi dokucza, więc zwijamy się i wracamy kroczek po kroczku.

      Oczywiście sklep z Mulatem po drodze musi być, nawet jest dziś otwarty, Mulat mówi nam, że do 21:00, więc współczujemy mu, kupujemy co trzeba, wyprowadzamy Mulata z błędu, że K jest Niemcem i wracamy. Jest piękny wieczór, słońce jeszcze w pełni przyświeca, w życiu bym się nie zorientowała, że to już 19. Chcemy się dziś wcześniej położyć, bo jutro trzeba zadzwonić do pośrednika i podejść do innego biura Guardim, więć raczej trzeba by to było załatwić z rana, żeby jeszcze zdążyć pojechać gdzieś tym autem. W końcu rezerwację mamy na dwa dni, pierwszy właśnie się kończy, ale drugi przed nami.

      W domu tak nam się fajnie spędza czas, że jednak zasypiamy gdzieś ok 3 w nocy. Ja w ogóle nie mogę zasnąć, patrzę na śpiącego K, głaszczę go delikatnie, szepczę, chociaż nie słyszy, że przychyliłabym mu nieba. Myślę intensywnie o jego pragnieniu bycia ojcem, bo z jednej strony sama bym chciała to pragnienie spełnić, ale z drugiej tyle mam w głowie obiekcji, że nie jestem w stanie zaakceptować takiej ewentualności zupełnie świadomie. Na tę chwilę to moje jedyne lęki i obawy, wszystko inne gdzieś uleciało, a poczucie szczęścia gości w moim sercu, duszy, głowie i w zasadzie wszędzie, rozpanoszone do granic możliwości. Cały czas niemożliwym wydaje mi się, że jest ktoś, kto tak bardzo mnie kocha.

      W domu tak nam się fajnie spędza czas, że jednak zasypiamy gdzieś ok 3 w nocy. Ja w ogóle nie mogę zasnąć, patrzę na śpiącego K, głaszczę go delikatnie, szepczę, chociaż nie słyszy, że przychyliłabym mu nieba. Myślę intensywnie o jego pragnieniu bycia ojcem, bo z jednej strony sama bym chciała to pragneinie spełnić, ale z drugiej tyle mam w głowie obiekcji, że nie jestem w stanie zaakceptować takiej ewentualności zupełnie świadomie. Na tą chwilę to moje jedyne lęki i obawy, wszystko inne gdzieś uleciało, a poczucie szczęścia gości w moim sercu, duszy, głowie i w zasadzie wszędzie, rozpanoszone do granic możliwości. Cały czas niemożliwym wydaje mi się, że jest ktoś, kto tak bardzo mnie kocha.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 23:15
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 3

      Dzień czwarty – Statek



      Poranki tutaj są po prostu cudne. Dzisiaj K wstaje pierwszy i budzi mnie delikatnie. Otwieram oczy i widzę przed sobą miseczkę z melonem, truskawkami i winogronem! Boże, jakie pyszne! K siada na łóżku z kawą i przygląda mi się jak jem. Przenoszę spojrzenie z miseczki na K i dostaję ataku śmiechu.

      - Ktoś mi męża podmienił w nocy! - śmieję się i dotykam delikatnie jego twarzy – nie boli Cię to? - po wczorajszym włóczeniu się,  K ma czerwoną twarz i białe kółka po okularach wokół oczu. - Indianin normalnie!

      K biegnie do lustra i śmieje się wraz ze mną – a tak mnie coś lekko piecze nawet, myślałem, że od wody. - Ciebie też trochę spiekło!

      Fakt, mam czerwony nos, no ale ja zawsze mogę trochę się wyretuszować. Trzeba będzie poszukać na dziś kremu z filtrem.

      Pomysł z owocami był rewelacyjny. K kupił je w warzywniaku, w którym też sprzedawane są świeże ryby. Porto jest miejscem, które zaskakuje. W szczególności zaskakuje mnie różnorodność tego, co można zastać w sklepikach. Na przykład łączenie suszonych ryb ze sprzedażą porto. Nie byłam w stanie wejść do tego sklepu, tak cuchnęło, K wczoraj tam wszedł i nawet chwilę wytrzymał. Cuda Panie, cuda.

      Dziś zgodnie z poleceniem Manuela wybieramy się na rejs statkiem po Douro. Bilety można kupić dosłownie wszędzie, więc zbieramy się, co prawda bez pośpiechu, bo znów robi się 12-ta, ale bądź co bądź zbieramy się i udajemy powolutku w stronę Ribeiry. Tym razem zaskoczymy Ribeirę z lewej strony, bo tam nas jeszcze nie było. Po drodze znajdujemy aptekę i kupujemy krem, od razu smarując twarze. Przydałby się też jakiś kapelusz, słońce mocno praży.

      Fakt, jest bardzo ciepło i kapelusz to całkiem dobry pomysł. Akurat wzdłuż uliczki, którą właśnie idziemy znajdują się sklepy z m.in. kapeluszami i udaje się nam znaleźć coś dla nas.

      Przyglądam się K, wygląda jak cowboy, do tego ma podbite blaszkami buty i stuka, jakby miał szpilki, co zwraca uwagę przechodniów. Niewątpliwie rozpiera go energia. Wygląda świetnie, łapie mnie mocno za rękę i idziemy równym krokiem, on dumny, wyprostowany, stukając „obcasem“ i z uśmiechem dookoła głowy.

      Po drodze mijamy nasz codzienny sklepik i chociaż nie wchodzimy, witamy się z Mulatem, który wyraźnie cieszy się na nasz widok. Z moich obserwacji wynika, że ów Mulat siedzi w sklepie od rana do nocy. Przerąbane.

      Przechodzimy niedaleko pucybutów. K postanawia, że skorzysta z okazji i wyczyści sobie buty. Pucybuci mają swoje stanowiska codziennie w tym samym miejscu. Kiedy jednak do nich docieramy, okazuje się, że...mają sjestę. Wszyscy. Trzy stanowiska puste.

      Po drodze mijamy dziwne sklepiki i dom mody, który zwraca w szczególności moją uwagę, bo wszystkie okna są wyklejone zdjęciami. Docieramy w końcu do jednego z najpiękniejszych kościołów w Europie. Niestety docieramy w porze sjesty i kościół jest zamknięty. Jestem rozczarowana, ale trudno. Prosimy przechodnia, żeby zrobił nam chociaż zdjęcie i kierujemy się już w stronę Ribeiry, bo musimy kupić bilety na statek.

      Znajdujemy kiosk z biletami, rejs jest o 14, pani w kiosku mówi po niemiecku, co sprawia wielką radość K. Oczywiście pani pyta, czy jesteśmy Niemcami. To już kolejna osoba, bo wcześniej, w każdej prawie knajpce pada to samo pytanie. Szczególnie, gdy K zamawia piwo.

      Teraz pozostaje odszukać tylko przystań i płyniemy. Żeby jednak dotrzeć do przystani trzeba zejść na Ribeirę, czyli na dół, licznymi schodkami. Wcześniej schodziliśmy od strony katedry, dziś schodzimy z innej. Miałam zamiar liczyć schodki, ale zagadałam się z K i zapomniałam. Przede mną wyłaniają się koszary, które mieszczą się po drugiej stronie rzeki. Docieramy w końcu na dół, przechodzimy pod mostem aż nagle trafiamy na „naszą“ szczecińską wycieczkę z samolotu. Sama bym się nie zorientowała, że to nasza wycieczka, ale mieli bardzo charakterystycznego przewodnika, który górował nad wszystkimi niczym wieża Eiffla i to po nim K zorientował się, że to na pewno "nasi".

      Odszukujemy dziadka i podchodzimy do niego. Radości i uściskom nie ma końca.

      - o, nasi nowożeńcy! Co za spotkanie!!! - krzyczy dziadek

      W końcu mówimy, że musimy już pędzić, bo statek czeka i ruszamy dalej. Robi się tłoczno, bo pogoda piękna i widać, że turyści zjechali przed majówką.

      Znaleźć naszą przystań wcale nie jest łatwo, bo jest ich wiele, a my na bilecie nie możemy odszukać nazwy statku. Pytam więc po kolei i w końcu odnajdujemy tę właściwą.

      Pan z przystani mówi nam, że statek będzie pół godziny później i mamy poczekać. Siadamy więc pod parasolami i przyglądamy się przechodzącym ludziom. Wydaje się, że mówią wszystkimi językami świata.

      Obok nas rozkłada się wędrowny grajek i zawodzi piękne pieśni przygrywając sobie na dziwnej gitarce. Co ciekawe, pieśni porywają do tańca, ale tylko panie w moim wieku i starsze. Wszyscy podrygują, niektórzy wtórują mu, on rzuca w zebrany tłumek tamburyno i w momencie, jak wszystko się rozkręca, musimy ustawić się w kolejce do statku.

      Ribeira od strony rzeki wygląda przepięknie, zachwycam się każdym jej kawałkiem, mostami, których jest cztery, przyglądam się winiarniom po drugiej stronie rzeki. Tam pójdziemy po zakończeniu rejsu, bo dziś w planie mamy popróbowanie różnych porto, zgodnie z zaleceniem zarówno Anety jak i Manuela. Na statku trochę wieje, więc zakładam swój stary polarek i ściągam kapelusz, żeby go nie stracić w odmętach rzeki.

      Gdy wysiadamy, idziemy na most. Jest tutaj taki zwyczaj, że z mostu do rzeki skaczą dzieci popisując się przed turystami. Zarabiają w ten sposób pieniądze i pomimo, że zdarzały się wypadki śmiertelne, nadal ten zwycza

       jest i ma się dobrze. Idąc przez most widzimy grupkę dzieciaków gotową do skoków i tłumek gapiów. Nie mogę na to patrzeć, idziemy więc dalej, a mi serce pęka, bo żal mi tych dzieciaków.

      Docieramy do knajpek, gdzie można popróbować porto z tutejszych winnic. Zaglądamy do każdej, ale decydujemy się na taką, która jest prawie pusta. Jakoś nie mam ochoty na tłumy. Siadamy wygodnie, od razu podchodzi kelner i proponuje degustację. Dostajemy kartę win wraz z cennikiem, który mrozi natychmiast. Cztery kieliszki różnych win ponad 100 Euro. K mówi, że nie chcemy wydać aż sto Euro, czy kelner może nam zaproponować coś w alternatywie. Może i proponuje: za 13,20 Euro dwa rodzaje wina, dwa kieliszki. Ok, decydujemy się.

      Kelner odchodzi i zaraz wraca z winem. O każdym opowiada, K zachwycony, bo kelner zna niemiecki i całkiem dobrze nim włada. Osobiście trochę poczytałam o porto i jestem w stanie zorientować się co jest co z nazw. Kelner nalewa wino do kieliszków i w momencie, kiedy podnosimy je do ust, prosi nas o uregulowanie rachunku. Bo płaci się przed spróbowaniem. Widzę, że K dostaje piany na usta. Boję się, że się nie pohamuje. On jednak chyba widzi moją minę, bierze głęboki oddech i spokojnie ale dobitnie, cedząc każde niemieckie słowo mówi kelnerowi, że właśnie zepsuł nam całą przyjemność. Że odwiedziliśmy tyle różnych knajpek i nigdzie nie kazano nam płacić przed zjedzeniem. Kelner na to, że miał przypadki, że klienci odchodzą nie płacąc, więc on już z doświadczenia prosi o wcześniejsze uregulowanie rachunku. Próbuję złagodzić sytuację żartując, że pewnie kelner boi się, że się potem z nami nie dogada, tak mocne to wino, ale K na moich oczach trafia szlag i już podniesionym głosem mówi do kelnera, że właśnie nas obraził, zakładając, że odejdziemy bez płacenia i traktując jak potencjalnych złodziei.

      Robi się gorąco, w knajpie siedzi kilka osób poza nami, wszyscy patrzą na nas i milczą. Kelner mówi, że nie za bardzo rozumie niemiecki. K na to, że właśnie jest przekonany, że rozumie doskonale to, co teraz do niego mówi. Wyciąga portfel, odkłada na bok banknoty i odlicza ostentacyjnie wszystkie drobne, począwszy od najdrobniejszych centów, aż zbiera w końcu 13,20 Euro. Mówi głośno dziękuję i wstaje.

      - Wychodzimy kochanie.

      Zbieram się grzecznie i wychodzę. K przytrzymuje mi drzwi, a ja odwracam się i widzę, że kelner ma napad tików i robi mi się go żal.

      - Przepraszam cię, ale obraził w ten sposób i ciebie i mnie. Bardzo starałem się pohamować, ale normalnie szlag mnie trafił. Nie wiem, jak ci to wynagrodzić. Przepraszam kochanie.

      Nie chcę do tego wracać. K miał rację, kelnera mimo wszystko było mi szkoda.

      - chodźmy gdzie indziej – mówię – tym razem tam, gdzie jest dużo ludzi.

      Znajdujemy fajną, przytulną knajpkę, w zasadzie to nas znajduje naganiacz. Pytam, czy mają wino białe wytrawne. Oczywiście, że mają.

      Siadamy więc i za chwilę dostajemy wino. Białe słodkie. Ale z ujmującym uśmiechem kelnera.

      --Czy dobre? - pyta K. Na wszelki wypadek, mówię, że tak, bo nie chcę go już denerwować. Wino działa rozluźniająco, widzę, że wszystko, co złe już ulatuje. Śmiejemy się z czegoś i udajemy się z powrotem przez most na łososia a potem szukamy windy, której znów nie udaje się nam znaleźć.

      K mówi, że bolą go nogi i jest zmęczony. Śmiem twierdzić, że po prostu zeszły mu emocje, wracamy więc uprawiając schodową wspinaczkę, bo znów nie znaleźliśmy uliczki z windą. Na górze i ja padam, postanawiamy wracać więc metrem. Przy stacji metro, na ziemi siedzą studenci poubierani w togi. Myślę, że coś się szykuje, jutro 1 maj, może u nich jakoś specjalnie to obchodzą. Zobaczymy. Schodzimy do metra, idę cały czas w ciemnych okularach, bo tutaj słońce zachodzi o naszej 23-ej. Niestety nie zauważam jednego stopnia i nagle leżę jak długa u stóp K.

      Dźwigam się szybko, ale nie mogę stanąć na lewej nodze. Płaczę prawie z bólu, nie wiem, jak dojdę do domu. K mówi, że weźmie mnie na barana, ale jakoś tego nie widzę, ale samo wyobrażenie sprawia, że zaczynam się śmiać. Zbieram się jakoś do kupy, gdy akurat nadjeżdża nasze metro. Przejeżdżamy dwie stacje i powoli kuśtykając, zaliczając po drodze nasz ulubiony sklep, docieramy do domu.

      Udaje mi się jakoś wleźć po schodach. K w domu ogląda mi stopę. Trochę spuchła, ale naprawdę tylko trochę. Boli jednak przy dotyku, ale K uważa, że chyba się nic takiego nie stało, że tylko sobie ją nadwyrężyłam. Ufam mu, bo wizja gipsu nie jest zachęcająca, jeszcze mniej zachęcająco brzmią zastrzyki w brzuch. Poddaję się więc okładom z lodu znalezionego w zamrażarce a potem pocałunkom K, który za wszelką cenę chce mi wynagrodzić dzisiejsze kłopoty. Jakoś zmęczenie nam mija, szukamy jakieś filmu w necie, nawet znajdujemy, ale oglądanie coś nam nie idzie. Śmieję się nawet, że to jest jakiś fenomen. Za to wynajmujemy auto przez internet, ponieważ skoro nie mogę chodzić, to pojeżdżę. Jutro i pojutrze, a potem zobaczymy.

      Najbardziej kojąco działa bliskość K. Jemu to jednak nie wystarcza, otwiera wino i mówi ze śmiechem, że czas mnie znieczulić, doskonale wiem, jak to zadziała, ale to w końcu podróż poślubna, więc czemu nie...



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 22:47
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 2

      Dzień trzeci – Matosinhos



      Ranek w Porto to słońce wpadające przez szpary w okiennicach, to śmiechy przechodniów i hałas przejeżdżających aut. Budzę się o 7:00 naszego czasu wyspana i gotowa do nowej wędrówki. K jednak smacznie pochrapuje, więc przytulam się do niego delikatnie, żeby go nie obudzić. Mimo to podnosi głowę i patrzy na mnie nieprzytomnie.
      - Już wstajemy?
      - Nie, nie, śpij kochanie, śpij
      - Chcesz kawy?
      - Śpij
      - Jeszcze tylko te dwa rusztowania...
      Znaczy się śpi.


      Sięgam po książkę, którą ze sobą zabrałam. To „Życie na pełnej petardzie“ Ks. Kaczkowskiego. Czytam ją powoli, ponieważ wszystko, o czym w niej mówi muszę sobie poukładać. Jest piękna, wzruszająca i mądra. Utwierdza mnie w przekonaniu, że w miłości nie może byc zła. Nie umiem się jakoś specjalnie modlić, ale codziennie dziękuję, że mam K, dzieci, że mogę przeżywać to, co przeżywam, pełnię miłości wraz z namiętnością i pragnieniem bliskości. Jak osiemnastolatka, tylko dojrzalej.
      Myślę o pragnieniu K, byśmy mieli dziecko. Bardzo chce być ojcem mojego dziecka, tylko że ja nie chcę być matką. Po pierwsze nie chce mi się tak po prostu. Po drugie boję się ryzyka, jakie niesie ze sobą mój wiek. Wszystko mu wyjasniłam. Nie nalegał nigdy, ale widzę, że mu ciężko. Nie zdawał sobie z tego ryzyka sprawy. Powiedział mi, żebym się nie przejmowała, że rozumie mnie i że sobie z tym jakoś poradzi, z tą rezygnacją. Kiedy gdzieś idziemy wychwytuję jednak jego spojrzenia w kierunku dzieci. Rozczulone spojrzenia. Mogłabym mu urodzić i 20 dzieci, gdybym miała nieco więcej energii i gdybym była młodsza.
      Patrzę na niego, gdy śpi i nie mogę się nadziwić, skąd w nim tyle miłosci, ciepła i radości. Skąd to silne nagłe pragnienie potomka. Wylewa na mnie to wszystko, że aż już nie mam miejsca na nic innego. Jest tylko K i jego miłość, która idealnie wpasowuje się w moją. To on jest piękny. Przede wszystkim jako człowiek.
      Chyba wyczuwa mój wzrok, bo przebudza się i znów otula mnie swoją miłością.


      - Może jednak chcesz kawy? - łaskocze mnie delikatnie w policzek – bo już jest 10. Wstajemy powoli?
      - Może tak... - przeciągam się – co ze śniadaniem?
      - Idziemy w miasto! Szykuj się, a ja przygotuję kawę.


      Szykowanie nie jest jakoś specjalnie trudne, K w tym czasie pakuje do plecaczka co trzeba. Jestem gotowa. Do metra mamy jakieś 250m, po drodze wstępujemy na śniadanie do przypadkowo wybranej restauracji. Panie nie mówią po niemiecku, po angielsku gorzej niż ja, ale dogadujemy się jakoś, bo mam rozmówki. Zamawiamy pyszne śniadanko, K robi mi serię porannych portretów, płacimy i znaną już uliczką dochodzimy do stacji. Po drodze mijamy strajk taksówkarzy, czujemy się jak w domu. Próbujemy ogarnąć automat na bilety, na szczęscie jest wersja anglojęzyczna, więc dajemy radę. Znajdujemy odpowiedni peron i czekamy na pociąg. Pogoda jest piękna, chociaż może nie jest jakoś specjalnie upalnie, jest po prostu w sam raz. Na miejscu okazuje się, że do plaży jest rzut beretem. Plaża jest bardzo szeroka, ale trochę brudna. Aneta mówiła nam, że przez ostatnie dwa miesiące ciągle padało a wczoraj był pierwszy słoneczny dzień. Niedaleko plaży jest przyjemna knajpka, siadamy więc sobie wygodnie na słoneczku, K zamawia piwo, ja sangrię, którą tu podają ze świeżymi owocami i siedzimy tak ze dwie godziny grzejąc się na słonku i rozmawiając sobie na 1500 tematów i temacików. W końcu decydujemy się ruszyć z miejsca. Stad na Ribeirę wiedzie fajny szlak przybrzeżny. Co prawda wczoraj Aneta zdziwiła się, że chcemy iść pieszo i szczerze nam odradzała, mówiąc, że to jest ok 2h szybkiego marszu, ale jest tu tak pięknie, że jednak robimy sobie całkiem długi spacer.


      Najpierw idziemy plażą, na której leżą ogromne głazy, kawałek dalej jacyś odważni skaczą na deskach – dziś są duże fale. Powoli idziemy deptakiem pomiędzy palmami, podziwiając błękit wody srebrzącej się w pełnym słońcu. Ktoś fajnie pomyślał i zrobił specjalne kładki nad samą wodą, żeby można było przejść nad kamieniami. Cudnie to wygląda. Na chwilę przysiadamy na kamiennych krzesłach, żeby potem ruszyć dalej, w kierunku fortecy, która ma być pierwszym przystankiem na tej trasie. Według mapy potem będzie piękny punkt widokowy i latarnia morska, a właściwie dwie latarnie, zanim dojdziemy do ujścia Douro.


      Coś jednak daleko, bo idziemy i idziemy, a latarni nie widać. Owszem, zrobiliśmy sobie przystanek przy twierdzy, w szczególności na siku, gdzie wlazłam do toalety i nie umiałam wyjść. Dostałam prawie zawału, aż w końcu mnie olśniło, że może jednak zamiast te drzwi ciągnąć, trzeba je popchnąć (miały rozwaloną klamkę) i sezamie otwórz się – zostałam wypuszczona na wolność.


      Przy punkcie widokowym rzeczywiście było pięknie, ja jednak głównie myślałam już o jedzeniu, o koniu z kopytami czy jak mu tam. Posiedzieliśmy więc chwilę w pobliskiej restauracji, a że kelner nas olał, to K się wkurzył i powiedział, że zjemy gdzie indziej. No to poszliśmy, a raczej ruszyłam za K powłócząc nogami z nosem na kwintę.
      - Kochanie, nie martw się, zaraz coś znajdziemy
      - Jestem głodna, daleko jeszcze? - zaczęłam się śmiać, no bo cóż mi pozostało

      - Chodźmy, może przejdźmy na drugą stronę, tam na pewno coś będzie.


      Przeszliśmy więc, ale poza kawiarenkami z lodami i kawą za wiele żeśmy nie znaleźli.

      - Bo wiesz co, to może sjesta jest? - olśniło mnie
      - A może...- K się zamyślił – ale coś MUSI być czynne, może lody jednak?

      - Eeeee – jakoś mi nie podchodziły – marzę o konkretach. Chodźmy więc – chwyciłam go dziarsko za rękę i pociągnęłam za sobą. Damy radę.

       

      Powoli zabudowania z nowoczesnych zaczęły przechodzić w zabytkowe, śliczne kamieniczki. Znów zaczęły się kręte uliczki, schodki, przypominające te na Ribeirze.

      - To musi być już całkiem blisko – stwierdził zadowolony K. Cieszył się, pomimo, że każda restauracyjka, jaką mijaliśmy po drodze była zamknięta. Żołądek miałam przyrośnięty do pleców, ale nogi same już szły, jak ślepy koń, dążąc do jadłodajni. Coś nie dawało mi spokoju.
      - Zatrzymaj się na chwilę – powiedziałam, ściągając z niego plecak i wyjmując mapę - spójrz, to nawet jeszcze nie jest połowa drogi!
      Usiedliśmy na betonowym krawężniku.
      - Może jakiś autobus? - K patrzył na mnie wyczekująco
      - Nie, bo ja NATYCHMIAST muszę coś zjeść!!!
      Kawałek dalej zauważyliśmy hotel.

      - Tu na pewno musi być restauracja! - wykrzyknął zachwycony K – wchodzimy!

       

      W recepcji pan pokierował nas na czwarte piętro. Wjechaliśmy windą i ujrzeliśmy przepiękny widok, jai rozpościerał się z restauracyjnego tarasu.

      - I tu chcę zjeść – rzekłam zadowolona, zajmując miejsce przy stoliku.

       

      Siedzimy i czekamy. Czekamy. A kelnera nie widać. W końcu K poszedł do restauracji zapytać się, co z naszym menu. Widzę, jak wychodzi z niewyraźną miną.

      - Grażka, padniesz. Tu też jest sjesta do 19:00.

      Zrezygnowani zjechaliśmy na dół i powłócząc nogami dotarliśmy do ujścia Douro. Nagle zobaczyłam zabytkowy tramwaj, który skojarzył mi się z mapką i opowieściami Anety. W przypływie nowej wizji pociągnęłam za sobą K.

      - Jedziemy!!! - wrzasnęłam i popędziłam na przystanek. Tramwaj właśnie nadjeżdżał.

      Chwilę staliśmy zanim motorniczy przełożył oparcia siedzeń na drugą stronę, bo okazało się, że tu jest koniec trasy i teraz pojedziemy na Ribeirę właśnie. W międzyczasie K zerknął, co jest za zakrętem drogi, którą właśnie szliśmy i wrócił, mówiąc, że w zasadzie do Ribeiry jest bardzo blisko, bo pewnie z jakiś kilometr, albowiem azaliż widać już most.

      Prawie mu uwierzyłam, gdy nagle znów doznałam olśnienia, że na mapie ten przystanek był mniej więcej w połowie drogi z Matosinhos.

      - Słuchaj kochanie: jestem głodna, a więc zła. Nie idę dalej choćby nie wiem co, bo muszę się dostać do Ribeiry. Nawet jeśli to jest tylko kilometr, to będziemy szli 10 min. A tramwajem będzie szybciej. Ja w każdym razie jadę. A ty ze mną. - odwróciłam się na pięcie i wsiadłam do wagoniku. K zaskoczony usiadł zaraz obok mnie.

      - Patrz, jak tu fajnie! - ucieszył się i zaczął udawać, że jest motorniczym. Porobiłam mu kilka zdjęć i w końcu ruszyliśmy.

       

      Jechaliśmy jakieś 20-30min. Z każdą minutą K coraz bardziej się dziwił. Jak to możliwe, że to, co wydawało mu się tak blisko, jest tak daleko! Tak to możliwe, że most, który widział, to nie był TEN most, o który mu chodziło, a zupełnie inny. Błogosławiłam więc moment, kiedy się zaparłam i wsiadłam do tramwaju.

      - Kochanie, miałaś genialny pomysł, skąd wiedziałaś?
      - Bo mam mapę – odrzekłam zgodnie z prawdą – a niej odległość z przystanku tramwaju do Ribeiry, to na pewno nie kilometr!!!


      Wykończeni wysiedliśmy w końcu na upragnionej, wymarzonej Ribeirze i rzuciliśmy się w uliczki szukając restauracji. Akurat skończyła się sjesta i nagle zrobiło się głośno, gwarno i wesoło. Uwiedzeni zapachami natknęliśmy się na restauracyjkę, zupełnie niepozorną, za to mającą naganiacza, który nas zaczepił, czy czasem nie jesteśmy głodni.

      - Jesteśmy! - ucieszyłam się – co pan poleca?

      Kelner pokazał nam menu. Znalazłam tam grillowane coś, więc od razu stwierdziłam, że wchodzimy. Restauracja była i tyle ciekawa, że w jednej kamieniczce miała kuchnię, a na przeciwko w kamieniczce tzw jadalnię.

      - Co zamawiasz? - zapytał mnie K z nosem w menu. Dla kogoś, kto angielskiego nie zna, życie w Portugalii jest nieco uciążliwe. A dla kogoś, kto nie zna angielskiego a do tego nie wziął okularów do czytania, bywa nawet bardzo uciążliwe.

      - Grilled salmon – odrzekłam zadowolona
      - to ja też – K zamknął menu
      - tylko co to jest salmon? - zastanowiłam się po złożeniu zamówienia – mam nadzieję, że nie ośmiorniczki! - przeraziłam się, bo nie miałam na nie ochoty. Mam jednak dzięki mojemu starszemu synowi taki myk w telefonie, który bardzo pomaga w kryzysowych sytuacjach, gdy nie znam słówek, bo moje genialne dziecko zainstalowało mi słownik na telefon. Szybko więc sprawdziłam co to znaczy i proszę państwa to znaczy: ŁOSOŚ. Czyli jesteśmy w domu.


      Kelner przyniósł nam zupę na przystawkę. Czytałam, że jest taki zwyczaj, że zawsze podawane są płatne przystawki, ale za tę zupę byłam mu dozgonnie wdzięczna, bo dzięki niej nie umarłam z wycieńczenia i głodu. A już łosoś był re-we-la-cyj-ny!!! Do tego oczywiście porto na osłabione żołądki i widok z okna prosto na rzekę postawiły nas do pionu.

      - O Jezu, jakie to pyszne – westchnął K - jakbym miał miejsce, zjadłbym jeszcze jedną porcję...

      Jedzenie jednak ma zbawienny wpływ na nasz organizm, ponieważ nagle dostaliśmy potężną dawkę energii i znów popędziliśmy pod naszą górkę, odwiedzając po drodze sklep z Mulatem, który się nie wiadomo czemu na nasz widok bardzo ucieszył. Na szczęście z Ribeiry są tylko dwa przystanki metrem, które można przebiec w 15min, co też uczyniliśmy. Opłaca się to bardziej, niż czekanie na pociąg, bo w tym czasie już jesteśmy w domu i mamy zaoszczędzone 2-3 Euro. No i mamy wino. Uwielbiam pić wino z K. W ogóle uwielbiam K. Prawdziwa podróż poślubna. Wino jednak sprawia, że człowiek przestaje myśleć racjonalnie, czuję, że zaczynają mi się udzielać marzenia K co do wspólnego dziecka i zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 00:52
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 1

       

      Europo, piękna Europo – cz 6

      Podróż poślubna

       

      Środa, 27.04.16

      Wrocław-Berlin-Porto.

       

      Po ślubie czas minął z prędkością światła. W niedzielę pożegnaliśmy gości, w poniedziałek pojechaliśmy zawieźć polisę do Warszawy, we wtorek pracowałam we Wrocławiu i miałam się pakować, ale okazało się, że jak zwykle nie nadążam. Koniec końców w środę zaczęłam pakowanie ok 10:00, szybko powrzucałam parę rzeczy do walizki mając cichą nadzieję, że o niczym nie zapomniałam, przejęta nadciągającym terminem lotu, próbując opanować nadciągającą równie szybko panikę przez duże P.

      Tylko K gdzieś znikł. Okazało się, że i on nie nadąża i musi pozałatwiać jeszcze 1500 spraw. O dziwo ogarnął się szybciej, niż myślałam, spakował się w 3 sekundy, pozanosił wszystko do auta, wycałował mnie i już, już mieliśmy jechać dalej, gdy przypomniało mi się, że nie mamy gdzie zostawić auta w Berlinie.

      - Kochanie, a właściwie, to co my zrobimy z samochodem w Berlinie? - zapytałam nieśmiało...

      - jak to co, zostawimy na parkingu – odparł bez zastanowienia K

      - jakim? - ciągnęłam uparcie

      - jakiś na pewno znajdziemy

      ok, ale jak to znajdziemy? A jak nie znajdziemy?- otwieram komputer i szukam parkingu – jest! Płatny ale w granicach możliwości.

      Zastanawiamy się szybko który wybrać, płacimy i zwijamy manatki.

      Grażka, wiesz, że zrobiłem to tylko dla ciebie

      Co?

      - no ten parking, żebyś się już przestała denerwować

      - dzięki - mruczę, ale czuję, że niestety niewiele pomogło. Panika górą. Wsiadamy do auta i ruszamy w podróż poślubną.

      Po drodze muszę jeszcze podpisać polisę (własną), wymienić bluzeczkę, bo kupiłam podartą i coś zjeść, bo z tego wszystkiego zapomnieliśmy o śniadaniu.

      Gdy wyjeżdżamy w końcu z Wrocławia jest po 14-tej. Słońce bawi się w chowanego, ale przynajmniej na chwilę wychodzi zza chmur. Niestety pomimo starań moich i K, mój humor zszedł na psy a nerwy mam na postronkach, bo nie dostaliśmy potwierdzenia za parking i nie wiemy gdzie zostawić zostawić auto. Nie mamy adresu.

      Jedziemy do Berlina jakieś 3,5h, odpalam internet w komórce i znajduję potwierdzenie parkingu na skrzynce. Podaję K nr telefonu, żeby zadzwonił i dowiedział się gdzie to jest i jak mamy dostać się na lotnisko. Na szczęście okazuje się, że parkingowy będzie na nas czekał przy terminalu, my zostawiamy mu tylko kluczyki, a po powrocie będzie tam też na nas czekał. Żyć nie umierać.

      Docieramy w miarę bez przygód. Tyle, że moja siostra ląduje w szpitalu, bo ma rodzić, ale na razie nie rodzi, tylko mają na nią oko.

       

      Spakowani jesteśmy zgodnie z przepisami, ja nadałam jeden bagaż do 20kg, K ma tylko podręczny bez napoi. Na bramkach przechodzimy bez rewizji osobistej, wszystko idzie gładko, wokół słyszymy cały czas polski, prawie cały samolot to Polacy!

       

      Czekamy grzecznie przygotowani do wyjścia, wpatruję się w tablicę i widzę, że gate zamiast być otwarty zgodnie z rozkładem, będzie otwarty za 3h!!! Nikt nie wie, o co chodzi. Na szczęście jedzie z nami wycieczka ze Szczecina – przewodnik wycieczki informuje, że jest strajk. W związku z tym mamy 3h opóźnienie.

      Świetnie. Już nawet przestałam się denerwować. Siedzimy na średniowygodnych krzesełkach, K mnie przytula przekonany o mojej panice. Czuję, że emocje jednak opadają. Obok siedzi starszy pan, ze starą plakietką Orbisu. 

      - Od razu wiadomo, że Polak – śmieje się do niego K

      - Emerytowany pilot wycieczek – odpowiada dziadek – jedziemy z wycieczką ze Szczecina. A wy skąd jesteście?

      - Wrocław, jedziemy w podróż poślubną – włączam się ze śmiechem

      - a to czemu do Portugalii? W podróż poślubną jeździ się do Turcji, Chorwacji, Grecji

      - ale nam się podoba w Porto – odpowiadamy jednocześnie. W tym momencie przerywamy konwersację, bo dostajemy talony na 5 Euro, żeby kupić sobie coś w sklepie na ten czas oczekiwania. Tylko, że sama woda kosztuje 3,50 Euro nie mówiąc o jakiejkolwiek kanapce. Śmiejemy się z tego. Stoimy w kolejce po kanapkę i K zaczepia jakiegoś całkiem przystojnie wyglądającego mężczyznę.

      - Sprechen Sie Deutsch? - Facet macha ręką, że nie. Za to mówi po angielsku i po francusku.

      K próbuje coś po angielsku, nie wiem skąd zna te słówka bo nigdy się nie uczył farciarz jeden, języki przychodzą mi niewiarygodnie łatwo. I pamięć do słówek ma taką, że niejeden by mu pozazdrościł. Okazuje się, że facet ma na imię Alfonso, ale mamy mu mówić Manuel, bo on wie, że w Polsce Alfonso ma złe skojarzenia. Przyjechał do Polski w celach biznesowych, współpracuje z Ochnikiem,Vistulą, Wólczanką. Wymienia jeszcze kilka znanych marek. Widział do tej pory Warszawę, Kraków i Poznań i ma dziewczynę w Wadowicach. Ale po polsku nie mówi nic poza „dziękuję“.

      Manuel zaznacza nam na mapce w przewodniku co koniecznie powinniśmy zobaczyć, zapisuje nam nazwy restauracji, które powinniśmy odwiedzić i swój numer telefonu,gdybyśmy czegoś potrzebowali. Bardzo miło nam się gada. Osobiście jestem pozytywnie bardzo a nawet bardziej niż bardzo zaskoczona swoją zaradnością „poangielską“ , ponieważ okazało się, że to, że cały rok pracuję z Piotrkiem nad jego angielskim, bardzo korzystnie wpłynęło na mój i w zasadzie dogaduję się w miarę swobodnie na niewyszukane tematy. Czyli nie powinniśmy zginąć.

      Czas mija nam na tej pogawędce bardzo szybko, zostaje pół godziny do otwarcia wyjścia. Przez to długie oczekiwanie przestaję się zupełnie stresować, ale widzę, że to nie tak, że stres znika w eterze: on po prostu przechodzi na K!

      K jednak z racji, że jest mężczyzną daje sobie z tym w miarę radę. Nagle mrozi mnie pewna myśl.

      - Krzysiu, a właściwie to o której my tam wylądujemy?

      - Coś około 2:30

      - a, to super, bo klucze do mieszkania mieliśmy odebrać do 24 w restauracji pod mieszkaniem – czuję jak mi krew uderza do głowy – i co teraz? - odpalam szybko internet w komórce i piszę do naszego gospodarza – Irene- że nie zdążymy odebrać kluczy.

      Irene beztrosko odpisuje, że na metro też nie zdążymy i jedynym rozwiązaniem jest wzięcie taxi i zabukowanie innego hotelu na tę noc. Czynię to czem prędzej, bo czas się kurczy a wybrać coś szybciutko trzeba, żeby nie spać pod jednym z mostów nad Douro. Znajduję nawet całkiem przyjemny hotel, zamawiamy ostatni pokój w tym hotelu, Manuel mówi, że miejsce jest ok, więc wierzymy mu na słowo, płacimy i spokojnie już wsiadamy do samolotu.

      K jest trochę zawiedziony, bo myślał, że będzie siedzieć przy oknie, a tu zonk, bo okno jest akurat przed nim i za nim, a on nic nie widzi. 

      -nie martw się – mówię – i tak jest ciemno.

      Ryanair ma bardzo wąskie siedzenia – ledwo mieszczą mi się kolana. Nie mam pojęcia, jak ktoś tęższy tu wchodzi! Można było sobie dokupić więcej miejsca na nogi ale ja myślałam, że to dla szczudlarzy, a teraz byłoby jak znalazł.

      Padam ze zmęczenia i przesypiam prawie cały lot. Wysiadamy, żegnamy się z dziadkiem, z Manuelem, czekamy na taksówkę, w końcu trafiamy do hotelu. K mówi, że w ramach desperacji, jak widział mój strach, to sprawdził szybko ile km jest z Wro do Porto i wyszło mu coś troszkę ponad 3000, więc jednak nie zdobył się na jazdę autem, chociaż cały czas traktował to jako wyjście awaryjne, gdybym nie opanowała paniki. Ale jednak duża dziewczynka jestem. Mam tą świadomość, że lęki trzeba przełamywać, do Stanów przecież też nie popłynę.

      K jakoś dziwnie odzyskuje siły, już wiem, że na sen jeszcze przyjdzie czas, tymczasem ja również jakoś się dźwigam. Żeby zasnąć, trzeba się zmęczyć, męczymy się więc i zasypiam wtulona w ciepłe ramiona K wsłuchana w jego szepty i zaklęcia. Jutro zobaczymy Porto. Witaj Portugalio!!!



      Dzień drugi – Ribeira i Aneta

      Ranek nastał zaskakująco szybko. Za szybko. Śniło mi się, że jestem pod obserwacją. Coś nie dawało mi spokoju. Otworzyłam jedno oko i za chwilę nastąpił wytrzeszcz obu, zanim się zorientowałam, że oczy wpatrujące się we mnie to oczy K.

      - Jezu, jak mnie wystraszyłeś! - roześmiałam się i wtuliłam się w niego – to już dzień? - zapytałam, ponieważ dostrzegłam smużkę światła wydostającą się zza cięzkich kotar.

      -jest 9 naszego czasu a 8 w Porto – do śniadania mamy jeszcze chwilę...jesteś taka piękna – zanurzył twarz w moich włosach – i nie mogę się tobą nacieszyć

      Odkąd jesteśmy razem czuję się piękna. Niezależnie od kg, w które się przyoblekam, niezależnie od zmarszczek, których przecież przybywa. Czuję się piękna, bo on mnie tak widzi. To jest fenomen, bo zawsze pełna kompleksów przy K jestem zupełnie kimś innych. Czuję, jak szczęście tryska mi dosłownie uszami. Gdybym mogła, fruwałabym z tej miłości.

      K powtarza czułe słówka niczym mantrę, uwodzi nimi, hipnotyzuje...jest między nami coś dziwnego, taka jedność, że jedno bez drugiego nie może już istnieć. Zanurzamy się oboje w tej miłości, zupełnie się nam nie spieszy...

      Na śniadanie schodzimy parę minut przed 11:00. Zdążamy jeszcze i całe szczęście, bo jest pyszne.Duży wybór wędlin, serów, no i oczywiście owoce: soczyste arbuzy i słodkie melony. Zajadamy się nimi.

      Siedzimy leniwie wpatrując się w przeszkloną szybę.Po drugiej stronie smętnie snują się przechodnie, jakby nikomu nigdzie się nie spieszyło. Jest piękna pogoda.

      Wracamy do pokoju, rozsuwamy zasłony i okazuje się, że mamy fajny taras. 

       - w zasadzie szkoda, że tu nie wynajęliśmy – mówię do K – podoba mi się to miejsce.

      - Zawsze możemy to wrócić – odpowiada K i zabiera się za ogarnianie naszych rzeczy. Za chwilę musimy się wymeldować.

      W recepcji znajduję mapki Porto – wcześniej miałam zamówić przez net, ale zapomniałam, w całym Wro nie znalazłam ani jednej a tu proszę, za darmo jest wszystko. Czyli mamy już pokreślony przez Manuela – Alfonsa przewodnik i mapkę. Znajduję też informację o wycieczkach statkiem i autokarem, zabieramy wszystko i sprawdzamy, gdzie jest nasz hotel a gdzie nasze mieszkanie, do którego powinniśmy się zaraz udać.

      - patrz, to całkiem blisko! - mówię – dwa przystanki metrem. Idziemy na nogach, czy jedziemy?

       - Wolałbym iść, po drodze sobie trochę pozwiedzamy.

      Bagaże nie stanowią problemu, bo są na kółkach. Ja biorę małą walizkę, K dużą i niespiesznie suniemy przez miasta, cykając fotki niczym Japończycy. Urzekają mnie klimatyczne kamieniczki przystrojone w różnobarwne kafelki. Kamieniczki są bardzo wąskie, ale za to długie. Często na parterze mieści się parking, bo z tym mają tutaj problem. Jest dużo zieleni, bardzo różnorodnej, jedne drzewa już są mocno zielone, rosną też okazałe palmy, inne są dopiero w pąkach, albo jeszcze mocno śpią. Trochę wieje, więc zakładam prochowiec. Uświadamiam sobie, że mam tylko stary roboczy polar, który wzięłam na wszelki wypadek, prochowiec a zapomniałam rozpinanego swetra, który jednak byłby bardzo przydatny.

      W zadziwienie wprawia mnie fakt, że wszyscy Portugalczycy przechodzą na czerwonym świetle. Nawet, gdy po przeciwnej stronie stoi policjant. Kolejne zdziwienie, że tenże policjant olewa niesforność przechodniów i nie reaguje. Nic a nic. Za chwilę okazuje się, że oczekiwanie na zielone światło jest tak długie, że i my rezygnujemy i od tej pory wtapiamy się w tłum i grzecznie przechodzimy tak jak wszyscy, na czerwonym.

      Wleczemy się tak z godzinę i w końcu docieramy do Rua do Bonjardim. Naszym oczom ukazuje nieco zrujnowana ulica, ale trafiamy do restauracji, w której czeka na nas Irene z kluczami. Akurat je obiad, więc daje nam klucze i umawiamy się za chwilę w mieszkaniu.

      Dom może nie wygląda zachęcająco, ale otwieramy drzwi wejściowe i naszym oczom ukazuje się schludny korytarz z krętymi schodkami wiodącymi na górę. Mamy lekki problem, ponieważ na górze są dwa apartamenty i nie wiemy, który jest nasz. Na wszelki wypadek pukamy do obu drzwi. Cisza. Próbujemy więc do których będzie pasować klucz. Zdecydowanie do tych po lewej. Naszym oczom ukazuje się mieszkanie dokładnie takie jak na zdjęciach, z niewielkim balkonikiem. Jedyne co odrzuca to zapach, ale to przez brak wietrzenia. Szybko otwieram okna. Za chwilkę wchodzi Irene, pyta czy wszystko ok. Sprawdzam, czy są ręczniki, bo o zgrozo, zapomniałam ich zabrać. Są. No to wszystko ok. Irene wychodzi, my padamy na łóżko.

      - Witaj Porto kochanie – K przyciąga mnie do siebie – jakoś na razie nie mam ochoty nigdzie wychodzić...

       Jakąś chwilę później usiłuję zebrać się w sobie i rozpakować rzeczy.

       - Mamy żelazko – pytam K, bo uświadamiam sobie, że wszystko mam pogniecione na maxa – powiedz proszę, że tak!

      K przeszukuje wszystkie zakamarki i rozkłada ręce. 

      - Ok, spróbuję to rozwiesić, może się rozprostuje – wykorzystuję wszystkie dostępne wieszaki, odświeżam się i namawiam K na wyjście na stare miasto.

      Ze względu na pewne trudności K z orientacją przestrzenną, przejmuje obowiązki przewodnika, a K tragarza. Idziemy na porto.

      Schodzimy w dół naszą uliczką i docieramy do urzędu miasta. Widok bardzo ładny, imponujący plac z sadzawką. Kierujemy się w stronę katedry, podziwiamy ją i schodzimy schodkami w dół, szukając restauracji „Tonhy“. Docieramy na Riberię – główny deptak Porto nad Douro, widok zapiera mi dech w piersiach. K nie nadąza robić zdjęć, normalnie cyka jak cykada, mimo to trafiamy do Toniego, okazuje się, że restauracja jest nieczynna. Szkoda, bo Manuel mówił, że warto tu zjeść bacalhau, cokolwiek to znaczy. Tzn wiemy, że jest to jakaś ryba.

       - Szkoda, że nie miałam czasu poczytać przewodnika – mówię do K – idziemy w ciemno.

       - Możemy czytać na bieżąco, kierując się też wskazówkami Manuela.

      Tak też robimy, schodkami wspinamy się nieco wyżej i siadamy sobie w kolejnej przypadkowej restauracji. Przyglądam się kelnerce, bo ma nietypową urodę jak na Portugalkę. Imię też ma nietypowe: Aneta. I wszystko jasne.

       - dzień dobry – mówimy z uśmiechem

      Aneta biegnie do nas z uśmiechem, to piękna młoda dziewczyna, blondynka oczywiście.

       - Ale dziś dużo Polaków! - cieszy się – Państwo tutaj pierwszy raz?

      Rozmowa idzie lekko, Aneta tłumaczy nam co warto zjeść, bacalhau to specjalność portuglaska, ale nic innego jak dorsz. Poleca nam też ośmiorniczki, więc decydujemy się i na dorsza i o na ośmiorniczkę. Dostajemy też porto do degustacji i zielone, czyli młode, białe i czerwone. Zdecydowanie wybieram białe, jest po prostu pyszne i wybornie smakuje do ośmiorniczki, która też jest całkiem niezła. Po półgodzinie wiemy już wszystko: co gdzie jak i kiedy. Wiemy też, że jutro udamy się metrem na Matosinhos, na plażę nad Atlantykiem. Po godzinie jesteśmy już całkiem zaprzyjaźnieni i nawet porto dostajemy gratis. Na obie nogi z racji podróży poślubnej. Oboje mamy gorącą krew, porto raczej jej nie studzi, oczy K płoną, więc zwijamy się szybko i robimy odwrót.

      Wracamy nieco inną drogą, ale nie mamy czasu na podziwianie zabytków, pędzimy pod naszą górkę a jedynym przystankiem jest mały sklepik obsługiwany przez młodego mulata, który doradza nam, jakie porto najlepiej kupić. Patrzę na K i widzę, jak oczy mu się śmieją, ciągnie mnie za rękę i teraz już biegniemy do mieszkania, bo bardzo nam śpieszno.

      Jutro Matosinhos.

       

       

       



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 00:43

Wyszukiwarka

Kategorie

Autorzy

Kanał informacyjny

;