Cwałem przez życie

Wpisy

  • wtorek, 22 marca 2016
    • Kołnierzyk

      Dużo się ostatnio dzieje, między innymi od środy chodzę w kołnierzu, bo pewien pan sprawdził bez mojej zgody, co mam w bagażniku. Taki klasyczny numer: 

      Stoimy na czerwonym, jest trochę zakorkowane, w końcu mamy zielone, więc ruszamy. Niestety coś z przodu tarasuje przejazd i znów stajemy. Z tą różnicą, że nie wszyscy bo pan za mną, zdążył się już rozpędzić, ale nie zauważył, że stanęłiśmy, bo akurat robił coś pod kierownicą. Jak spojrzałam w lusterko, to już wiedziałam, że nie zdąży wyhamować, bo nawet nie zaczął. Do dziś widzę jego przerażoną minę.

      Jak huknęło, to zarzuciłam łbem i fryz cały mi się rozczochrał. A nie był to byle jaki fryz, bo ślubny. Właśnie jechałam od fryzjera i wizażystki, wymalowana i wyczesana jak nigdy. Czyli wypadek w pełnym rynsztunku.

      Pan okazał się być całkiem uprzejmym młodzieńcem, dokonaliśmy formalności, o dziwo ja byłam nieco bardziej przytomna z nas dwojga i przypomniało mi się, że w kalendarzu mam oświadczenie o zdarzeniu drogowym, wyrwałam więc je delikatnie, wypisałam co trzeba i pojechałam do serwisu. Moja piękna, niezawodna Corolka dostanie zatem nowy zderzak i belkę.

      A ja nowy kołnierz, bo jak na drugi dzień rano wstać nie mogłam, to poszłam sobie na SOR portfolio zrobić i ponoć całkiem niezłe wyszło, skoro trzeba było kołnierzem przyklepać. A czekałam tylko o dziwo 45min. Właściwie to nie czekałam, tylko załatwiłam wszystko w tym czasie. Jedyne co, to płyty nie dostałam, bo w naszej bezpłatnej służbie zdrowia trzeba było za nią dać 7 zł a ja akurat takiej żywej gotówki przy sobie nie miałam.

      Teraz tylko zastanawiam się, jak ja piruety kręcić będę za miesiąc, ale nadzieja umiera ostatnia, więc liczę, że i pewnie salto jakieś zrobię.

      Taki to miałam udany fajny tydzień, podsumowany wyjazdem romantycznym do Gorelitz, gdzie zakupiłam przypadkiem sukienkę na przebranie. A właściwie K mi kupił, kiedy zemdlałam na wieść o cenie. On za to zemdlał  z wrażenia, jak mnie w niej zobaczył, a to się liczy najbardziej, tak więc zakupiliśmy owe okrycie ciała i żywimy nadzieję, że nie przytyję do tej wzniosłej chwili, co by ten skarb nie pękł na mojej kibici, kiedy dystyngowanie przypadkiem siądę sobie.

      O, i głupawkę nawet mam, co mi się dawno bardzo już nie zdarzało. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 marca 2016 00:15
  • piątek, 11 marca 2016
    • Ja oczami Michała

      Napisał to na polski, jako zadanie domowe miał napisać charakterystykę swojej mamy.

        

      Moja mama ma na imię Grażyna i pracuje w agencji ubezpieczeniowej. Wychowuje mnie i mojego brata Piotrka.
         Zazwyczaj chodzi w długich sukienkach i butach na obcasie. ma jasne, rozpuszczone włosy. Nosi również okulary z dużymi szkłami. Jest wysoka w porównaniu z innymi kobietami, przez co wyróżnia się na zdjęciach.
         Moja mama to osoba pracowita i rzetelna - wywiązuje się z zadań powierzonych przez szefa, dochowuje tajemnic. Niestety, musi również dużo pracować, ale gdy tylko może, wstąpi na chwilę do domu. Jest osobą, która nigdy nie przechodzi obojętnie obok potrzebujących. Gdy tylko może, kupi jedzenie ubogim. Rodzina i przyjaciele również mogą liczyć na pomoc. Nie widziałem osoby, która poświęciłaby równie dużo czasu na szczere rozmowy z najbliższymi. Moja mama, poza pracą, znajduje również sporo czasu dla mnie i dla brata, dzięki czemu panują między nami ciepłe relacje.
        Uważam, że moja mama jest człowiekiem o dobrym, ciepłym sercu, dzięki czemu idealnie sprawuje się w roli matki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ja oczami Michała”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      piątek, 11 marca 2016 22:00
  • niedziela, 21 lutego 2016
    • Relacje

      Relacje K z Piotrkiem nie należą do łatwych. Ostatnio, dzięki chorobie Piotrka uległy poprawie. Wczoraj K wyznał mi, że stosuje teraz nieco inną metodę dla złagodzenia konfliktów. Jak go Piotrek doprowadzi do białej gorączki (a potrafi i robi to celowo, tzn celowo słownie mu dogryza), to K wtedy nie wchodzi w polemikę, krótko coś komentuje, a potem szuka czegoś pozytywnego, co mógłby dla Piotrka zrobić. Szczerze mówiąc, na taką metodę bym nie wpadła, ale jemu to pomaga. K mówi, że inaczej para poszłaby mu uszami i musi zrobić coś dobrego, żeby zneutralizować złe emocje. Dla mnie szok. I widzę, że to działa, chociaż już pogodziłam się z myślą, że relacje między Piotrkiem a K ułożą się tak dobrze jak z Michałem. Szkoła cierpliwości. Najlepsza na świecie i najtrudniejsza zarazem.

      Michał natomiast wkracza w dojrzewanie wielkimi krokami, cały czas nasłuchuje swojej intuicji, żeby niczego nie przegapić i żeby nie zgubić go w otchłani walki z ZA Piotrka. Patrzę na niego i aż serce mi rośnie, bo nie dość, że wyrasta na przystojnego, naprawdę ciekawego chłopaka, to jeszcze ciągle chce mu się z nami gadać, a tematy mamy wszelakie, chociaż przeważa główny temat dorastania, czyli seks. Nigdy nie myślałam, że można o tym tak fajnie rozmawiać z dzieckiem. Można, jeśli tylko ma się dziecko na tyle otwarte, że przyjdzie, zapyta i nie zwieje. I ja nie zwieję ;-) 

      Fajne mamy dzieciaki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 lutego 2016 12:57
  • środa, 10 lutego 2016
    • To by były jaja...

      Wczoraj skończyłam antybiotyk, a dziś znów boli mnie gardło. W sumie dzięki tej chorobie załatwiłam wszystko ze ślubem. Okazało się, że wszystkie kontakty miałam dzięki mojej pracy i tak: krawcowa - bardzo fajna babka - to moja klientka, makijażystka - moja kosmetyczka, klientka, DJ - syn znajomej mojej klientki krawcowej, fotograf - znajomy ze śniadań biznesowych, desery na słodko zrobi mi kolejny znajomy ze śniadań biznesowych, wygrałam jakiś konkurs i dostałam 500zł, więc kupiłam sobie za to 3 pary butów, 2 na ślub:). Zamówiłam też zaproszenia, winietki, zawieszki i menu. O, i alkohol też zakupiłam dzięki znajomemu z pracy:))

      Miało być 70 osób jest 86 i ciągle jeszcze chcielibyśmy kogoś zaprosić. Większość stanowią nasi przyjaciele i dobrzy znajomi. Dawno przekroczyliśmy budżet, teraz skupiliśmy się na zarabianiu, żeby móc to opłacić:) Stwierdziliśmy jednak, że chcemy zrobić imprezę z tej okazji, bo tak bardzo się z tego cieszymy:) i mamy w nosie tradycję, że drugi ślub powinien być cichy i wstydliwy. 

      Jedna rzecz kładzie się cieniem na tym wszystkim: dziś powinnam mieć okres a nie mam. Robiłam test przed antybiotykiem i był negatywny. Ale strach pozostaje, bo to by wiele zmieniało. Właściwie wszystko. I bardzo trudno byłoby mi się z tym pogodzić. Chyba bym się załamała. Może coś się poprzesuwało z okazji emocji i antybiotyku. Ryzyko prawie żadne, ale mimo wszystko jakieś jest. BARDZO ale bardzo nie chciałabym iść do ślubu w ciąży. Ani jechać w ciąży w podróż poślubną. Zobaczymy. Na razie zaklinam rzeczywistość.

      Jedyne co, to K powiedział mi, że by się cieszył. To wielki postęp, bo wcześniej bał się jak ognia. Jednak deklaracja ślubna wiele zmienia w psychice:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „To by były jaja...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 10 lutego 2016 09:14
  • sobota, 30 stycznia 2016
    • Podsumujmy

      Od listopada mamy udrękę. I on i ja i wszyscy wokół. Ciągłe parcie wymusza u Piotrka wielogodzinne siedzenie na toalecie. Kilka wizyt u pediatry (3 różnych), szereg badań, które wyszły dobrze, szereg pomysłów alternatywnych wprowadzanych w życie z oporem większym lub mniejszym, nawet 2 tygodniowe niechodzenie do szkoły nie dało efektów. Piotrek blady i zielony, bez sił, niczym król nie schodzi ze swojego tronu. Nigdzie nie wychodzi z domu, nie jeździ na wycieczki. Nawet te, na które tak czekał, m.in do schroniska dla zwierząt. Mało tego - ja pojechałam, bo wcześniej błagał, żebym pojechała jako opiekun, więc ja pojechałam skoro już się zobowiązałam, a on nie.

      Był jednak plus ogromny tej wycieczki. Wszystkie dzieci pytały mnie, na co Piotrek jest chory i kiedy wróci do szkoły. Powiedziałam im, że po przerwie świątecznej, ale że nie zaraża i mogą go odwiedzić. Od razu przyszło mi na myśl, że to też byłby świetny sposób na to, żeby przekonać go, że jest lubiany w klasie, podczas gdy on usilnie twierdzi, że go nikt nie lubi. Na drugi dzień miała być wigilia klasowa i aż się wzruszyłam, gdy podchodzili do mnie podczas wycieczki i żałowali, że Piotrka nie będzie. Dostał od kilku kolegów różne kartki ze zwierzętami zakupione w schronisku, a jeden z nich robił zdjęcia psom specjalnie, żeby Piotrek móg je zobaczyć chociaż w taki sposób.

      Na drugi dzień zadzwoniła do mnie opiekunka, że właśnie kilkanaście osób przyszło odwiedzić Piotrka. Zabrali z wigilii owoce, ciasto i po prostu przyszli. Piotrka mina była bezcenna, a mi na samą myśl, zakręciła się łezka w oku. Miałam nadzieję, że wieczorem wypadnie nam chociaż jedna mantra z obiegu pt: nikt mnie lubi, co ja takiego zrobiłem, że nikt mnie nie lubi mamo?

      Czas biegnie szybko. Niechodzenie do szkoły na niewiele się zdało. W międzyczasie jednak mieliśmy święta i były to najpiękniejsze święta, które mieliśmy do tej pory. Była K2, chłopcy, MAMA K (!) i my. Michał dostał pod choinkę książkę, którą sam napisał, a którą zdążyłam wydać. Był to spory wyczyn finansowy, jednak jestem tak niesamowicie z niego dumna, że uważam, że ta książka jak najbardziej była warta tych pieniędzy. Piotrek dostał to chciał, więc też był zadowolony. Dla K2 przygotowaliśmy również kilka niespodzianek i widać było, że trafiliśmy w dziesiątkę. Ja dostałam dwie pary pięknych kolczyków - na dwie okazje, wraz z naszyjnikiem i szczęka mi opadła na długo. Pierwszy raz dostałam też prezent od chłopców - śliczną filiżankę. Mama K okazała się całkiem fajna i naprawdę miło spędziłyśmy czas. K2 zmyła się dość szybko, bo pogodziła się z mamą i umówiła się z nią na spędzenie reszty wieczoru.

      Sylwester minął równie przyjemnie, bo pierwszy raz byli z nami chłopcy, przyjechała też moja przyjaciółka i w zasadzie było tak wesoło, że uśmiałam się jak już nie pamiętam kiedy.

      Piotrek wrócił do szkoły, więc wróciliśmy do porannych zaklęć, żeby wyszedł z domu. Na szczęście K przez miesiąc miał nie wracać do pracy, więc bardzo mi pomagał w ogarnięciu porannych tematów. Nie ma to jak odszronione i zatankowane auto, kawa do łózka i świeże bułeczki. Nie wspominając o śniadaniu do pracy. Anioł po prostu. Powoli ranki stawały się znośniejsze, jeśli chodzi o Piotrka, ale wieczory nadal były bez zmian. Zbliżał się czas mojego wyjazdu do Warszawy na podsumowanie roku w firmie. Ze względu na to, że były to dwa dni, oczywiście miałam stres co z tym zrobić, bo Rex nie mógł zając się dziećmi, bo też wyjeżdżał, poza tym Piotrek nie chciał do niego iść, a o K się bałam, że nerwowo nie wytrzyma. Koniec końców wyjścia nie było i K podjął się opieki nad przede wszystkim Piotrkiem. A ja pojechałam, tym bardziej, że miałam odebrać nagrodę za jakość biznesu.

      Oczywiście Piotrek rozchorował się dzień przed wyjazdem - zapalenie gardła. Jak ktoś na to chorował, to doskonale wie, jaki to ból. Jeszcze w czwartek nic nie zapowiadało aż takiego obrotu sprawy, gardło go trochę bolało i miał lekką gorączkę, więc nie poszedł w piątek do szkoły, a potem rozchulało się tak, że K musiał jechać z nim wieczorem prywatnie do lekarza. Ale poradził sobie, kupił leki, podtykał Piotrkowi pod nos coraz to nowe smakołyki, żeby tylko coś zjadł, wieczorem głaskał go po plecach (żeby było tak, jak bym była w domu) i wstawał w nocy, jak go Piotrek wołał, żeby dać mu leki przeciwbólowe. Nawet po raz pierwszy w życiu Piotrek pozwolił sobie psiknąć lekiem do gardła, tak go bolało. Kiedy wróciłam, zapytałam Piotrka, jak się ułożyły jego relacje z K, gdy mnie nie było - NAWET DOBRZE - skwitował krótko, ale był to jeden z największych komplementów dla K, jakie słyszałam. Coś w nich pękło, ich relacja wcześniej była trudna, Piotrek cały czas zazdrosny o mnie, K mógłby stać na głowie i ruszać uszami, ale nic by to nie zmieniło. Tymczasem coś pękło, a czas pokaże, czy to trwała zmiana.

      Tydzień temu udało mi się odtransportować Piotrka do taty na weekend. Konsekwencją czego jest obecna sytuacja, czyli przygotowania do ślubu. Dla mnie trochę szok nie dlatego, że nie spodziewałam się ślubu, wiele razy o tym rozmawialiśmy, ale nie spodziewałam się tak szybko!!! Doszliśmy jednak do wniosku, że życie jest za krótkie, żeby czekać w nieskończoność. 

      Co do Piotrka, czekają nas w przyszłym tyg kolejne badania, wizyta u pediatry, gastrologa, w marcu u psychiatry i nie wiem co jeszcze. Na razie dzięki dziewczynom z forum testuję D3 i B - kompleks, Bo Piotr ma straszne zajady w kącikach ust. I jestem dobrej myśli, chociaż przewertowałam całą internę Szczeklika i nie znalazłam żadnego punktu zaczepienia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 30 stycznia 2016 09:31
    • No to załatwiamy:)

      Powinnam zacząć od początku, ale gdzie tu teraz początek?:)

      K zwariował. Wystrzelił z tym ślubem jak z procy. Poleciał załatwić termin w USC, tylko oświadczyć się zapomniał. To się nazywa manipulacja:) Musiałam podpisać dokumenty w USC, zanim powiedziałam oficjalnie TAK. Ale chyba K nie byłby sobą, gdyby zrobił wszystko po kolei. Dowiedziałam się podstępem (też umiem manipulować - HA!), że zamówił pierścionek, ale nie zdążył się zrobić na czas, czyli na zeszły weekend, kiedy to podjęta została decyzja. Na szczęście nie ma to znaczenia tak naprawdę, mogę jedynie się z niego pośmiać.

      A dziś stres wychodzi każdym moim porem, albowiem azaliż mam mega katar i gorączkę. I własnie sobie uprzytomniłam, że nie sprawdziłam, czy czasem nie dostanę okresu w dniu ślubu. Aaaaa! Jutro sprawdzę. 

      Kolejną atrakcją jest oczywiście podróż poślubna, na którą czekam z utęsknieniem, bo podjęliśmy decyzję, że jedziemy do Porto:) Bilety już mamy, nocleg się szuka. Na cały tydzień. Zawalę robotę, ale co tam. Nieczęsto ma się ślub (no nie mogę napisać, że raz w życiu, haha)

      Wszystkim już się pochwaliłam. Największy stres miałam oczywiście z moją mamą. Postanowiłam, że przekażę jej telefonicznie, bo zawsze w momencie agresji łatwiej zwiać:) Uzgodniłam z siostrą, która z nią mieszka, że da mi znać, jak mama to przyjęła i zadzwoniłam. Odebrał tata. Tato ma Alzheimera i pomimo tego, że dobrze kojarzy, nie może się do końca wysłowić. 

      - Cześć tato. Stoisz czy siedzisz?

      - stoję, bo wybieram się po mamę.

      - a to mamy nie ma? Bo mam newsa. To lepiej usiądź. Wychodzę za mąż. 23 kwietnia. Miało być 30-go, ale dziś zmieniłam datę, bo chłopców nie ma od 30-go.

      Cisza.

      - halo, tato? Szok, prawda? - zaczęłam się nerwowo śmiać.

      - no szok - ku mojej uldze tata się roześmiał - zabrakło mi słowa. 

      - to przekaż mamie i może porozmawiaj z nią, żeby przemyślała to sobie i żebyście przyjechali, serdecznie Was zapraszamy, bo będzie mi bardzo przykro, gdy Was zabraknie.

      - dobrze córeczko

      - to ja zadzwonię wieczorem.

      Zadzwoniłam potem do siostry i podzieliłam się z nią radosną nowiną, ze przekazanie newsa scedowałam niechcący na tatę. Gośka powiedziała mi, że mama już wie i że w zasadzie jest spokojna i nawet nie histeryzuje, co nas obie zdziwiło.

      Wieczór nadszedł bardzo szybko. Znów dzwonię. Tym razem odbiera mama.

      - cześć mamo

      - cześć córeczko

      - słyszałaś nowinę?

      - jaką? - moja mama jakby nigdy nic udaje, że nic ważnego się nie wydarzyło. Czyli teatr trwa.

      - tata nic nie mówił? - udaję, że nie wiem - skoro teatr, to grajmy w nim obie.

      - o czym?

      - że wychodzę za mąż w kwietniu.

      - a, mówił faktycznie.

      - to przyjedziecie? - mam cichą nadzieję, ze powie "tak" - będzie mi przykro jak Was nie będzie.

      - musimy się zastanowić, porozmawiamy jutro, zadzwonię do ciebie po południu, ok?

      No ok. Czekam w takim razie do jutra. Plus niespodziewany, że nie powiedziała od razu "nie"może tata z nią rozmawiał trochę.

      Nie powiem, żeby to nie były emocje, ale ulżyło mi, bo bardzo mi ten temat ciążył.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „No to załatwiamy:)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 30 stycznia 2016 00:08
  • środa, 27 stycznia 2016
    • Kocham Cię, Życie

      Sześć i pół roku temu nie widziałam sensu życia. Nie miałam siły wstać z łóżka, jedynie to, że miałam dzieci trzymało mnie na tym świecie. Nawet moja wiara gdzieś zniknęła. Znajdowałam się w klaustrofobicznym tunelu, gdzie nie było widać wyjść ewakuacyjnych - co nie znaczy, że ich nie było.

      Przeszliśmy długą drogę, poprzez ekstremalne wydarzenia i morze nieszczęścia znaleźliśmy w końcu tęczę. Jesteśmy po jej jednej stronie i razem przejdziemy na drugą.

      Życzę każdemu, kto jest na życiowym zakręcie, żeby nie tracił wiary. Gdybym wtedy odeszła, odebrałabym sobie najpiękniejsze chwile życia, nie wiedząc nawet, że na mnie czekają. Oczywiście pomijam tu wszystkie inne aspekty takiej śmierci. NIE MA SYTUACJI BEZ WYJŚCIA. I każdy ma Anioła Stróża. Mój łapie mnie w locie, chociaż może być już trochę tym zmęczony, więc pewnie cieszy się teraz, że jestem stabilniejsza:)

      Pielęgnujemy w sercu każdy wspólny dzień, żebyśmy mieli do czego wracać, żebyśmy mieli kotwicę, gdy życie znów powie "sprawdzam". 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kocham Cię, Życie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 27 stycznia 2016 08:45
  • wtorek, 26 stycznia 2016
  • sobota, 12 grudnia 2015
    • Miesiąc

      Miesiąc, albo może nawet dłużej borykam się z Piotrka chorobą. Żaden lekarz nie wie co to, a na wizytę u jego psychiatry terminy są na marzec - prywatnie, żeby nie było. Tak to wygląda. Do innego psychiatry nie ma sensu iść, bo ten go zna jak własną kieszeń.

      Ostatnio lekarka zaaplikowała młodemu Bactrim, z podejrzeniem Yersinii. Pozwoliło to zwalczyć leukocytozę, ale nadal ma podwyższone OB i CRP, no ale złapał jakiś katar, więc może też przez to. Pomysłów mi brakuje, poza odrobaczaniem, co pozostało na końcu kolejki w leczeniu. USG jamy brzusznej ok i ASP, ALT, diastaza, hormony tarczycy ok, cukier lekko powyżej górnej granicy, ale nie wiem, czy to było godzina po jedzeniu czy mniej, więc trzeba powtórzyć. 

      Codziennie wieczorem zasypiał z płaczem i z płaczem się budził. Tak z lękami przed szkołą, o mnie, nadchodził wieczór i zastawał Piotrka ranek. Codziennie problem z wypróżnianiem, a bo chce a nic nie idzie. No i moja bezradność. 

      Oczywiście kłopoty w pracy, bo nie mogę prcować, skoro w większości jestem skupiona na Piotrku, pracuję na mimimum i efekty od razu widać. Cały czas jednak mam świadomość, że praca jest dla mnie, za to ja dla Piotrka. Jakoś trzeba to pogodzić. 

      Michał mi pomaga, K stara się też bywać dłużej w domu i wspiera mnie jak potrafi, czasem aż za bardzo, bo chciałby za mnie rozwiązywać problemy a to się nie da.

      Wydaję książkę Michała, przez dwa tygodnie nie mogłam znaleźć czasu, żeby ją przeczytać i przygotować do druku. Czytałam dwie noce, ale wydaje mi się, ze bardzo fajnie mu wyszła. Mam nadzieję, że zdążę położyć ją pod choinkę. Patrzę na tych moich synów i naprawdę mogę być dumna. Tak bardzo bym chciała wybudować im na tyle silny kręgosłup, żeby umieli podnieść się z każdego upadku i żeby tych upadków się nie bali. Żebym czasem nie związała im skrzydeł. Im są więksi, tym jest to trudniejsze, gdyż trzeba coraz bardziej luzować pępowinę a mój strach o nich jest tym silniejszy. Ale to mój problem.

      Czasem wieczorem kiedy siedzę na łóżku przy Piotrku, przychodzi Michał i całuje mnie w czubek głowy. Siedzimy sobie czasem tak chwilę przytuleni do siebie i nikt nic nie mówi. 

      Staram się zjadać z nimi śniadania i kolacje, bo wtedy fajnie się gada. 

      - Mamo, wiesz, jak tak sobie rozmawiam z kolegami, to myślę, że chyba mam najlepszą z nich sytuację - mówi Michał robiąc nam herbatę.

      - To znaczy jaką? - pytam zaciekawiona, bo jego przemyślenia czasem mnie zaskakują.

      - No jeśli chodzi o nasz układ rodzinny. To mam najlepszą chyba.

      - Że niby masz dwie matki i dwóch ojców? I przyszywane rodzeństwo? Co jakiś czas inne? - puszczam do niego oko.

      Michał śmieje się, ale w zasadzie widzę, że chce powiedzieć coś ważnego, bo poważnieje:

      - Bo wiesz co, zawsze mogę z tobą porozmawiać o wszystkim, nie mam szlabanów ani kar, zawsze mi wszytko tłumaczysz i mogę podejmować sam decyzje. Z K mogę porozmawiać też o wszystkim, z tatą razem oglądamy filmy, rozmawiamy o komputerach i czasem biegamy. Jest normalnie, dobrze. I spokojnie.

      Myślę nad tym, co powiedział. 

      - Wiesz co, strasznie się martwiłam, że nasz rozwód będzie dla Was traumą, że będziesz się czuł źle, że masz taką rodzinę. Ale potem pomyślałam, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, że cię kochamy. Wszyscy. Możemy się kłócić i godzić, ale tej miłości nic nie zatrzyma. Ani u taty, ani u mnie, sądzę nawet, że też u K. Martwiłam się, że nie będziesz miał dobrego wzorca, takiej pełnej rodziny, ale potem pomyślałam, że można  nasz układ wykorzystać inaczej, bo masz za to dwa wzorce: związek taty i mój. I z obu czerpać to, co najlepsze.

      - No właśnie, bo u taty na przykład podoba mi się, że razem z Gosią mają te same zainteresowania, razem biegają, słuchają tej samej muzyki. A u ciebie, że pomimo,że się tak długo znacie, nie możecie wytrzymać bez siebie kilku godzin. Ciągle do siebie dzwonicie i smsujecie i że dostajesz od K zawsze różę. I że nawet jak się kłócicie, to sobie żartujecie.

      Przytulam go mocno, bo kocham go nad życie. Mój mały duży mądry synek.

      - bardzo bym chciała, żebyś był szczęśliwy synku.

       

      I tak minął mi miesiąc. Na walce z chorobą, na rozmowach z dziećmi, na zawalaniu pracy. Pierwszy raz od miesiąca  Piotrek dał się namówić na nocleg  u taty, bo w ogóle nie chce ostatnio do niego chodzić. Całe szczęście, bo bardzo potrzebowałam zregenerować głowę.

      A teraz leżę sobie właśnie w wielkim łóżku. Obok pochrapuje K -odsypia noc. Za oknem rozpościera się widok na Polanicę Zdrój. Promienie słońca delikatnie muskają nagie plecy K. Teraz, w tej chwili nie istnieje nic poza nami. Wszystkie problemy na chwilę odsunęłam. Taki reset jest potrzebny, nawet bardzo. Znikamy więc aż do jutra. 

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 12 grudnia 2015 12:12

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

;