Cwałem przez życie

Wpisy

  • piątek, 27 lutego 2015
    • Klopsiki

      Wczoraj chłopcy zostali sami w domu. Po raz pierwszy Michał miał ogarnąć dom i odgrzać obiad dla siebie i Piotrka. Oczywiście byłam z nim na telefonie, ale wszystko szło gładko. Posprzątał i zjedli.

      Po powrocie do domu otwieram lodówkę i widzę, że obiad nadal tam jest, co prawda w nieco okrojonej wersji, ale jest.

      - Michał - wołam młodego - to wy nie jedliście obiadu? - zrobiłam im klopsiki w sosie pomidorowym, takie malutkie kotleciki mielone.

      - jedliśmy, przecież ci mówiłem

      - to dlaczego zostały jeszcze kotleciki?

      - bo Piotrek nie chciał, zjadł tylko makaron z sosem

      - Piotrek!!! - wołam młodszego z młodych - chodź na chwilę

      Piotrek wkracza z miną niewinnego.

      - Dlaczego nie zjadłeś obiadu?

      - zjadłem - patrzy mi prosto w oczy i ani drgnie

      - Michał mówi, że nie jadłeś kotletów

      - bo nie było

      - jak to nie było? - pytam zdziwiona - przecież tu stoją

      - nie było, nic Michał nie mówił

      - Michał!!! - znów wołam starszego z młodych

      Michał przybiega całkiem szybko.

      - dlaczego nie odgrzałeś Piotrkowi kotletów?

      - no bo nie chciał, mówiłem ci

      -Piotrek - czuję jak opadają mi ręce - słyszysz? Michał mówi, że proponował ci klopsiki.

      - no tak, klopsików nie chciałem, a kotletów nie było.

       

      Aaaaaaaaaa!!!!!!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Klopsiki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 23:00
  • środa, 25 lutego 2015
    • Spóźnione Walentynki

      Muszę o tym napisać, bo to były najpiękniejsze Walentynki w moim życiu i nie spóźnione. Spóźniony jest wpis.

      K zabrał mnie do Czarnego Lasu pod Częstochową. Miałam doła, bo ostatnio brakuje mi energii. Lubię z nim podróżować i już to poprawiło mi humor. Kiedy dojechaliśmy, zdążyliśmy jeszcze na seans do kina w Częstochowie. Potem pojechaliśmy do naszego pałacu. Apartament z salonem z kominkiem, w którym K zaraz napalił. Kolacja do łóżka, piękna łazienka z dużym prysznicem...dobre wino...dvd...było nam dobrze, tak dobrze, że nie wynurzyliśmy się z pościeli nawet wtedy, gdy rozpoczęła się walentynkowa dyskoteka, specjalnie z tej okazji zorganizowana. K energii miał za trzech, zupełnie nie wiem skąd:) Uwielbiam te nasze wyjazdy, kocham seks z nim, a kiedy widzę jego oczy, z tym wyrazem, to natychmiast mam w brzuchu całe stado motyli. Albo rój - lepiej brzmi ;-) Lubię też jego czułe słówka, z tego wyjazdu zostanie mi w uszach "jesteś moim marzeniem..."- to najpiękniejsze słowa, jakie usłyszałam od kogokolwiek. I jak tu go nie kochać?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 22:22
    • Esteta

      - mamo, nie noś takich ciemnych rajstop - Piotrek z zaciekawieniem przygląda się moim szarym rajstopom

      - dlaczego? - pytam i już boję się odpowiedzi

      - bo na dole wyglądasz jak Mulatka, a twarz masz białą i to wygląda DZIWNIE.

       

      Mój esteta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 21:59
    • Nie był lepszy

      Klient z poniedziałkowego wniosku zrezygnował z polisy. Dzisiejsze spotkania też się posypały. Ale to dobrze, bo nie miałam głowy. Pani Jasia przyszła do pracy, chociaż byłam pewna, że nie przyjdzie żadne z nich. Pan Adam też przyszedł, ale podobno siedział z nogami na ławie i udawał że śpi.

      Pani Jasia wieczorem przyszła mnie przeprosić. Za męża. Podziękowałam za ten gest, ale nie zgodziłam się na dalszą współpracę. Nie wiem, kogo znajdę tym razem, ale cóż, trzeba szukać. Jutro pierwsze spotkanie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 21:58
    • Ech, życie...

      Miałam zarąbiste dwa dni. 
      Poniedziałek rano - szykuje mi się wyjazd do Wawy, dwa dni, ale wcześnie rano mam badanie EEG Piotrka, potem jedno spotkanie w O, potem muszę jechać do Wro zawieźć wniosek z tego spotkania i z Wro dalej do Wawy.

      Piotrek nie chce iść na to badanie, zapiera się i nic nie działa. Boi się, Tłumaczę mu od tygodnia jak to wygląda, ciągle się nie oswoił. Ja wiem, że jak nie wpadnę na pomysł, to i za włosy go nie zaciągnę. Nie chcę mu kupować w nagrodę zabawki, a jakąś nagrodę wymyślić muszę. Ma dziś tylko 4 lekcje, dwie mu przepadną i tak, zostają dwie. Może to i pomysł.
      - jak pójdziesz na badanie przepadną ci dwie lekcje - mówię w końcu
      - a czy mogę w ogóle nie iść do szkoły?
      - ale będziesz miał dużo nadrabiania - odpowiadam - pan Adam (opiekun) nie będzie załatwiał ci lekcji, sam byś musiał
      - oki, czy to może być moja nagroda? - Piotrek zaskakuje mnie trochę, normalnie pewnie bym się nie zgodziła, ale pozostało nam 5 min do wyjścia. Ustalam szybko warunki, dobijamy umowy: jak wrócę z Wawy ma być wszystko uzupełnione, a pan Adam zda mi relacje, czy Piotrek sobie sam poradził. Jest to pierwszy raz, kiedy Piotrek sam sobie będzie załatwiał lekcje. I lekcja dla mnie, żeby nie kombinować w ten sposób. 
      Biegniemy do auta, jedziemy, zdążamy na badanie. Parkuję na prawie pustym parkingu. Badanie trochę trwa, więc biegniemy z powrotem do auta i wracamy do domu. Ogarniam Piotrka i biegnę na spotkanie z klientem. 
      Cała szczęśliwa wychodzę od niego: mam wniosek! Cieszę się, bo klient fajny, mądry i plan zrobiłam mu optymalny. Wsiadam do auta i widzę nagle, że do lusterka bocznego przytwierdzona jest jakaś karteczka. Wyciągam ją: proszę o kontakt i widzę jakiś numer telefonu. Zastanawiam się w jakiej sprawie może to być kontakt. Na razie nie dzwonię, jadę do domu i myślę. Może to być:
      a) ktoś, kto chce kupić moje auto - to szkoda czasu
      b) ktoś, komu ja coś uszkodziłam - ale kiedy i jak? Nic nie kojarzę
      c) ktoś, kogo wkurza, że parkuję na dwóch miejscach parkingowych - nie chce mi się słuchać obelg.
      Przyjeżdżam do domu, ogarniam resztę, siadam na sofie i znów wyciągam karteczkę. Przeważa podpunkt b i dzwonię.
      - halo - odzywa się męski głos
      - halo, dzień dobry, dzwonię, bo znalazłam karteczkę przy moim lusterku w aucie, że prosi pan o kontakt - mówię szybko - o co chodzi?
      - jak dobrze, że pani dzwoni - głos mężczyzny jest całkiem uprzejmy - bardzo panią przepraszam, ale czy była pani rano na Ludwikowskiej?
      - tak - potwierdzam - byłam tam na badaniu
      - proszę w takim razie obejrzeć swoje auto, bo zadzwoniła do mnie moja żona i cała spanikowana oświadczyła, że uszkodziła pani auto. Tzn nie wiedziała, że to pani, ale właśnie nie wiedziała co zrobić, dlatego powiedziałem jej, żeby zostawiła karteczkę z numerem telefonu. Bardzo panią przepraszam, ale to dobra dziewczyna, każdemu się może zdarzyć...
      Czuję jak sztywnieję. nic nie zauważyłam przecież, a co najmniej 4 razy byłam przy samochodzie!
      - dziękuję za uczciwość- silę się na uprzejmość - zobaczę, co się stało i oddzwonię do pana - mówię i się rozłączam. 
      Czas nie działa na moją korzyść. Biegnę do samochodu. Faktycznie: zderzak porysowany całkiem mocno, ale co gorsza baba walnęła mi w felgę i teraz nie wiem czy koło jest w 100% sprawne a przede mnie 700km! Robię szybko zdjęcia i dzwonię do K. Chcę mu wszystko opowiedzieć, ale przerywa mi atakiem śmiechu w momencie, jak mówię, że mam porysowany zderzak i karteczkę z numerem telefonu. Jestem wkurzona, a jego śmiech dodatkowo wytrąca mnie z równowagi.
      - nie rozumiem, co cię tak śmieszy: to, że kobieta zniszczyła ci samochód? - pytam poirytowana - co mam zrobić w takiej sytuacji? Jechać na policję, spisać oświadczenie? 
      - kochanie, nie uwierzysz - K rechocze jakby był nienormalny - ta kobieta, to żona mojego pracownika, który jest tu ze mną w Burghausen
      Zamieram. Cooooo? Jak to???
      - no tak, byłem świadkiem ich porannej rozmowy, jak ona dzowniła i ryczała mu do słuchawki. Sam powiedziałam, żeby włożyła tą karteczkę z numerem, jak ktoś będzie chciał, to oddzwoni. No i oddzwoniłaś.
      Teraz śmiejemy się już oboje. Czuję, jak mi nerwy schodzą. Ustalamy, że jadę do mechanika sprawdzić koło i potem w trasę. Wracam do domu, żegnam się z Piotrkiem, mijam się w drzwiach z panem Adamem i relacjonuję mu zdarzenie. Wspominam też, żeby nie dzwonił do koleżanek Piotrka po lekcje, ponieważ mam z Piotrkiem umowę i trzeba dać mu szansę, żeby zrobił to sam. Najwyżej się nie uda, ale umowa o umowa. Wspominam też, że jak zwykle w poniedziałki K2 ma u nas korepetycje i że dałam jej klucze Piotrka, żeby zamknęła za sobą drzwi, jak będzie wychodzić ostatnia, bo Rex zabiera chłopaków o 17 a ja dopiero jutro wracam z Wawy.

      Mechanik wyważa koło, prostuje felgę, ale poza tym jest ok, mogę jechać. W międzyczasie wypada mi umówione na dzisiejsze popołudnie spotkanie w Wawie, ale to nie problem, bo jutro mam jeszcze 3, śpię u przyjaciółki, więc nic się nie dzieje. 

      We Wro załatwiam szybko temat i jadę dalej, Jest późno, a jeszcze muszę podjechać do mojego brata po drodze. Jakieś 20km przed Kępnem dzwoni moja przyjaciółka z informacją, że jej weekendowi goście przedłużyli pobyt, ale uzgodnili to z jej mężem a nie z nią, więc nie wiedziała oferując mi nocleg, że będzie taka sytuacja. W związku z tym będę z nimi w pokoju i rocznym dzieckiem. Jakoś nie bardzo się z tym czuję, bo ich nie znam, a do tego roczne dziecko w pokoju raczej nie będzie spało całą noc. No i wiem, że to jednak kłopot dla niej. A jutro mam bardzo ważne spotkania, w tym jedno z dyrektorem firmy, do której cały czas starałam się dostać kontakty. Mówię więc mojej przyjaciółce, że nic się nie stało, ale jednak poszukam sobie innego noclegu. Wiem, że jej głupio, mi też by było, no ale bywa. Czasem życie stwarza różne psikusy i tyle. Dojeżdżam do mojego brata, biorę kompa i szukam noclegu. Przyjaciółka też szuka, dzwoni do mnie akurat w momencie rezerwacji. Zarezerwowałam jakiś pensjonat, o szumnej nazwie GAJ, wydaje się być przyzwoity i całkiem ładny, rezerwuję więc pokój dwuosobowy, bo taki tylko pozostał, ale dla 1 osoby. Spisuję adres i jadę. 

      W międzyczasie dzwonię do Rexa i przekazuję mu wszystkie info, również to, że Piotr nie był w szkole i jak się w związku z tym umówiliśmy.

      Dojeżdżam o 20-tej, moja nawigacja nawet bez problemu znajduje to miejsce. Przed pensjonatem stoi około 20 mężczyzn, palą papierosy i gwiżdżą, kiedy przechodzę. Głupio się czuję, bo wokół ciemno, słyszę jakieś komentarze. Pytam jakby nigdy nic, gdzie recepcja, bo nie widzę wejścia. Kierują mnie. W hollu znów kilku facetów, wychodzi jakiś pan z wąsikiem, przedstawiam się i on wyciąga klucz i prowadzi mnie do pokoju. Kiedy otwiera drzwi, już wiem, że to nie jest moje miejsce. Pokój ma 5 łóżek a nie dwa i obrzydliwą łazienkę, zupełnie inną niż na zdjęciach. Mówię panu, że miałam mieć pokój dwuosobowy. 
      - ale będzie tu pani sama
      - i mam skakać przez te łóżka? - pytam, bo w pokoju nie można się ruszyć - czy można tu płacić kartą?
      - nie, tylko gotówką - odpowiada pan właściciel
      - a gdzie w takim razie znajdę bankomat? - brnę dalej
      - 10 km stąd - tłumaczy pan. W międzyczasie przez korytarz przemykają półnadzy mężczyźni Śmiem twierdzić, że łazienkę mają na korytarzu właśnie. Robi się coraz głośniej. 
      - to ja w takim razie jadę do tego bankomatu- wycofuję się dyskretnie.

      Gubię się w korytarzach budynku, co chwila mijając grupki mężczyzn. 
      Wyjeżdżam stamtąd i czuję coraz większą panikę. Nie mogę tam zostać. W życiu. Staję na parkingu i szukam w telefonie innych opcji mieszkalnych. Znajduję coś innego, trochę droższe, ale ze śniadaniem. Rezerwuję i jadę. Zdaję sobie sprawę, że od rezerwacji do przyjazdu upłynie jakieś 15min. Tym razem budynek nazywa się wdzięcznie "Zagroda".
      Prezentuje się doskonale, wbiegam do środka i szukam recepcji. Siedzi w niej starszy pan, który obwieszcza na mój widok, że nie ma pokoi. 
      - musi pan mi pomóc - mówię - proszę sprawdzić, dopiero co zarezerwowałam i były! 
      Znów czuję panikę. Ciekawe, co zrobię, bo jest 21. 
      - a jak się pani nazywa? - pyta po raz kolejny
      Odpowiadam.
      - a! to dla pani jeszcze mam! - krzyczy radośnie.
      Oddycham z ulgą.
      - a śniadanie do której jest? - pytam grzecznie
      - do 9
      - a nie może być o 10? - jestem zaskoczona, że tylko do 9
      - o 10 podajemy obiad - mówi pan ze śmiechem
      -dobrze, niech będzie 9 - rezygnuję, bo już mi wszystko jedno. Biorę. 
      Pokój jest zgodny z oczekiwaniami, łazienka nawet bardziej.   Wysyłam K adres miejsca gdzie jestem. Szczęśliwa biorę kąpiel i idę spać. 
      Budzę się, bo mam złe przeczucia. Jest 3:40. Śniło mi się, że jestem w domu wampirów i wszędzie czyha na mnie niebezpieczeństwo. W pokoju jest strasznie gorąco, a ja boję się wstać i wyłączyć kaloryfer. Próbuję naciągnąć kołdrę na głowę, ale jest za krótka, ten strach jest paskudny, rozlewa się po moim ciele jak trucizna. Prawie nie mogę oddychać. Odmawiam wszelkie znane mi modlitwy i zasypiam.

      Ranek nastaje zbyt szybko. Zbieram się do pionu i klnę pod nosem, bo zostawiłam w samochodzie szczotkę do włosów i suszarkę. Nakładam więc płaszcz i wymykam się na parking niczym Rusałka Wojny i Okupacji natykając się po otwarciu drzwi na 3 piękne, wielkie psy o równie wielkich oczach. Jestem otoczona. Zastygam na chwilę, ale widzę, że psy nie pałają do mnie nienawiścią, więc zagaduję je pod nosem łudząc się, że mnie przepuszczą. Staram się być miła i nie okazywać strachu, chociaż jestem przekonana, że te psy już się poznały z siedzącą mi na ramieniu moją duszą. Jakoś mi się udaje w tym towarzystwie powoli dojść do samochodu, wyciągam co trzeba i wracam w równie miłym towarzystwie, równie spokojnie. Po wejściu do hallu oddycham głęboko i mam w nosie kamerę, którą właśnie zauważam w korytarzu. Idę do siebie i oddaję się przyjemności porannej toalety.

      Schodzę na śniadanie - faktycznie, talerz został tylko dla mnie. Jest całkiem smacznie i miło. Czas biegnie nieprzerwanie, muszę przygotować się do 3 spotkań, jakie mam za chwilę po kolei. I to po drugiej stronie płotu.

      Obcas, sukienka, pierś do przodu i oto jestem. Miła pani w recepcji firmy wskazuje mi miejsce, gdzie jestem oczekiwana. Spotkanie przebiega pozytywnie, lubię tę pracę, chociaż czasem jest stresująco bardzo, gdy rozmawiam z klientem, który jest bardzo zamknięty i z dużym dystansem. Ten klient jest na szczęście otwarty. Dziwi się, że mam tu tyle spotkań, ale dzięki temu rozmowa się klei. Kończymy. Dopijam wodę i wychodzę. Kolejny klient czeka na mnie 200m dalej. 

      Jestem w kolejnym miejscu, tylko że klienta jeszcze nie ma. Zamawiam więc kawę i wyciągam książkę, bo dostałam właśnie sms, że będzie za pół godz. Całe szczęście, że ostatnie spotkanie jest też przesunięte, bo bym nie zdążyła. Patrzę na wyciszony telefon i widzę nieodebrane połączenie od opiekunki. Opiekun zwykle ma komórkę, a jego żona jest w domu i to ona dzwoniła ze stacjonarnego. 
      - pani Grażynko, mąż siedzi pod pani blokiem na ławce i nie może dostać się do domu, bo K2 zamknęła dom na dolny zamek. I Michała nie ma, a miał być o 12-tej i nie można się do niego dodzwonić.
      O cholera, nawet nie wiedziałam, że ten klucz jest w komplecie kluczy Piotrka, które wzięła K2. Zapomniałam jej powiedzieć, że zamykamy tylko na górny, bo opiekunowie nie mają kompletu kluczy!!!
      - pani Jasiu, już do niej dzwonię
      Dzwonię do K2, na szczęście będzie zaraz w domu, bo wraca z Wro i w zasadzie jest obok mojej ulicy. Przeprasza mnie, ale to przecież nie jej wina, tylko moja, że jej nie powiedziałam. 
      Dzwonię do pana Adama, ale nie odbiera. Dzwonię więc do pani Jasi, na szczęście tu się udaje. 
      - pani Jasiu, pani mąż nie odbiera, K2 będzie za 10min, może pani uda się dodzwonić do męża.
      Próbuję jeszcze raz do pana Adama. Odbiera.
      - panie Adamie, przepraszam bardzo, K2 nie wiedziała, że nie ma zamykać dolnego zamka a ja zapomniałam, że ten klucz jest w komplecie Piotrka i tak się fatalnie złożyło.
      - nigdy w życiu mnie nic takiego nie spotkało - pan Adam krzyczy do słuchawki - pani jest kompletnie niezorganizowana! Co pani sobie w ogóle myśli! I nie pozwala mi pani zadzwonić po lekcje dla Piotrka a nie był w szkole! Mam w nosie pani pieniądze! Co pani sobie myśli, że mi zapłaci i co? Mam w nosie takie traktowanie. Zostawiam pani klucze i rzucam tą pracę!! - na te słowa wyłącza się, 
      Szok. Czuję wzbierającą wściekłość i cała się trzęsę. Dawno nikt się na mnie nie darł. Rozumiem, że jest zły, też bym była czekając pół godziny na dworze. Na szczęście jest 7 stopni i ławka. I zaraz będzie K2. Oddzwaniam.
      - proszę o informację, czy poczeka pan na chłopców czy nie, ponieważ ja jestem jak pan dobrze wie w Warszawie, chłopcy w O. 
      - nie no, na Piotrka poczekam, a potem zostawiam klucze i do widzenia. 
      - Dobrze. Bardzo mi przykro, że tak się stało i musiał pan czekać, ale nikt tego panu na złość nie zrobił a pana zachowanie jest niegrzeczne i nieadekwatne do sytuacji. Proszę zostawić klucze. Przyjęłam wymówienie. Zaraz będzie K2.

      K2 przybiegła najszybciej jak mogła korząc się przed panem Adamem i przepraszając go z 10 razy za to, że musiał czekać. Nie mniej był dla niej tak niegrzeczny, że rzuciła w końcu: nie wiem ile razy mam pana przepraszać i wyszła, śpiesząc się na korepetycje.
      Ja zadzwoniłam do Rexa, żeby zabrał dzieci do siebie do mojego przyjazdu.
      - tak? jak to sobie wyobrażasz - huczy na mnie w telefonie Rex - co teraz zrobisz? Dlaczego nie kazałaś panu Adamowi przepisać lekcji za Piotrka? Może porozmawiaj z nim, przeproś, wynegocjuj okres wypowiedzenia! - tu włącza mi się czerwony sygnał i już wiem, że wczoraj pojechali sobie po mnie a dziś to musiała być kropka nad i.
      - normalnie sobie to wyobrażam: jeśli ktoś rzuca pracę z głupiego powodu, kiedy sytuacja jest kryzysowa, bo ja jestem w Warszawie i nie mogę tu po prostu przyjechać, do tego ten ktoś okazuje się być furiatem, to ja też nie chce, żeby opiekował się moimi dziećmi, bo straciłam do niego zaufanie. Poza tym przeprosiłam go ze 20 razy i tak ma to w dupie, więc nie widzę sensu.
      I poradzę sobie, zawsze sobie radzę, szczególnie w trudnych sytuacjach, latami byłam do tego szkolona i jak wiesz, idzie mi świetnie - dodaję. 
      Nie widzi, że łzy mi lecą i cała dygoczę. Cholernie dobrze sobie %$%% radzę. Wycieram oczy, 10 razy głęboko oddycham. Podchodzi kelnerka i pyta czy wszystko dobrze. 
      - w sumie tak - mówię -nie ma tego złego - uśmiecham się do niej - może ma pani melisę?
      Chyba wszystko słyszała.
      Parę minut trwa zanim dochodzę do równowagi. Myśli mi się w głowie kotłują, ale widzę już mojego klienta, który wchodzi z przepraszającą miną.
      - przepraszam za spóźnienie - mówi i wyciąga rękę
      - nawet pan nie wie, jak dobrze się złożyło - śmieję się - naprawdę.
      Rozmowa jest bardzo miła, pozwala mi to uciec od natłoku myśli, ogarniam się. Ostatnie, trzecie spotkanie jest najważniejsze. Wracam znów do pierwszego miejsca, chwilę czekam. Czuję, że ciągle dygoczę. Dyrektor, z którym się spotykam wygląda na zmęczonego.
      Witamy się. 
      - widzę, że ma pan chyba ciężki dzień - uśmiecham się do niego nieśmiało - mam nadzieję, że nasze spotkanie oderwie pana trochę od pracy chociaż na chwilę.
      Na szczęście ogarnęłam się na tyle, że nie spalam spotkania, chociaż jestem wyjątkowo spięta i ciągle chce mi się ryczeć. Kończymy. Jest ok.
      Chcę już jechać do domu. Dzwonię po drodze do K i opowiadam mu całą historię.
      - kochanie, nie martw się, znajdziemy kogoś, nawet jak będzie trzeba dać więcej, poradzimy sobie. Może to i lepiej, przecież Piotrek go nie lubił. 
      Co prawda to prawda. Ryczę mu do słuchawki, ale tylko przez chwilę, bo jego ciepło i słowa są bardzo kojące. Sama mówiłam, że nie ma tego złego.
      Wracam do domu, odbieram chłopaków od Rexa, który przejął ich od pana Adama. Jadę po K2, po drodze wstępujemy do supermarketu i kupujemy na co mamy ochotę: dziś robimy święto.
      - mamo, mamo, wiesz co się stało? - krzyczy Piotrek jak mnie widzi
      - co kochanie?
      - dziś jest najpiękniejszy dzień w moim życiu!!!!
      - naprawdę? - śmieję się - a co się stało?
      - pan Adam zrezygnował z pracy!!!
      Z tej okazji właśnie mamy święto - wyciągam zakupy ze sklepu - trzeba to uczcić!

      Siedzimy w czwórkę i gadamy. Co jakiś czas dzwoni do nas K i mówi, że nam zazdrości.

      I wszystko jasne. Damy radę. W końcu jesteśmy razem, dzieci są duże, może dla Piotrka lepiej, bo będzie musiał być bardziej samodzielny. NIE MA TEGO ZŁEGO.

      Odwożę K2 do domu i idę pod prysznic. Woda spływająca po mojej skórze jest niesamowicie kojąca. Jutro też jest dzień. Może nawet lepszy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 21:42
  • poniedziałek, 02 lutego 2015
    • Hm...

      Jestem zmęczona. Ostatnio próbowałam zapłacić kartą z Orlenu w Kauflandzie. Pani się połapała, jak przy czwartej próbie karta nie zadziałała.

      Dziś pojechałam odwieźć K2, miała mi coś jeszcze dać z domu, więc mówię jej, że zawrócę a ona w tym czasie mi to przyniesie. Zawróciłam i pojechałam do domu. Na szczęście olśnienie przyszło jak na mnie bardzo szybko nawet i zawróciłam znowu. Mina K2 bezcenna, jak zobaczyła skąd nadjeżdżam.

      No jestem zmęczona. TYM jestem zmęczona. Ała.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Hm...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 lutego 2015 00:07
  • niedziela, 18 stycznia 2015
    • Samoloty, samoloty...

      Podsumowanie roku i bal z tej okazji mieliśmy w Hiltonie, w poniedziałek. Bal był całkiem udany, ale i tak największą atrakcją był lot samolotem, czego nie cierpię. Kupiłam sobie na tę okazję kozaczki, szpilki, futerko, sukienki i nawet torebkę. Wszystko pod czujnym okiem K, który pomagał mi dobierać i wybierać i przekonywał, jak miałam opory cenowe, że jestem tego warta. Pierwszy raz w życiu zrobiłam takie zakupy, ale też pierwszy raz w życiu miałam za co:) Chwilowo pewnie, ale co tam.

      K powiedział, że mam się czuć, jak gwiazda i tak się czułam. 

      Rano o 3 w nocy musiałam wstać, żeby zdążyć na samolot, więc wyszykowałam się i pognałam. Zapomniałam tylko zabrac czapki i rękawic, a wiało lodowato. Pół biedy we Wro, ale jak wylądowaliśmy w Modlinie i trzeba było przejść kawałek do budynku, to nie dość, ze ledwo doszłam, tak wiało, to jeszcze doszłam sztywna z zimna. Oczywiście, kiedy poczułam ciepło pomieszczenia wszystko opadło, złe emocje, zimno i nawet ja. Kolega Jarek mnie ratował, gdy (wydawało mi się) w zwolnionym tempie lądowałam na podłodze. Ja nie wiem, jak to się stało i na czym się poślizgnęłam:

      1. Było sucho

      2. Nic nie leżało

      3. Nie było się czego złapać poza Jarkiem. 

      Runęłam tak, że dostałam brawa. Gwiazda w futerku, nowych kozaczkach i pięknej sukience zbierająca się na kolanach z podłogi. W podartych rajstopach. I z siniorem na kolanie.

      Teraz mam dwa sińce, każdy na innym kolanie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Samoloty, samoloty...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 stycznia 2015 16:32
    • Magiczna noc

      Wczoraj byliśmy na balu. Drugi raz w naszym wspólnym życiu mieliśmy okazję do tańców. K bawi się jak ja, co mnie bardzo cieszy, bo nie ma nic lepszego, jak partner, który odbiera na tych samych falach. I nie wstydził się mnie, że tańczę na boso, chociaż to bal. Ale nikomu mnie nie oddał, poza Witkiem, który sam mnie odciągnął, wpychając w ramiona K swoją żonę.

      Bal był charytatywny, organizowany przez przedszkole, w którym się poznaliśmy z K na kiermaszu dla Oli 5 lat temu. Dyrektorka świetnie zna K i pamięta mnie, bo Piotrek tam chodził. Wyściskała nas mocno. 

      Czułość i miłość K wylewała się na mnie w każdym geście. Czułam się tak, jakbyśmy byli tam sami, tylko ja i on. I muzyka. Jak zakochani nastolatkowie. 

      Jakaś kobieta wbiła mi szpilkę między palce u nogi i już nie mogłam za bardzo pląsać, więc poszliśmy do domu. Ale noc wcale się nie skończyła...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 stycznia 2015 12:32
  • sobota, 17 stycznia 2015
    • Gwiazda

      Cały dzień dziś miałam napięty do granic możliwości. Może też bardziej się stresowałam, bo K dziś znów wraca z Niemiec. W każdym razie pod koniec dnia pracy umówiłam się z K2 w Marino, że ją stamtąd odbiorę, bo poza nią musiałam jeszcze odebrać paczkę z GLS i sukienkę z pralni. Spieszyłam się bardzo, bo chciałam o normalnej porze wrócić do domu. Zaparkowałam szybciutko i pomknęłam do wejścia. Przy drzwiach stało dwóch mężczyzn i głośno o czym rozmawiali. Biegnąc zauważyłam na drzwiach strzałki wskazujące na drzwi obok, więc zmieniłam kurs i wbiegłam. Prosto w szybę. Z impetem i okrzykiem. Bo prawie nos złamałam. Panowie też wrzasnęłi, bo taki był huk. Osunęłam się lekko, potem otrzepałam, rzuciłam w eter:

      - to ci niespodzianka!

      i wbiegłam lekko do sklepu słysząc są sobą salwy śmiechu.

      K2 powiedziała mi, że jak następnym razem nie zabiorę jej na takie widowisko, to nigdy mi nie wybaczy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gwiazda”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 17 stycznia 2015 00:28
    • Przydałaby się luteina...

      Po tym wypadku nie mogę się pozbierać. funkcjonuję na połowie obrotów. spóźniam się do pracy. Przyjeżdżam bez karty i nie mogę wejść do biura. Potem przyjeżdżam bez telefonu. Potem bez dokumentów. Znowu bez karty. Aż w końcu spadam ze schodów i to powoduje pewnego rodzaju ocknięcie.

      - Grażka, nas już nic nie zdziwi - słyszę, gdy wracam się 3 raz po kartę na górę.

      I nie jestem w stanie rozmawiać z K, gdy jedzie samochodem.

      I przypomniało mi się, że kiedy ja miałam wypadek, to rozmawiałam akurat z przyjaciółką przez telefon i też wszystko słyszała. Głównie moje wrzaski i huk. Dziś wiem, co czuła. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przydałaby się luteina...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 17 stycznia 2015 00:22

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

;