Cwałem przez życie

Wpisy

  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Nieboraki

      No bo nie możemy wyjść z chorób. Teraz Piotrek leży, bo zaraził się w końcu od kogoś juz na fest i zapalenie gardła i krtani. I cały szczęśliwy, bo bezkarnie dzień w łóżku może spędzić.

      Nie wiem, jak to wszystko ponadrabiamy. Opiekunka szuka dodatkowej pracy, bo u nas tylko już 2-3h, więc spokojnie jej czasu zostaje. Z jego upływem może jej wcale nie będziemy potrzebować, więc może i lepiej, że się już rozgląda...

      Piotuś wygrzeczniał nagle, może faktycznie to przed infekcją miał atak szału. Chcę w to wierzyć.

      Jutro jadę w Polskę, w którą K właśnie wjechał. Czekam na niego, bo ok 1:00 ma się stawić w domu, a ja o 5:00 muszę wstać. Nie wygląda ten plan zachęcająco.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 23:06
  • poniedziałek, 30 stycznia 2017
    • Hm...

      Hit sezonu: pękła nam gumka. Niby taki drobiazg a ja chyba jajo zniosę. Nawet nie mam na kogo się zezłościć. Prawdopodobieństwo zaciążenia stusunkowo (co za słowo!) całkiem spore.

      A ja nie mam na to zgody. Nie i już. K po cichu liczy na ten cudowny CUD. Bo bardzo by się chłopak ucieszył. Mógłby sobie nawet urodzić, jeśli o mnie chodzi. Ale ja w ciąży być nie chcę.

      Stara, ledwo mam energię na codzienne czynności, Piotrek doprawdza mnie do szału i codziennie wypatruję następnego dnia, z myślą, że może w końcu nastanie ten, który przyniesie jego dorosłość, bo ja chyba nie przeżyję jego okresu dorastania. A w każdym razie nie wyjdę z niego normalna. I mam sobie zafundować powtórkę z rozrywki? No nie chcę. Nie po Piotrku. Nigdy w życiu. Normalnie czuję, jak wielkimi krokami wraca depresja z okrzykiem: zwyciężyłam!!! A ja nie chcę.

      Kocham mojego męża nad życie. Wiem, że bardzo pragnie zostać ojcem (ile kobiet boi się powiedzieć facetowi, że jest w ciąży, a ja mam taki komfort) ale tak samo mocno ja nie chcę być już niczyją mamą poza obecnymi dziećmi. Chociaż K będzie najlepszym ojcem na świecie, podobnie jak jest najlepszym mężem, i na pewno damy sobie radę. Nie chcę.

      Musiałam sobie to tutaj wypisać, bo nawet nie mam w realu komu powiedzieć, bo wstyd się przyznać do takiej awarii, a jakże. Do Brzeźna więcej nie jadę w takim razie, skoro tam gumki pękają ;-P

      No i z doła głupawkę łapię, to ja już nie wiem, co lepsze.

      Dziś czuję się, jakbym miała 100lat.

      A tak naprawdę panicznie boję się niepełnosprawności mojego dziecka. Bo nawet, jeśli mój kręgosłup się nie rozsypie, to mentalnie po prostu tego nie przejdę i ucieknę w nicość. A całkiem niedawno stamtąd wróciłam i to nie było fajne miejsce. 

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Hm...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 22:02
  • środa, 25 stycznia 2017
    • Pędzimy

      Wszystkie plany wzięły w łeb. Albo ja jestem tak mało zorganizowana, albo doba ma za mało godzin. Obstawiam przy tym drugim.

      Suplementy zmieniły na plus jedynie to, że Piotrek na pewno jest bardziej energiczny i ma więcej siły do życia. Nie zmieniły niczego w pojęciu aspergerowskim, takie jest moje zdanie. Prawda jest też taka, że nie wszystkie suplementy jadł zgodnie z rozpiską, niektórych wcale nie jadł, bo jest w stanie przełknąć centrymetrowej kapsułki ;( Więc nie wiem, jakby to wyglądało, gdyby zażywał to wszystko w komplecie. Aleosu też nie pił.

      Tymczasem to co jadł, to colostrum, probalance i probiotyk oraz witaminy. Teraz ma miesięczną przerwę z powodu przerwy w finansowaniu i potem wracam do suplementacji ale z innej firmy. Tańszej imam nadzieję równie dobrej.

      Osobiście przeżywać chwilowy kryzys macierzyński. Chciałabym na chwilę zniknąć i cięzko mi się pogodzić z tym, że to niemożliwe. Wiąże się to z wyszukiwaniem u siebie różnych chorób, mam wrażenie, że mam niezdiagnozowanego raka, że niedługo umrę. A dziś śnił mi się wypadek. Obudziłam się, jak się rozbiłam. Jechałam sama. Sądzę, że jest to uboczny efekt zmęczenia psychicznego ale jeszcze bardziej fizycznego.

      Nowy Rok rozpoczął się od problemów finansowych, który z kolei jest wynikiem kryzysu motywacyjnego, co znowu jest wynikiem zmęczenia. I kółeczko się zamyka. Przez chwilę obwiałam się nawrotu depresji, ale jednak chyba nie jestem jeszcze na tym dobrze znanym mi rondzie. I ciągle widzę możliwość zjazdu z ronda, więc nie jest źle.

      Dziś postanowiłam odpocząć, co właśnie czynię i dzięki czemu mogłam skrobnąć tych parę linijek.

      W sobotę wjeżdżam z K do Brzeźna koło Obornik Śląskich, mam nadzieję, że naładujemy akumulatory i świat znajdzie się w odcieniu różu.

      Miłęgo dnia!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 25 stycznia 2017 10:00
  • czwartek, 03 listopada 2016
    • Ostatnie odliczanie

      Czekamy na suplementy. dostałam już sms, że są w drodze. W sam czas, bo Piotrek znów zaczyna lądować w toalecie częściej niż zwykle. Znów go boli brzuch, ale za to jest cały czas głodny. A to znak, że coś jest nie halo. Udało mi się po dwóch dniach gadania przekonać go, że warto spróbować jeść te leki. Więc jest szansa, że to ogarnę.

      Dziś mieliśmy ćwiczyć, ale on ogłosił, że jest ciężko chory i nie ma siły machać nogami i rękami, więc poczłapał do łóżka a ja zostałam. Spróbowałam Chodakowskiej i się załamałam. Jak ona wisi w tym powietrzu i nie spada? Odpowie mi ktoś na to pytanie? Bo spadam i to prosto w dywan. Dobrze, że miękki jest, bo bym miała ryło moje całkiem obite. No to się przeniosłam po chwili poszukiwań na Bojarską - taką młodą z at 90-tych chyba, callanetics wtedy był w modzie. Co sie pośmiałam, to moje, ale te ćwiczenia jednak najbardziej mi odpowiadają ale na pewno najmniej pomogą. Tak więc ja poćwiczyłam, Piotrek nie, za to K i Michał udali się w tym czasie do siłowni i nawet wrócili zadowoleni. 

      Z nowości, to coś nam buczy w salonie spod podłogi, z piwnicy chyba. I nie wiemy co, a zwariować można. Jakiś agregator czy co. Jutro K idzie na poszukiwania. Może coś namierzy.

      Tymczasem idę spać, bo padam na twarz. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2016 22:39
  • wtorek, 25 października 2016
    • I jeszcze nie wiem co dalej

      Nie dokończyłam opisu Nowego Yorku, nie zaczęłam nawet opisu wakacji. Nie mogę tego odżałować, bo to był rok jedyny w swoim rodzaju. Bogaty w wyjazdy, zwiedzanie, dobry finansowo i rodzinnie.

      Nie mam jednak na nic czasu. Rozpoczynam nowy projekt, nie jestem pewna, czy się uda, ponieważ jest dużo bardziej skomplikowany niż sądziłam. Mam wiele pomysłów, ale nie wiem jak się za nie zabrać i od czego zacząć. 

      Po pierwsze przeszłam w firmie na system prowizyjny i zaliczyłam dół i finansowy i można powiedzieć mentalny. Bo nie zarobię na swoje potrzeby nie pracując jak hiena. A ja nie chcę. Może nie jestem najlepszym sprzedawcą pod kątem przekonywania, więc nie zamykam wszystkich tematów na jednym spotkaniu. Nie robię tego celowo, bo sama nienawidzę nacisku. Więc klienci wracają po czasie. Ale wszystko trwa dłużej. Generalnie wychodzi na to, że robię to bardziej dla hobby niż dla kasy. A firma ma wymagania, które za chwilę przestanę spełniać. Bo tak naprawdę nie wiem, czy chcę je spełniać.

      Wokół mnie pojawia się wiele nowych rozwiązań, tematów, które są naprawdę ciekawe i mogłabym je rozwijać. Tym bardziej, że mam z kim. Trochę jednak chyba jestem zmęczona tym wiecznym poszukiwaniem pracy. Dziś jadę do Wawy, będę miała trochę czasu na przemyślenia po drodze. Ciągle wszystko jest dla mnie otwarte.

      W tej chwili dwie sprawy są dla mnie najważniejsze:

      - stowarzyszenie dla rodzin dzieci z autyzmem, które powoli nabiera kolorów, pierwsze spotkanie za nami, ale organizacja samego stowarzyszenia jeszcze leży i kwiczy. Dziś jadę m.in. spotkać się z osobą, która ma jakąś metodę i pomogła swojemu dziecku- suplementację opracowaną przez pewnego lekarza dla dzieci z autyzmem. Chce to przetestować na Piotrku, bo już nie mam pomysłu, co jeszcze mogę zrobić. Młody tyje w oczach, ponieważ nie rusza się. Przychodzi ze szkoły i leży. Albo siedzi. Zero ruchu, zero sportów. Nie idzie go do niczego zmusić.

      - propagowanie wśród Polaków terapii protonowej. To radioterapia, skuteczniejsza i mniej szkodliwa niż fotonoterapia, którą do tej pory stosowało się w Pl. Jestem przekonana, że dotarcie z tą informacją do wielu osób chorych na raka pozwoli im w porę na zastosowanie tej terapii i znacznie zwiększy szansę na wyzdrowienie. Szczególnie u dzieci. W tej chwili to jest nr 1 mojej działalności. Tyle, że społecznej:)) Terapię protonową stosuje się w tej chwili w Krakowie dla wybranych przypadków. Najbliższe ośrodki to Praga i Monachium. W dotarciu do Monachium mogę pomóc.

      Chwilowo jestem trochę przytłoczona, bo dużo spraw mam do ogarnięcia a nie do końca mam wizję, jak to zrobić. Nie wiem, czy chcę dalej pracować w obecnej firmie czy ją zmienić. A jeśli zmienić, to czy pozostać w branży czy skupić się na działalności społecznej albo rozwijać firmę K. Mętlik.

      Dodatkowy pomysł, to nowy blog o Piotrku - dorastające ZA. Dzień po dniu, po zastosowaniu tej terapii, o której wspomniałam wyżej. Myślę, że może być przydatny dla wielu mam, które borykają się z ZA. Wiele informacji jest o dzieciach z ZA, ale o nastolatkach już mniej. A przecież żyjemy z nimi na co dzień i nie jest to łatwe. 

      Piotrek ostatnio przytula się więcej. Jest już wielki, ale czasem tym przytuleniem burzymy mur, który tworzy się, gdy on czegoś nie chce zrobić. Zamiast kłótni -przytul. Dużo lepiej to działa, chociaż nie zawsze. No i prawda taka, że gryzę się w język bardzo często, mam do krwi pogryziony, ale to działa lepiej niż wymiana zdań. Z pewnością.

      Michał ma pierwsze nastoletnie bunty. Widzę, jak powoli staję się innym wymiarem dla niego. Zalicz mnie już do grona "Starych", chociaż tego nie mówi głośno. Wchodzi w okres, gdzie jest najmądrzejszy. W sumie to fajne to. Lubię z nim rozmawiać. Ma swoje zdanie i mocne argumenty. Sama mu podsuwam niektóre książki i cieszę się, że je czyta. Błyszczy w tłumie. Byłoby dobrze, gdyby nie utracił tej pewności. I zaufania do nas. 

      Dobra. Czas na myślenie będzie w aucie. Tymczasem czas się zbierać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „I jeszcze nie wiem co dalej”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 października 2016 09:13
  • czwartek, 28 lipca 2016
    • New York, New York!

      18 lipca 2016r – poniedziałek

       

      Od co najmniej dwóch miesięcy mam włączoną panikę. Strach przed lataniem jest tak wielki, że paraliżuje wszystko, łącznie z radością z tak długo wyczekiwanego wyjazdu. Nie chcę jechać, nawet zakupów na okoliczne uroczystości w postaci nowych ciuchów nie sprawiały mi radości, wszystko odkładałam na ostatnią chwilę. Pakowałam się też na wariata. Pewnie z połowy rzeczy nie wzięłam. Jak zobaczyłam plan pobytu, to okazało się, że ledwo się zmieszczę w 23kg i bagaż podręczny. 4 sukienki w tym 2 wieczorowe, 2 biznesowe, 8 par butów, ubrania do zwiedzania – kilka zmian, bo będzie gorąco i pewnie będę się przebierać.

      Nie chcę jechać. NIE CHCĘ JECHAĆ.

      Nastawiłam budzik na 6:00, spałam może ze 4h ze stresu. Nawet Kaja chce mnie pożegnać na lotnisku. Koniec świata.

      Dobra, wstałam, właściwie to K ściągnął mnie z łóżka, zrobił pyszną kawę, która warta jest zawsze otwarcia obu oczu. Umyłam się, ubrałam się i z grobową miną wsiadłam do auta. Najpierw jedziemy po Kaję, potem na lotnisko.

      Większość grupy poleciała parę godzin wcześniej, przez Frankfurt, my lecimy przez Warszawę, z Wrocławia.

      Na lotnisku spotykam już jedną koleżankę i robi mi się trochę lepiej. Stwierdzam, że nie chcę pożegnań, bo i tak chce mi się ryczeć, więc udaję się na odprawę, uściski dla Kai i K, macham im i znikam za bramką. Gdy przechodzę przez kontrolę, widzę jeszcze K, który stoi i gapi się w telefon, pewnie pisze sms. Za chwilę go z resztą dostaję. K macha mi z daleka, wysyła całusy i tak go zapamiętuję.

       

      Jakoś za bramkami panika trochę odpuszcza. Wmawiam sobie, że to tak głupie, że aż beznadziejne.

       

      Samolot jest o czasie, ładujemy się więc do niego grzecznie i zajmujemy miejsca. Dziwne, bo już prawie się nie boję. Start, mam miejsce przy oknie, więc patrzę na piękne widoki. Czytam książkę. Trochę rozmawiam z siedzącą obok dziewczyną lecącą dalej do Moskwy na 2 tyg na wymianę studencką. Okazuje się, że to dziewczę przeżyło atak w Paryżu, prawie obie płaczemy, gdy o tym opowiada. Sama nie wiem kiedy czas minął i lądujemy w Warszawie. Tutaj spotykamy się większą grupą, idę więc z dwiema koleżankami do Mc'Donalda, żeby przeczekać czas oczekiwania na kolejny lot. Jakoś wszystkie jesteśmy już zmęczone, chociaż dzień się jeszcze na dobre nie zaczął, dopiero po 10-tej. Zdzwaniamy się z grupą z Warszawy, z którą mamy się spotkać o 10:30. Chcą, żebyśmy wyszli ze strefy bezcłowej. My nie chcemy, bo nie chce nam się dwa razy odprawiać, nawet nie wiemy, czy możemy stąd wyjść. Stajemy więc okoniem i mówimy, że na nich poczekamy. Razem z grupą warszawską leci z nami 2 pilotów wycieczki, z którymi spędzimy razem te kilka dni.

       

      Cała poczekalnia jest zajęta, brakuje miejsc do siedzenia, samolot leci pełny po brzegi. Pierwszy raz w życiu polecę Dreamlinerem, więc jestem ciekawa jak jest w środku. W końcu otwierają gate 15 i podrywa się piękna długa kolejka. Dochodzimy z koleżanką do wniosku, że bez nas nie polecą a co będziemy stać i w zasadzie mamy rację. Podchodzimy do przejścia prawie na końcu, wcześniej pilot wycieczki wręcza nam pakiety wycieczkowe a w nich: przejściówka do kabla (świetny pomysł!!!), specjalny „zegarek“ na rękę, dzięki któremu sprawnie sprawdzają potem obecność przez czytnik w komórce, poduszka na kark przydatna podczas lotu, rozkład zajęć oraz identyfikatory i książeczkę z nazwiskami osób, które jadą na konferencję z całej Polski wraz z ich zdjęciami. Bardzo to potem pomaga w zidentyfikowaniu rozmówcy:)

       

      Wchodzimy na pokład. Okazuje się, że mam miejsce przy oknie, ale z dala od całej grupy. Samolot jest bardzo duży, siedzenia jednak wąskie i nie do końca wygodne, chociaż można je nieco rozłożyć. Każdy fotel ma swój monitor, na którym można oglądać filmy, czytać książki lub słuchać muzyki. Można również śledzić lot. Do niego jest pilot, dzięki któremu można sobie zapalać światło, regulować klimę i wołać stewardessę Na każdym siedzeniu leży poduszka i kocyk. Obok mnie siedzi jakaś Iranka (podejrzałam jak wyciągała paszport do deklaracji celnej) i obok niej jakaś dziewczyna, która natychmiast zasypia i tak ciekawie schodzi jej całe 8h lotu, czego szczerze zazdroszczę, bo przez to nie możemy wyjść, ponieważ całym ciałem tarasuje przejście. Irance podczas lotu nic się nie podoba, ani nic nie smakuje. Nie próbuję nawet z nią rozmawiać, bo chociaż młoda, to jakieś niefajne robi na mnie wrażenie. Raz jeden udaje mi się wyjść do toalety, nogi mam spuchnięte jak balony, dziwne. Śledzę lot, oglądam dwa filmy i usypiam na chwilę. W zasadzie lęk zupełnie już mnie opuścił, co mnie bardzo, ale to bardzo dziwi. Może to przez konstrukcję tego samolotu, że startuje i ląduje pod kątem 30 stopni a nie 45 jak pozostałe, więc zarówno start jak i lądowanie są prawie nieodczuwalne. W samolocie dostajemy obiad, potem kolację. Na obiad mamy do wyboru indyka lub wieprzowinę, wybieram indyka i chyba nie był to najlepszy wybór. Iranka prawie nic nie zjada, mówi, że to wszystko jest okropne. Za to pić możemy do woli, ale ja jakoś niechętnie, bo wizja przeciśnięcia się do toalety nie nastraja w tym kierunku pozytywnie.

       

      Przypomina mi się, że miałam włożyć kartę do nowego aparatu fotograficznego. Chcę zrobić zdjęcia, bo aż żal nie upamiętnić widoków. Na tą chwilę co prawda samych chmur, ale i tak ślicznych. Wzięłam ze sobą aparat, który K wygrał w loterii w PSB zupełnie przypadkiem, jak na dziecko szczęścia przystało. Wczoraj specjalnie jechałam do Wro kupić do niego kartę pamięci. Trochę się dziwiłam, że w opakowaniu są dwie karty, ale nigdzie w opisie nie mogłam znaleźć o co chodzi, więc wzięłam tą większą do aparatu, a tą mniejszą zostawiłam w domu. Wyjęłam aparat, wkładam kartę, ustawiam dane: datę, godzinę itd. Tylko że coś mi nie gra, bo aparat nie widzi karty. Próbuję jeszcze raz ją włożyć i jeszcze, ale w zasadzie na pewno dobrze ją wkładam, więc nie wiem o co chodzi. Patrzę się na ten aparat i nagle doznaję olśnienia, które jednocześnie mrozi mi żyły: wzięlam tylko obudowę karty. Sama karta została w domu, bo nie wiedziałam, że się ją wsuwa do środka. Chce mi się płakać i śmiać jednocześnie. Wiem, o czym będzie pierwszy sms do K. I wiem, co będzie pierwszą rzeczą, jaką kupię. Tylko gdzie?

       

      Powoli lot dobiega końca, raz jeden jeszcze usypiam na chwilę na klasycznego dzięcioła i lądujemy, proszę państwa. I to o czasie.

       

      Na lotnisku czekają na nas 3 autokary. Doleciały już i inne grupy, dużo osób zabrało w tę podróż rodziny, w sumie jest 120osób. O 1/3 więcej niż się na początku spodziewała centrala. Fajnie.

       

      Nasz kierowca oczywiście czarnoskóry. W autobusie zaskakują mnie fotele, bo są skórzane i naprawdę bardzo wygodne. Akurat zaczyna padać deszcz, jest w okolicach 17:00, więc szybko pakujemy się do autokaru i ruszamy do hotelu, bo o 19:00 mamy powitalną kolację. Odechciewa mi się spać, mimo deszczu i burzy, chłonę nowojorski krajobraz i zgodnie z tym, co widziałam na filmach uważam, że jest tu okropnie. Podobno z lotniska mamy jakieś 23km, ale jedziemy prawie 1,5h, takie korki. Przekładają nam więc kolację na 19:30, żebyśmy zdążyli się zameldować w hotelu.

       

      Mieszkamy w samym sercu Manhattanu, na Time Square, w hotelu Marriott, gdzie doba kosztuje ponad 600 dolców. Szczęka opada mi więc z głośnym hukiem najpierw w recepcji, potem w pokoju, który ledwo przypomina nasze hotele 3 gwiazdkowe. Nie no, jest czysto i schludnie, pokój nawet całkiem spory, ale bez szału jak na taką cenę. Widocznie to cena za miejsce na mapie świata. Kąpię się szybko i przebieram. Ponieważ hotel to kolos, zapomniałam zapytać się koleżanek, gdzie mieszkają, z racji roamingu mają powyłączane telefony, więc udaję się sama do sali bankietowej, gdzie odnajduję mój stolik i miejsce. Czekamy na zarząd firmy. Wszyscy mamy jednakowe białe bluzeczki polo z logo firmy. Całe szczęście, że tylko na tą kolację, bo nienawidzę takiego stroju. Dociera i zarząd, witamy się, siadamy do jedzenia i kiedy w najlepsze próbujemy przysmaki nagle za oszkloną ścianą widzę swoją gębę. Jest taki billboard – neon na jednym z przeznaczonych do tego wieżowców na Time Square, zwykle jest tam logo naszej firmy. Tym razem jednak firma zrobiła nam niespodziankę i na billboardzie pojawiły się twarze wszystkich osób, które zakwalifikowały się na tą konferencję. Łącznie z moją gębą. Akurat billboard ten jest na wysokości naszego piętra, więc zostawiamy jedzenie i rzucamy się do robienia zdjęć przez brudną szybę hotelu. Szybko się okazuje, że ten brud nieco przeszkadza, więc rzucamy się z kolei do wind, których jest na szczęście 16 i ruszamy na Time Square. Ja bez aparatu oczywiście ku mojej rozpaczy, ale to jednak, jak się okazuje, ma swoje plusy, ponieważ natychmiast zapoznaję się z kilkoma kolegami i koleżankami z innych miast i oni robią mi również parę fotek. Każde innym okiem, więc mogę wybrać to najładniejsze. Pojawiamy się na tym neonie przez kilka godzin, pławiąc się w szoku i dzikiej radości, której nigdy bym u siebie z tego powodu nie podejrzewała. Ale bądźmy szczerzy: samego powodu też bym nie podejrzewała. Nigdy w życiu.

       

      Ok 1 w nocy stwierdzam, że nie jestem w stanie już myśleć, a co dopiero utrzymać się na nogach, dzwonię do K, który akurat wita kolejny dzień i kładę się spać. Nazajutrz czeka nas rejs prywatnym statkiem ze śniadaniem. Jedyne, czego mi dziś brakuje to, K. Bardzo żałuję, że nie widział tego wszystkiego i tego, że nie mogę zrobić zdjęć, żeby pokazać mu chociaż troszkę.

      Nastawiam budzik na 7:00 i padam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2016 01:30
  • sobota, 16 lipca 2016
    • Stany

      W poniedziałek wylatuję. Miałam lecieć z K. lecę sama. Nagroda, która ma być wycieczką życia.  Rezydujemy w Mariotcie na Brodwayu;-) w planach jest śniadanie na prywatnym jachcie, w Central Parku, aż żal, że K nie będzie...Może razem pojedziemy za rok... Boję się tego lotu tak, że chyba zejdę na zawał, więc chyba się tu pożegnam ;-)

      Wyjazd dość krótki, bo piątek jestem z powrotem i K zabiera mnie do Staniszowa. 25 lipca są jego urodziny. 

      Nawet pakować mi się nie chce strachu. Chyba jestem nienormalna.

      P.S> Nie mogę jeździć z K po galeriach, bo jedziemy tylko oddać buty a wracamy z torbami wypchanymi jego ciuchami...;-P Mój przystojniaczek...Dziś jednak i ja kupiłam sobie ładną sukienkę na koktajl w NY.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Stany”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 16 lipca 2016 20:01
  • sobota, 09 lipca 2016
    • Dowody

      K wrócił w nocy do domu, ja pognałam rano do pracy, zostawiając im rozpiskę, co trzeba zrobić. 

      Wczoraj umówiłam się z Michałem, że pójdzie do Urzędu wyrobić legitymację, a potem razem z K pojadę do parku linowego.

      K wiedząc, że mam zebranie pisze mi smsy sprawozdawcze pt "jesteśmy w Urzędzie". Gdy dostaję sms "Prawie wszystko załatwiliśmy, ale potrzebny jest opiekun prawny" trochę głupieję. Do legitymacji???

      Ale nic to, chłopcy na wybiegu, spotykamy się późnym popołudniem. K opowiada, że Michał do końca nie wiedział, gdzie ma iść, więc pojechali razem. Zapłacił za legitymację i wszystko się udało. 

      - To czemu pisałeś, że potrzebny jest opiekun prawny? - pytam zdziwiona.

      - No bo poszliśmy jeszcze wyrobić dowody, myślałem, że mam to załatwić - odpowiada zdziwiony.

      - Aaaa! - łapię już o co chodzi. - Ale przecież do dowodów wiadomo było, że opiekun prawny będzie potrzebny. Jutro tam z nimi pójdę.

      - Musisz ich wziąć ze sobą, bo taki jest wymóg.

      - dobrze, że mi mówisz, bo myślałam, że wystarczy jak ja tylko złożę - teraz ja się dziwię.

      Wieczór mija nam całkiem fajnie, kot szaleje z radości, że wszyscy w domu. Piotrek chce jechać do taty, bo umówił się tam z kolega, namawiam go, żeby został tam na noc, bo i tak od piątku nocują u niego, na co się zgadza i tak załatwiamy temat.

      Ranek nastaje szybko i trzeba działać. Zgarniam A. i Michała i jedziemy załatwić temat dowodu. K w tym czasie jedzie do serwisu z autem. 

      Kolejki w zasadzie nie ma, jeden starszy, osobliwie pachnący pan przed nami, który zniszczył sobie dowód i to wszystko. Czas dłuży się niemiłosiernie, urzędniczka pisze na komputerze jednym palcem, ma chyba ze 100 lat i być może to jest powód, dlaczego wszystko tak długo idzie. Normalnie można w nosie dłubać. W końcu udaje się urzędniczce wydrukować potwierdzenia, przynosi je do podpisania pachnącemu panu.

      - Tu ma pan zaświadczenie, że zniszczył się panu dowód, proszę podpisać - mówi uprzejmie.

      - Napisać: zniszczony dowód? - pan nie załapał do końca.

      - Nie, nazwisko tylko.

      - Ok.

      - Dziękuję. A tu proszę mi jeszcze podpisać wniosek, bo pan zapomniał.

      - Napisać: wniosek?

      - Nie, Kowalski.

      - A, Kowalski - mruczy pan do siebie i już za chwileczkę, już za momencik nasza kolej.

      Podaję przez okienko wypełnione wnioski, zdjęcia i czekam co dalej. 

      - Ma pani jakiś inny dokument ze zdjęciem?

      - Legitymacja się wyrabia, paszport się wyrabia, dowodu nie ma. -mówię - mam jedynie stare paszporty.

      - Ale ważne?

      - Nie, ważne były do czerwca, ale nie mam innego dokumentu - podaję paszporty. 

      Pani dziwnie na mnie patrzy, a ja obmyślam szybko, co tu wymyślić, że Piotrka nie ma, bo zapomniałam na śmierć, że miał być. Jest za to Michał i A, obaj siedzą na telefonach i w coś grają. Przynajmniej im się nudzi. Ja przestępuję z nogi na nogę, bo chwilę już stoję.

      Pani powolnie dopełnia formalności, w końcu drukuje potwierdzenia. 

      - Proszę tu podpisać. Po odbiór dowodów może pani przyjść sama - mówi, spoglądając jednocześnie na A. dziwnym wzrokiem.

      - Ok, dziękuję bardzo - odpowiadam i ciągnę chłopaków do windy, bo orientuję się, że urzędniczka wzięła A. za Piotrka, tylko karnacja się jej nie zgadzała ze zdjęciem i fizjonomia pewnie, gdy spojrzała na niego przy końcu. - chodźcie szybko - mówię - mam coś jeszcze do załatwienia. 

      I tym sposobem załatwiliśmy legitymację, paszporty i dowody. I ogłaszam odliczanie do pierwszego wyjazdu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 14:43
    • Paszporty

      Mamy w planach zrealizować nasz ślubny prezent i pojechać całą czwórką do Berlina. Dostaliśmy voucher na 2 noce dla 4 osób, termin dowolny. W związku z powyższym przeanalizowaliśmy wszystkie weekendy lipcowe i padło na sam środek wakacji, czyli ostatni weekend lipca.

      Wszystko nam się pięknie układało, dopóki nie zorientowałam się, że paszporty chłopców były ważne do 30 czerwca.  Wymyśliłam więc, że zrobimy zdjęcia i pójdziemy wyrobić nowe paszporty, dowody osobiste (bo nigdy nie mieli, a może będzie szybciej) i legitymację szkolną, bo Michał swoją wyprał czy coś, w każdym razie uległa zniszczeniu.

      Zrobienie zdjęć to nie taka prosta sprawa - bo to się wiąże z wyciągnięciem Młodego z domu i zmuszeniem go do dość długiego spaceru, czego nie cierpi. Dogadałam się z nim nawet co do fryzjera wcześniej i to udało nam się załatwić wyjątkowo bez problemu, czym byłam nieco zdziwiona. Tzn temat załatwiła opiekunka, a ja prawie nie poznałam Piotrka jak wróciłam z pracy, ponieważ tak pięknie wyglądał z odsłoniętą twarzą. Nawet sam sobie się podobał.

      - Piotrek, to jak już tak pięknie wyglądasz, to jutro trzeba zrobić zdjęcia, bo potrzebujemy do paszportu. Pójdziesz z panią R. i Michałem i załatwicie sprawę - oznajmiam wieczorem. 

      - Co??? Nigdy w życiu!!! Nie będę nigdzie chodził - reakcja  Piotrka spodziewana, więc mówię:

      - Nie sądziłam, że się ucieszysz, ale nie ma innego wyjścia, jeśli chcesz z nami jechać na wakacje.

      - Nie, nie i nie! - Piotrek nie daje za wygraną. Wzdycham sobie, bo to czasem pomaga. Trochę jestem zmęczona wiecznymi utarczkami i negatywną reakcją na podstawowe moje prośby. Piotrek jest fajnym, mądrym chłopcem, ale ZA czasem daje popalić. W takich chwilach myślę, że tylko spokój mnie uratuje.

      - Dlaczego nie chcesz? - pytam, chociaż z góry wiem, że zaczynam bezsensowną dyskusję. Chcę jednak trochę go wyciszyć. 

      - Bo nie cierpię chodzić. Chyba, że mnie zawieziesz.

      - Wiem, że nie lubisz chodzić, ale czasem trzeba pójść i coś załatwić. Nie zawiozę cię, bo będę w tym czasie w pracy. Gdy wrócę, fotograf będzie zamknięty i nie zdążymy zrobić tych zdjęć a na paszport długo się czeka i możemy nie zdążyć z odbiorem do wyjazdu. Proszę więc, żebyś ubrał się rano i tam poszedł.

      - Nigdy w życiu.

      Jak zwykle. 

      - Kochanie, ja nie będę więcej na ten temat dyskutować, ani negocjować. Jako bonus, bo wiem, jak bardzo nie lubisz chodzić, dam ci na lody i sobie zamówisz jakiś deser. 

      - Nigdy w życiu.

      - To ci nie dam. Ale i tak pójdziesz. - wkurzam się w końcu i wychodzę z pokoju. Nie wiem, jak pani R sobie z nim jutro poradzi, ale zwykle jutro zawsze przynosi coś nowego, więc może i tym razem zaskoczy nas pozytywnie.

      Jest u nas mój siostrzeniec, przywieźliśmy go po ostatniej wizycie w moim rodzinnym mieście. Byliśmy tam już kilka razy od czasów pamiętnej kawo-herbaty. Jakimś cudem K namówił moją siostrę, żeby pozwoliła A. pojechać z nami na kilka dni. Mnie się to nigdy wcześniej nie udało. A zadowolony, jest dokładnie 9 miesięcy starszy od Michała. To fajny, mądry, ułożony chłopak. 

      A ma ciemne włosy, śniadą cerę, ciemne oczy, jest też dobrze zbudowany jak na swój wiek. Michał ma jasne włosy i delikatną urodę, ale ostatnio też się opalił a przez treningi ma wysportowaną sylwetkę. Fajnie razem wyglądają, do tego Michał ostatnio mocno wystrzelił w górę i są równego wzrostu.

      Noc mija spokojnie, Piotrek ostatnio wstaje w nocy, bo nie może spać. Dziś śpi jak zabity, więc i ja wstaję rano wyspana, szykuję się do pracy i jadę, po drodze rozmawiając przez telefon z panią R, bo musimy ustalić strategię postępowania z Piotrkiem na dziś. Cała trójka jeszcze spała, jak wychodziłam, ale umawiam się z panią R, że wpadnie tam ok 9-10 i wywali ich z łóżek.

      Wir pracy wciąga, ale widzę, że dzwonił ktoś z domu, więc domyślam się, że to czas na fotografa. Nie mylę się.

      - Mamo, ja nigdzie nie pójdę! - słyszę zbuntowany głos Piotrka zamiast dzień dobry.

      - Dzień dobry kochanie. Powiedz mi spokojnie o co chodzi. - mówię, chociaż doskonale wiem o co rzecz.

      - Pani R chce, żebym szedł do fotografa. Ja nie chcę.

      - Posłuchaj mnie uważnie. - przybieram spokojny, ale dość ostry ton głosu, bo nic innego nie mogę już zrobić - idziesz i to bez gadania. W przeciwnym razie nie wyrabiam ci paszportu, nie jedziesz więc ani do Berlina ani do Pizy, bo do Toskanii też musimy wziąć paszport. W związku z tym od tego, czy pójdziesz dziś do fotografa zależy, czy jedziesz z nami na wakacje, czy zostajesz sam w domu, a pani R będzie tylko przychodzić, żeby dać ci obiad.  -nie mam nic do stracenia - i nie słucham już ani jednego zdania na ten temat. wieczorem przyjadę i chcę zobaczyć zdjęcia, w innym wypadku nie jedziesz. Daj mi panią R. -

      - Ale mamo...

      - Daj mi panią R.

      Piotrek już nic nie mówi, za chwilę słyszę głos opiekunki. Powtarzam jej, co powiedziałam Piotrkowi i mówię, że trudno, jak się jej nie uda go wyciągnąć, to nie pojedzie i już. Wściekła jestem jak nie wiem co, również z tego powodu, że sama sobie robię karę, bo położyłam na szali nasze wakacje. Dobrze jednak wiem, że nic innego nie zadziała. Opiekunka mówi, że w biurze paszportowym też można zrobić zdjęcia, ale ja nie chcę ryzykować, poza tym tam są bardzo drogie, a my potrzebujemy ich do legitymacji, dowodu i paszportu.

      Wracam do pracy.

      Za jakiś czas dzwoni pani R.

      - udało się. - słyszę ulgę w jej głosie - ale pojechaliśmy autobusem. Przypomniałam sobie, że tam jeździ autobus i to go przekonało.

      Gratuluję pani R pomysłu, bo wyszedł kompromis. Starsi chłopcy poszli na piechotę, Piotrek pojechał z panią R. Odległość ok 1,5 km. Może nawet mniej. W każdym bądź razie mamy zdjęcia a nie mamy awantury. Jutro mamy je odebrać.

      Nazajutrz biorę sobie kilka godzin wolnego, bo umówiłam się z Rexem, że załatwimy te paszporty, a musimy być oboje wraz z z dziećmi.

      Jadę więc po zdjęcia a potem do Wro. Po drodze chłopcy oglądają zdjęcia i nawet są zadowoleni. Niestety potrzebne są legitymacje uczniowskie. Z Piotrkiem pół biedy, ale Michał nie ma. Rex dogaduje się, że można okazać legitymację przy odbiorze paszportu.

      Rex jedzie do urzędu prosto z pracy, jest nieco wcześniej niż my, niestety cały parking jest zajęty, a miejsce znajduję dopiero w Galerii Dominikańskiej, która jest w pewnej, nawet znacznej odległości od Urzędu. Na dworze wieje paskudnie, co chwila pada. Piotrek oczywiście nie chce zapiąć bluzy, a ja się wkurzam, bo zawsze denerwuję się, że się wyziębi, zanim poczuje chłód, z ta jego obniżoną reakcją na zimno. Snujemy się do Urzędu, przy wtórze jęków Piotrka pt "nie biegnijcie", "daleko jeszcze", "ja nie chcę iść" "nie cierpię spacerów" itp. Zagaduję go trochę, zwalniam do tip-topów i jakoś docieramy. 

      W międzyczasie Rex pobrał bilecik i parę numerków zdążyło już wejść. Podaje mi częściowo wypełnione wnioski, mam uzupełnić pesele i daty urodzin. Uzupełniam wszystko, wyciągam zdjęcia. Michała są, Piotrka nie. Czuję, że za chwilę zemdleję.

      - Piotrek gdzie twoje zdjęcia?

      - No przecież pytałem się ciebie, czy je zabrałaś z samochodu - odpowiada, a ja czuję jak krew mi odpływa z twarzy. Szybko liczę, czy zdążę w tą i z powrotem na parking w galerii. Marne szanse. Patrzę na Rexa.

      - Nie uwierzysz - mówię do niego - pół dnia awantury, autobus, całe zamieszanie a nie ma  zdjęć.

      - Może zdążysz obrócić w tą i z powrotem? - pyta przytomnie.

      - Nie, nie będę ryzykować, o 14 muszę być w Brzegu, jak nam minie kolejka, to nie mam szans. Ale mam pomysł. Piotrek! - wołam Młodego - Idziemy!

      - Ale ja nie idę do auta! - już się stawia.

      - Nie do auta. Do zdjęcia -  ciągnę go, parę kroków dalej widziałam "ksero, fotograf". Gdy docieramy do pokoju fotografa, szybko liczę stojące przede mną osoby. Cztery. Pani z pokoju wychodzi i pyta kto do ksero. Wszyscy. Uff.

      - Ale mamy szczęście mamo.

      Jestem zła jak diabli, ale tak naprawdę na siebie, bo to ja powinnam sprawdzić, czy po oglądaniu zdjęcia wróciły. Piotrek może coś mówił jak wysiadałam, ale tak mocno wiał wiatr, że mogłam nie usłyszeć. Albo nie mówił. Niczego to nie zmieni. Czekamy aż nas zawoła fotograf. Woła.

      35zł. Teraz to już się śmieję.

      - Piotrek, masz najdroższą sesję świata.

      Dostajemy zdjęcia i biegniemy z powrotem. Zdążamy, ale przed nami tylko dwa numerki.

      337 - informuje nas głos z automatu. Podchodzimy do okienka. Piotrek kończy batonika, którego sobie kupił, gdy jeszcze beztrosko czekaliśmy na swoją kolej zanim mnie olśniło, że brakuje zdjęć.

      Dopełniamy formalności. Urzędniczka żartuje, że Młody będzie musiał przyłożyć palec od nogi, bo ma brudne od czekolady ręce.

      - Te od nogi mam brudniejsze - mówi uczciwie i na chwilę panią zatyka.

      Odkąd mam dwa nazwiska, nie zmieniłam dowodu, bo paszport i wizę mam wydane na jedno nazwisko, więc czekam aż wrócę ze Stanów i wtedy przerobię dowód.  Dowód więc okazałam z jednym nazwiskiem, podpisałam się dwoma.

      - Co pani tu nagryzmoliła? - urzędniczka wpatruje się w mój podpis i w dowód. 

      - Podpisałam się, jak w peselu, bo jesteśmy po rozwodzie, a ja wyszłam dopiero co za mąż, tylko dowodu jeszcze nie zmieniłam. Ale w peselu by się pani jedno nazwisko nie zgadzało.

      Pani dziwnie na mnie patrzy, potem na Rexa i puszcza nas w końcu wolno.

      Spoglądam nerwowo na zegarek, bo zaraz muszę jechać dalej. Nagle mnie coś zastanawia.

      - Rex, a Piotrek odbijał ten palec czy nie?

      - Nie, chyba nie.

      - To ja się może wrócę, bo chyba pani zapomniała.

      Wracam się szybko i dopytuję panią urzędniczkę o nieszczęsny palec Piotrka.

      - Tylko dzieci po 13-tym roku życia odbijają palec.

      Czyli ok.

      - Pani powiedziała, że dzieci które dłubią palcem w nosie, nie mogą go potem używać do paszportu - mówię Piotrkowi, bo był wyraźnie zawiedziony.

      Widzę jego minę, więc prostuję szybko:

      - Żartowałam kochanie, w następnym paszporcie już będziesz odbijać. teraz jeszcze nie musiałeś.

      Żegnamy się z Rexem i pędzimy dalej. Paszporty załatwione. Teraz praca, jakoś muszę znaleźć czas na dowody. Legitymację załatwi sobie Michaś sam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 14:15
    • Mama

      Po podróży poślubnej pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta, na zaproszenie cioci i wujka. Cały problem polegał na tym, że moja mama mieszka w tym samym domu. Oczywiście koniecznie chciałam odwiedzić młodszą siostrę, ale nie wiedziałam, czy jeszcze jest w szpitalu, czy już wyszła z Wiki do domu. Siostra z kolei mieszka z naszą mamą, więc byłby trudne odwiedzić ją u niej, bo byłam z K, który "nigdy więcej ma nie przekraczać tego progu".

      Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie denerwowałam. Zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzić, że będziemy u cioci, ale że jadę z K. Zapytałam też o siostrę. Mama na to, że i tak jej nie będzie, bo jedzie na basen, a sis jest jeszcze w szpitalu.

      No to ok. Pojechaliśmy do szpitala, do cioci, poszłam przywitać się z tatą, który nas nawet zaprosił, ale nie chciałam wchodzić, bo nie wiedziałam, co na to mama i kiedy wróci. Nie chciałam narażać K na nieprzyjemności. 

      Byliśmy w trakcie naszego tournee po rodzinie, kiedy zadzwoniła mama.

      - już wróciłam z basenu, możesz przyjść na kawę.

      - mamo, jesteśmy teraz u R (kuzyn) i raczej nie będziemy wracać. Poza tym jestem z K - dodałam, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę i czy mama zrozumiała, że nie przyjechałam sama

      - Ale ja sobie nie wyobrażam, że się nie przywitasz.

      - Już byłam u was i witałam się z tatą.

      - Ale ja sobie nie wyobrażam.

      Dotarło do mnie w końcu, że to jest zaproszenie dla NAS i że powinniśmy złamać lody.

      Zapytałam K, co on na to. Przytulił mnie i powiedział, ze jedziemy i że nie czuje żalu, postara się, żeby wszystko było ok.

      Kuzyn pożegnał nas ciepło i powiedział, że trzyma kciuki.

      Nerwy są jednak bardzo trudne do poskromienia. Czułam wręcz, jak z każdą chwilą narasta we mnie panika, niby się cieszyłam, ale po tylu latach naprawdę ciężko było opanować stres.

      Weszliśmy do domu, powoli dotarliśmy na górę. Dzwonek. Kroki. Otwieranie drzwi.

      - Dzień dobry - mam ucałowała mnie, a do K wyciągnęła rękę - wejdźcie.

      Czułam, jak zbiera mi się na płacz. K widząc to, objął mnie ramieniem i uśmiechnął się ciepło - dziękuję za zaproszenie - powiedział do mamy, a j wzięłam głęboki oddech.

      Usiadłam w fotelu, gdzie 6 lat temu mój świat rozpadł się na kawałki. Gdzie usłyszałam zimne słowa mojej mamy, które do dziś mnie prześladują. Gdzie upadł mit o wspierającej się rodzinie. 

      Wszystko wróciło. Patrzyłam na K, który w odróżnieniu od tamtej sytuacji był znacznie mniej zestresowany.

      - nie wiem, co pan może zaoferować naszej córce, z tego co widzę, to niewiele - słowa mojej mamy na nowo rozdźwięczały się w mojej głowie. Nigdy nie poznałam odpowiedzi, dlaczego tak powiedziała, ale K do dzisiaj to cytuje, gdy mówię mu, że jest moim największym skarbem. Zaraz po dzieciach ;-)

      - napije się pan kawy? - zapytała mama

      - może herbaty, dzisiaj już tyle kaw wypiłem, że dobrze mi zrobi co innego - odparł z uśmiechem K

      - to może miętową zrobię? - zapytała mama 

      - bardzo chętnie - odparł K a mama poszła do kuchni.

      Siedziałam jakby mnie zamurowało. K puścił do mnie oko, tata zapytał mnie, czy chcę kawy, a ja miałam siłę tylko przytaknąć.

      - Jezu, nie wiedziałem, że to po tobie tak pozamiata - K wykorzystał sytuację, gdy rodzice na chwilę wyszli - wszystko dobrze? - zapytał z troską w głosie.

      - Tak, kochanie, wszystko w porządku i to jak najlepszym - na te słowa weszła mama wnosząc herbatę.

      - Zrobiłam dwie, bo nie wiedziałam, czy lubisz, przepraszam, czy pan lubi z saszetki, czy taką z ogrodu, świeżo zerwaną

      - Chętnie wypiję obie - powiedział K a mnie po raz kolejny zamurowało.

      Mama przez cały czas starała się być uprzejma a jedyną rzeczą, która pokazywała jej stosunek do K było mówienie mu przez "pan", chociaż prosił, żeby mówiła mu na "ty".

      Całą atmosferę rozluźniła 3-letnia córka mojej siostry, Martynka, której K tak bardzo się spodobał, że czarom nie było końca. K wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia Martynce, mi, mamie i nam wszystkich razem, a rodzice całkiem chętnie pozowali.

      Nie zabawiliśmy jednak jakoś długo, bo czas nas gonił, dzieci zostały w domu, a robiło się coraz później. Pożegnaliśmy się całkiem ciepło, i z nadzieją w sercu pojechaliśmy do domu.

      W samochodzie napisałam sms do mamy "dziękuję", a mama odpisała mi "podziękuj Michałkowi". Popatrzyłam na treść sms z niedowierzaniem i zadzwoniłam do Michała. 

      - Misiu, czy ty coś nagadałeś babci?

      - Niee - odparł zdziwiony - a co się stało?

      Wyjaśniłam mu krótko całą dziwną i niespodziewaną sytuację. Michał aż się wzruszył.

      - Mamo, nie wierzę - głos mu się załamał - wiesz co, pamiętasz, jak na weselu podszedłem do ciebie i zapytałaś się, co się stało?

      - No pamiętam, powiedziałeś, że babcia cię zdenerwowała i że nie chcesz o tym mówić, żeby mi nie psuć dnia.

      - No właśnie, to wtedy tylko z nią rozmawiałem. Zapytała się mnie, czy lubię tego pana, mówiąc  K i dlaczego nie zrobiłem wszystkiego, żeby zapobiec waszemu ślubowi. Bardzo się zdenerwowałem i powiedziałem babci, że tak, że lubię tego pana, nawet bardzo i że on ma na imię K i że z tego co wiem, to katolicyzm polega na wybaczaniu, a babcia to chyba na religię nie chodziła i uciekłem kłamiąc, że chce mi się siku.

      - Dziękuję synku, chyba musiało minąć tyle lat, żebyś dorósł i żeby babcia mogła od ciebie to usłyszeć, bo nikt inny nie mógł trafić do jej serca. 

      Czułam, że już nie opanuję łez, które poleciały ciurkiem, po raz pierwszy ze szczęścia, gdy wracałam z domu.

      - kocham was - wyszeptał K i wolną ręką pogładził mnie po głowie - i ciebie i dzieci, naszą rodzinę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Mama”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 11:35

Wyszukiwarka

Kategorie

Autorzy

Kanał informacyjny

;