Cwałem przez życie

Wpisy

  • czwartek, 03 listopada 2016
    • Ostatnie odliczanie

      Czekamy na suplementy. dostałam już sms, że są w drodze. W sam czas, bo Piotrek znów zaczyna lądować w toalecie częściej niż zwykle. Znów go boli brzuch, ale za to jest cały czas głodny. A to znak, że coś jest nie halo. Udało mi się po dwóch dniach gadania przekonać go, że warto spróbować jeść te leki. Więc jest szansa, że to ogarnę.

      Dziś mieliśmy ćwiczyć, ale on ogłosił, że jest ciężko chory i nie ma siły machać nogami i rękami, więc poczłapał do łóżka a ja zostałam. Spróbowałam Chodakowskiej i się załamałam. Jak ona wisi w tym powietrzu i nie spada? Odpowie mi ktoś na to pytanie? Bo spadam i to prosto w dywan. Dobrze, że miękki jest, bo bym miała ryło moje całkiem obite. No to się przeniosłam po chwili poszukiwań na Bojarską - taką młodą z at 90-tych chyba, callanetics wtedy był w modzie. Co sie pośmiałam, to moje, ale te ćwiczenia jednak najbardziej mi odpowiadają ale na pewno najmniej pomogą. Tak więc ja poćwiczyłam, Piotrek nie, za to K i Michał udali się w tym czasie do siłowni i nawet wrócili zadowoleni. 

      Z nowości, to coś nam buczy w salonie spod podłogi, z piwnicy chyba. I nie wiemy co, a zwariować można. Jakiś agregator czy co. Jutro K idzie na poszukiwania. Może coś namierzy.

      Tymczasem idę spać, bo padam na twarz. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2016 22:39
  • wtorek, 25 października 2016
    • I jeszcze nie wiem co dalej

      Nie dokończyłam opisu Nowego Yorku, nie zaczęłam nawet opisu wakacji. Nie mogę tego odżałować, bo to był rok jedyny w swoim rodzaju. Bogaty w wyjazdy, zwiedzanie, dobry finansowo i rodzinnie.

      Nie mam jednak na nic czasu. Rozpoczynam nowy projekt, nie jestem pewna, czy się uda, ponieważ jest dużo bardziej skomplikowany niż sądziłam. Mam wiele pomysłów, ale nie wiem jak się za nie zabrać i od czego zacząć. 

      Po pierwsze przeszłam w firmie na system prowizyjny i zaliczyłam dół i finansowy i można powiedzieć mentalny. Bo nie zarobię na swoje potrzeby nie pracując jak hiena. A ja nie chcę. Może nie jestem najlepszym sprzedawcą pod kątem przekonywania, więc nie zamykam wszystkich tematów na jednym spotkaniu. Nie robię tego celowo, bo sama nienawidzę nacisku. Więc klienci wracają po czasie. Ale wszystko trwa dłużej. Generalnie wychodzi na to, że robię to bardziej dla hobby niż dla kasy. A firma ma wymagania, które za chwilę przestanę spełniać. Bo tak naprawdę nie wiem, czy chcę je spełniać.

      Wokół mnie pojawia się wiele nowych rozwiązań, tematów, które są naprawdę ciekawe i mogłabym je rozwijać. Tym bardziej, że mam z kim. Trochę jednak chyba jestem zmęczona tym wiecznym poszukiwaniem pracy. Dziś jadę do Wawy, będę miała trochę czasu na przemyślenia po drodze. Ciągle wszystko jest dla mnie otwarte.

      W tej chwili dwie sprawy są dla mnie najważniejsze:

      - stowarzyszenie dla rodzin dzieci z autyzmem, które powoli nabiera kolorów, pierwsze spotkanie za nami, ale organizacja samego stowarzyszenia jeszcze leży i kwiczy. Dziś jadę m.in. spotkać się z osobą, która ma jakąś metodę i pomogła swojemu dziecku- suplementację opracowaną przez pewnego lekarza dla dzieci z autyzmem. Chce to przetestować na Piotrku, bo już nie mam pomysłu, co jeszcze mogę zrobić. Młody tyje w oczach, ponieważ nie rusza się. Przychodzi ze szkoły i leży. Albo siedzi. Zero ruchu, zero sportów. Nie idzie go do niczego zmusić.

      - propagowanie wśród Polaków terapii protonowej. To radioterapia, skuteczniejsza i mniej szkodliwa niż fotonoterapia, którą do tej pory stosowało się w Pl. Jestem przekonana, że dotarcie z tą informacją do wielu osób chorych na raka pozwoli im w porę na zastosowanie tej terapii i znacznie zwiększy szansę na wyzdrowienie. Szczególnie u dzieci. W tej chwili to jest nr 1 mojej działalności. Tyle, że społecznej:)) Terapię protonową stosuje się w tej chwili w Krakowie dla wybranych przypadków. Najbliższe ośrodki to Praga i Monachium. W dotarciu do Monachium mogę pomóc.

      Chwilowo jestem trochę przytłoczona, bo dużo spraw mam do ogarnięcia a nie do końca mam wizję, jak to zrobić. Nie wiem, czy chcę dalej pracować w obecnej firmie czy ją zmienić. A jeśli zmienić, to czy pozostać w branży czy skupić się na działalności społecznej albo rozwijać firmę K. Mętlik.

      Dodatkowy pomysł, to nowy blog o Piotrku - dorastające ZA. Dzień po dniu, po zastosowaniu tej terapii, o której wspomniałam wyżej. Myślę, że może być przydatny dla wielu mam, które borykają się z ZA. Wiele informacji jest o dzieciach z ZA, ale o nastolatkach już mniej. A przecież żyjemy z nimi na co dzień i nie jest to łatwe. 

      Piotrek ostatnio przytula się więcej. Jest już wielki, ale czasem tym przytuleniem burzymy mur, który tworzy się, gdy on czegoś nie chce zrobić. Zamiast kłótni -przytul. Dużo lepiej to działa, chociaż nie zawsze. No i prawda taka, że gryzę się w język bardzo często, mam do krwi pogryziony, ale to działa lepiej niż wymiana zdań. Z pewnością.

      Michał ma pierwsze nastoletnie bunty. Widzę, jak powoli staję się innym wymiarem dla niego. Zalicz mnie już do grona "Starych", chociaż tego nie mówi głośno. Wchodzi w okres, gdzie jest najmądrzejszy. W sumie to fajne to. Lubię z nim rozmawiać. Ma swoje zdanie i mocne argumenty. Sama mu podsuwam niektóre książki i cieszę się, że je czyta. Błyszczy w tłumie. Byłoby dobrze, gdyby nie utracił tej pewności. I zaufania do nas. 

      Dobra. Czas na myślenie będzie w aucie. Tymczasem czas się zbierać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „I jeszcze nie wiem co dalej”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 października 2016 09:13
  • czwartek, 28 lipca 2016
    • New York, New York!

      18 lipca 2016r – poniedziałek

       

      Od co najmniej dwóch miesięcy mam włączoną panikę. Strach przed lataniem jest tak wielki, że paraliżuje wszystko, łącznie z radością z tak długo wyczekiwanego wyjazdu. Nie chcę jechać, nawet zakupów na okoliczne uroczystości w postaci nowych ciuchów nie sprawiały mi radości, wszystko odkładałam na ostatnią chwilę. Pakowałam się też na wariata. Pewnie z połowy rzeczy nie wzięłam. Jak zobaczyłam plan pobytu, to okazało się, że ledwo się zmieszczę w 23kg i bagaż podręczny. 4 sukienki w tym 2 wieczorowe, 2 biznesowe, 8 par butów, ubrania do zwiedzania – kilka zmian, bo będzie gorąco i pewnie będę się przebierać.

      Nie chcę jechać. NIE CHCĘ JECHAĆ.

      Nastawiłam budzik na 6:00, spałam może ze 4h ze stresu. Nawet Kaja chce mnie pożegnać na lotnisku. Koniec świata.

      Dobra, wstałam, właściwie to K ściągnął mnie z łóżka, zrobił pyszną kawę, która warta jest zawsze otwarcia obu oczu. Umyłam się, ubrałam się i z grobową miną wsiadłam do auta. Najpierw jedziemy po Kaję, potem na lotnisko.

      Większość grupy poleciała parę godzin wcześniej, przez Frankfurt, my lecimy przez Warszawę, z Wrocławia.

      Na lotnisku spotykam już jedną koleżankę i robi mi się trochę lepiej. Stwierdzam, że nie chcę pożegnań, bo i tak chce mi się ryczeć, więc udaję się na odprawę, uściski dla Kai i K, macham im i znikam za bramką. Gdy przechodzę przez kontrolę, widzę jeszcze K, który stoi i gapi się w telefon, pewnie pisze sms. Za chwilę go z resztą dostaję. K macha mi z daleka, wysyła całusy i tak go zapamiętuję.

       

      Jakoś za bramkami panika trochę odpuszcza. Wmawiam sobie, że to tak głupie, że aż beznadziejne.

       

      Samolot jest o czasie, ładujemy się więc do niego grzecznie i zajmujemy miejsca. Dziwne, bo już prawie się nie boję. Start, mam miejsce przy oknie, więc patrzę na piękne widoki. Czytam książkę. Trochę rozmawiam z siedzącą obok dziewczyną lecącą dalej do Moskwy na 2 tyg na wymianę studencką. Okazuje się, że to dziewczę przeżyło atak w Paryżu, prawie obie płaczemy, gdy o tym opowiada. Sama nie wiem kiedy czas minął i lądujemy w Warszawie. Tutaj spotykamy się większą grupą, idę więc z dwiema koleżankami do Mc'Donalda, żeby przeczekać czas oczekiwania na kolejny lot. Jakoś wszystkie jesteśmy już zmęczone, chociaż dzień się jeszcze na dobre nie zaczął, dopiero po 10-tej. Zdzwaniamy się z grupą z Warszawy, z którą mamy się spotkać o 10:30. Chcą, żebyśmy wyszli ze strefy bezcłowej. My nie chcemy, bo nie chce nam się dwa razy odprawiać, nawet nie wiemy, czy możemy stąd wyjść. Stajemy więc okoniem i mówimy, że na nich poczekamy. Razem z grupą warszawską leci z nami 2 pilotów wycieczki, z którymi spędzimy razem te kilka dni.

       

      Cała poczekalnia jest zajęta, brakuje miejsc do siedzenia, samolot leci pełny po brzegi. Pierwszy raz w życiu polecę Dreamlinerem, więc jestem ciekawa jak jest w środku. W końcu otwierają gate 15 i podrywa się piękna długa kolejka. Dochodzimy z koleżanką do wniosku, że bez nas nie polecą a co będziemy stać i w zasadzie mamy rację. Podchodzimy do przejścia prawie na końcu, wcześniej pilot wycieczki wręcza nam pakiety wycieczkowe a w nich: przejściówka do kabla (świetny pomysł!!!), specjalny „zegarek“ na rękę, dzięki któremu sprawnie sprawdzają potem obecność przez czytnik w komórce, poduszka na kark przydatna podczas lotu, rozkład zajęć oraz identyfikatory i książeczkę z nazwiskami osób, które jadą na konferencję z całej Polski wraz z ich zdjęciami. Bardzo to potem pomaga w zidentyfikowaniu rozmówcy:)

       

      Wchodzimy na pokład. Okazuje się, że mam miejsce przy oknie, ale z dala od całej grupy. Samolot jest bardzo duży, siedzenia jednak wąskie i nie do końca wygodne, chociaż można je nieco rozłożyć. Każdy fotel ma swój monitor, na którym można oglądać filmy, czytać książki lub słuchać muzyki. Można również śledzić lot. Do niego jest pilot, dzięki któremu można sobie zapalać światło, regulować klimę i wołać stewardessę Na każdym siedzeniu leży poduszka i kocyk. Obok mnie siedzi jakaś Iranka (podejrzałam jak wyciągała paszport do deklaracji celnej) i obok niej jakaś dziewczyna, która natychmiast zasypia i tak ciekawie schodzi jej całe 8h lotu, czego szczerze zazdroszczę, bo przez to nie możemy wyjść, ponieważ całym ciałem tarasuje przejście. Irance podczas lotu nic się nie podoba, ani nic nie smakuje. Nie próbuję nawet z nią rozmawiać, bo chociaż młoda, to jakieś niefajne robi na mnie wrażenie. Raz jeden udaje mi się wyjść do toalety, nogi mam spuchnięte jak balony, dziwne. Śledzę lot, oglądam dwa filmy i usypiam na chwilę. W zasadzie lęk zupełnie już mnie opuścił, co mnie bardzo, ale to bardzo dziwi. Może to przez konstrukcję tego samolotu, że startuje i ląduje pod kątem 30 stopni a nie 45 jak pozostałe, więc zarówno start jak i lądowanie są prawie nieodczuwalne. W samolocie dostajemy obiad, potem kolację. Na obiad mamy do wyboru indyka lub wieprzowinę, wybieram indyka i chyba nie był to najlepszy wybór. Iranka prawie nic nie zjada, mówi, że to wszystko jest okropne. Za to pić możemy do woli, ale ja jakoś niechętnie, bo wizja przeciśnięcia się do toalety nie nastraja w tym kierunku pozytywnie.

       

      Przypomina mi się, że miałam włożyć kartę do nowego aparatu fotograficznego. Chcę zrobić zdjęcia, bo aż żal nie upamiętnić widoków. Na tą chwilę co prawda samych chmur, ale i tak ślicznych. Wzięłam ze sobą aparat, który K wygrał w loterii w PSB zupełnie przypadkiem, jak na dziecko szczęścia przystało. Wczoraj specjalnie jechałam do Wro kupić do niego kartę pamięci. Trochę się dziwiłam, że w opakowaniu są dwie karty, ale nigdzie w opisie nie mogłam znaleźć o co chodzi, więc wzięłam tą większą do aparatu, a tą mniejszą zostawiłam w domu. Wyjęłam aparat, wkładam kartę, ustawiam dane: datę, godzinę itd. Tylko że coś mi nie gra, bo aparat nie widzi karty. Próbuję jeszcze raz ją włożyć i jeszcze, ale w zasadzie na pewno dobrze ją wkładam, więc nie wiem o co chodzi. Patrzę się na ten aparat i nagle doznaję olśnienia, które jednocześnie mrozi mi żyły: wzięlam tylko obudowę karty. Sama karta została w domu, bo nie wiedziałam, że się ją wsuwa do środka. Chce mi się płakać i śmiać jednocześnie. Wiem, o czym będzie pierwszy sms do K. I wiem, co będzie pierwszą rzeczą, jaką kupię. Tylko gdzie?

       

      Powoli lot dobiega końca, raz jeden jeszcze usypiam na chwilę na klasycznego dzięcioła i lądujemy, proszę państwa. I to o czasie.

       

      Na lotnisku czekają na nas 3 autokary. Doleciały już i inne grupy, dużo osób zabrało w tę podróż rodziny, w sumie jest 120osób. O 1/3 więcej niż się na początku spodziewała centrala. Fajnie.

       

      Nasz kierowca oczywiście czarnoskóry. W autobusie zaskakują mnie fotele, bo są skórzane i naprawdę bardzo wygodne. Akurat zaczyna padać deszcz, jest w okolicach 17:00, więc szybko pakujemy się do autokaru i ruszamy do hotelu, bo o 19:00 mamy powitalną kolację. Odechciewa mi się spać, mimo deszczu i burzy, chłonę nowojorski krajobraz i zgodnie z tym, co widziałam na filmach uważam, że jest tu okropnie. Podobno z lotniska mamy jakieś 23km, ale jedziemy prawie 1,5h, takie korki. Przekładają nam więc kolację na 19:30, żebyśmy zdążyli się zameldować w hotelu.

       

      Mieszkamy w samym sercu Manhattanu, na Time Square, w hotelu Marriott, gdzie doba kosztuje ponad 600 dolców. Szczęka opada mi więc z głośnym hukiem najpierw w recepcji, potem w pokoju, który ledwo przypomina nasze hotele 3 gwiazdkowe. Nie no, jest czysto i schludnie, pokój nawet całkiem spory, ale bez szału jak na taką cenę. Widocznie to cena za miejsce na mapie świata. Kąpię się szybko i przebieram. Ponieważ hotel to kolos, zapomniałam zapytać się koleżanek, gdzie mieszkają, z racji roamingu mają powyłączane telefony, więc udaję się sama do sali bankietowej, gdzie odnajduję mój stolik i miejsce. Czekamy na zarząd firmy. Wszyscy mamy jednakowe białe bluzeczki polo z logo firmy. Całe szczęście, że tylko na tą kolację, bo nienawidzę takiego stroju. Dociera i zarząd, witamy się, siadamy do jedzenia i kiedy w najlepsze próbujemy przysmaki nagle za oszkloną ścianą widzę swoją gębę. Jest taki billboard – neon na jednym z przeznaczonych do tego wieżowców na Time Square, zwykle jest tam logo naszej firmy. Tym razem jednak firma zrobiła nam niespodziankę i na billboardzie pojawiły się twarze wszystkich osób, które zakwalifikowały się na tą konferencję. Łącznie z moją gębą. Akurat billboard ten jest na wysokości naszego piętra, więc zostawiamy jedzenie i rzucamy się do robienia zdjęć przez brudną szybę hotelu. Szybko się okazuje, że ten brud nieco przeszkadza, więc rzucamy się z kolei do wind, których jest na szczęście 16 i ruszamy na Time Square. Ja bez aparatu oczywiście ku mojej rozpaczy, ale to jednak, jak się okazuje, ma swoje plusy, ponieważ natychmiast zapoznaję się z kilkoma kolegami i koleżankami z innych miast i oni robią mi również parę fotek. Każde innym okiem, więc mogę wybrać to najładniejsze. Pojawiamy się na tym neonie przez kilka godzin, pławiąc się w szoku i dzikiej radości, której nigdy bym u siebie z tego powodu nie podejrzewała. Ale bądźmy szczerzy: samego powodu też bym nie podejrzewała. Nigdy w życiu.

       

      Ok 1 w nocy stwierdzam, że nie jestem w stanie już myśleć, a co dopiero utrzymać się na nogach, dzwonię do K, który akurat wita kolejny dzień i kładę się spać. Nazajutrz czeka nas rejs prywatnym statkiem ze śniadaniem. Jedyne, czego mi dziś brakuje to, K. Bardzo żałuję, że nie widział tego wszystkiego i tego, że nie mogę zrobić zdjęć, żeby pokazać mu chociaż troszkę.

      Nastawiam budzik na 7:00 i padam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2016 01:30
  • sobota, 16 lipca 2016
    • Stany

      W poniedziałek wylatuję. Miałam lecieć z K. lecę sama. Nagroda, która ma być wycieczką życia.  Rezydujemy w Mariotcie na Brodwayu;-) w planach jest śniadanie na prywatnym jachcie, w Central Parku, aż żal, że K nie będzie...Może razem pojedziemy za rok... Boję się tego lotu tak, że chyba zejdę na zawał, więc chyba się tu pożegnam ;-)

      Wyjazd dość krótki, bo piątek jestem z powrotem i K zabiera mnie do Staniszowa. 25 lipca są jego urodziny. 

      Nawet pakować mi się nie chce strachu. Chyba jestem nienormalna.

      P.S> Nie mogę jeździć z K po galeriach, bo jedziemy tylko oddać buty a wracamy z torbami wypchanymi jego ciuchami...;-P Mój przystojniaczek...Dziś jednak i ja kupiłam sobie ładną sukienkę na koktajl w NY.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Stany”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 16 lipca 2016 20:01
  • sobota, 09 lipca 2016
    • Dowody

      K wrócił w nocy do domu, ja pognałam rano do pracy, zostawiając im rozpiskę, co trzeba zrobić. 

      Wczoraj umówiłam się z Michałem, że pójdzie do Urzędu wyrobić legitymację, a potem razem z K pojadę do parku linowego.

      K wiedząc, że mam zebranie pisze mi smsy sprawozdawcze pt "jesteśmy w Urzędzie". Gdy dostaję sms "Prawie wszystko załatwiliśmy, ale potrzebny jest opiekun prawny" trochę głupieję. Do legitymacji???

      Ale nic to, chłopcy na wybiegu, spotykamy się późnym popołudniem. K opowiada, że Michał do końca nie wiedział, gdzie ma iść, więc pojechali razem. Zapłacił za legitymację i wszystko się udało. 

      - To czemu pisałeś, że potrzebny jest opiekun prawny? - pytam zdziwiona.

      - No bo poszliśmy jeszcze wyrobić dowody, myślałem, że mam to załatwić - odpowiada zdziwiony.

      - Aaaa! - łapię już o co chodzi. - Ale przecież do dowodów wiadomo było, że opiekun prawny będzie potrzebny. Jutro tam z nimi pójdę.

      - Musisz ich wziąć ze sobą, bo taki jest wymóg.

      - dobrze, że mi mówisz, bo myślałam, że wystarczy jak ja tylko złożę - teraz ja się dziwię.

      Wieczór mija nam całkiem fajnie, kot szaleje z radości, że wszyscy w domu. Piotrek chce jechać do taty, bo umówił się tam z kolega, namawiam go, żeby został tam na noc, bo i tak od piątku nocują u niego, na co się zgadza i tak załatwiamy temat.

      Ranek nastaje szybko i trzeba działać. Zgarniam A. i Michała i jedziemy załatwić temat dowodu. K w tym czasie jedzie do serwisu z autem. 

      Kolejki w zasadzie nie ma, jeden starszy, osobliwie pachnący pan przed nami, który zniszczył sobie dowód i to wszystko. Czas dłuży się niemiłosiernie, urzędniczka pisze na komputerze jednym palcem, ma chyba ze 100 lat i być może to jest powód, dlaczego wszystko tak długo idzie. Normalnie można w nosie dłubać. W końcu udaje się urzędniczce wydrukować potwierdzenia, przynosi je do podpisania pachnącemu panu.

      - Tu ma pan zaświadczenie, że zniszczył się panu dowód, proszę podpisać - mówi uprzejmie.

      - Napisać: zniszczony dowód? - pan nie załapał do końca.

      - Nie, nazwisko tylko.

      - Ok.

      - Dziękuję. A tu proszę mi jeszcze podpisać wniosek, bo pan zapomniał.

      - Napisać: wniosek?

      - Nie, Kowalski.

      - A, Kowalski - mruczy pan do siebie i już za chwileczkę, już za momencik nasza kolej.

      Podaję przez okienko wypełnione wnioski, zdjęcia i czekam co dalej. 

      - Ma pani jakiś inny dokument ze zdjęciem?

      - Legitymacja się wyrabia, paszport się wyrabia, dowodu nie ma. -mówię - mam jedynie stare paszporty.

      - Ale ważne?

      - Nie, ważne były do czerwca, ale nie mam innego dokumentu - podaję paszporty. 

      Pani dziwnie na mnie patrzy, a ja obmyślam szybko, co tu wymyślić, że Piotrka nie ma, bo zapomniałam na śmierć, że miał być. Jest za to Michał i A, obaj siedzą na telefonach i w coś grają. Przynajmniej im się nudzi. Ja przestępuję z nogi na nogę, bo chwilę już stoję.

      Pani powolnie dopełnia formalności, w końcu drukuje potwierdzenia. 

      - Proszę tu podpisać. Po odbiór dowodów może pani przyjść sama - mówi, spoglądając jednocześnie na A. dziwnym wzrokiem.

      - Ok, dziękuję bardzo - odpowiadam i ciągnę chłopaków do windy, bo orientuję się, że urzędniczka wzięła A. za Piotrka, tylko karnacja się jej nie zgadzała ze zdjęciem i fizjonomia pewnie, gdy spojrzała na niego przy końcu. - chodźcie szybko - mówię - mam coś jeszcze do załatwienia. 

      I tym sposobem załatwiliśmy legitymację, paszporty i dowody. I ogłaszam odliczanie do pierwszego wyjazdu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 14:43
    • Paszporty

      Mamy w planach zrealizować nasz ślubny prezent i pojechać całą czwórką do Berlina. Dostaliśmy voucher na 2 noce dla 4 osób, termin dowolny. W związku z powyższym przeanalizowaliśmy wszystkie weekendy lipcowe i padło na sam środek wakacji, czyli ostatni weekend lipca.

      Wszystko nam się pięknie układało, dopóki nie zorientowałam się, że paszporty chłopców były ważne do 30 czerwca.  Wymyśliłam więc, że zrobimy zdjęcia i pójdziemy wyrobić nowe paszporty, dowody osobiste (bo nigdy nie mieli, a może będzie szybciej) i legitymację szkolną, bo Michał swoją wyprał czy coś, w każdym razie uległa zniszczeniu.

      Zrobienie zdjęć to nie taka prosta sprawa - bo to się wiąże z wyciągnięciem Młodego z domu i zmuszeniem go do dość długiego spaceru, czego nie cierpi. Dogadałam się z nim nawet co do fryzjera wcześniej i to udało nam się załatwić wyjątkowo bez problemu, czym byłam nieco zdziwiona. Tzn temat załatwiła opiekunka, a ja prawie nie poznałam Piotrka jak wróciłam z pracy, ponieważ tak pięknie wyglądał z odsłoniętą twarzą. Nawet sam sobie się podobał.

      - Piotrek, to jak już tak pięknie wyglądasz, to jutro trzeba zrobić zdjęcia, bo potrzebujemy do paszportu. Pójdziesz z panią R. i Michałem i załatwicie sprawę - oznajmiam wieczorem. 

      - Co??? Nigdy w życiu!!! Nie będę nigdzie chodził - reakcja  Piotrka spodziewana, więc mówię:

      - Nie sądziłam, że się ucieszysz, ale nie ma innego wyjścia, jeśli chcesz z nami jechać na wakacje.

      - Nie, nie i nie! - Piotrek nie daje za wygraną. Wzdycham sobie, bo to czasem pomaga. Trochę jestem zmęczona wiecznymi utarczkami i negatywną reakcją na podstawowe moje prośby. Piotrek jest fajnym, mądrym chłopcem, ale ZA czasem daje popalić. W takich chwilach myślę, że tylko spokój mnie uratuje.

      - Dlaczego nie chcesz? - pytam, chociaż z góry wiem, że zaczynam bezsensowną dyskusję. Chcę jednak trochę go wyciszyć. 

      - Bo nie cierpię chodzić. Chyba, że mnie zawieziesz.

      - Wiem, że nie lubisz chodzić, ale czasem trzeba pójść i coś załatwić. Nie zawiozę cię, bo będę w tym czasie w pracy. Gdy wrócę, fotograf będzie zamknięty i nie zdążymy zrobić tych zdjęć a na paszport długo się czeka i możemy nie zdążyć z odbiorem do wyjazdu. Proszę więc, żebyś ubrał się rano i tam poszedł.

      - Nigdy w życiu.

      Jak zwykle. 

      - Kochanie, ja nie będę więcej na ten temat dyskutować, ani negocjować. Jako bonus, bo wiem, jak bardzo nie lubisz chodzić, dam ci na lody i sobie zamówisz jakiś deser. 

      - Nigdy w życiu.

      - To ci nie dam. Ale i tak pójdziesz. - wkurzam się w końcu i wychodzę z pokoju. Nie wiem, jak pani R sobie z nim jutro poradzi, ale zwykle jutro zawsze przynosi coś nowego, więc może i tym razem zaskoczy nas pozytywnie.

      Jest u nas mój siostrzeniec, przywieźliśmy go po ostatniej wizycie w moim rodzinnym mieście. Byliśmy tam już kilka razy od czasów pamiętnej kawo-herbaty. Jakimś cudem K namówił moją siostrę, żeby pozwoliła A. pojechać z nami na kilka dni. Mnie się to nigdy wcześniej nie udało. A zadowolony, jest dokładnie 9 miesięcy starszy od Michała. To fajny, mądry, ułożony chłopak. 

      A ma ciemne włosy, śniadą cerę, ciemne oczy, jest też dobrze zbudowany jak na swój wiek. Michał ma jasne włosy i delikatną urodę, ale ostatnio też się opalił a przez treningi ma wysportowaną sylwetkę. Fajnie razem wyglądają, do tego Michał ostatnio mocno wystrzelił w górę i są równego wzrostu.

      Noc mija spokojnie, Piotrek ostatnio wstaje w nocy, bo nie może spać. Dziś śpi jak zabity, więc i ja wstaję rano wyspana, szykuję się do pracy i jadę, po drodze rozmawiając przez telefon z panią R, bo musimy ustalić strategię postępowania z Piotrkiem na dziś. Cała trójka jeszcze spała, jak wychodziłam, ale umawiam się z panią R, że wpadnie tam ok 9-10 i wywali ich z łóżek.

      Wir pracy wciąga, ale widzę, że dzwonił ktoś z domu, więc domyślam się, że to czas na fotografa. Nie mylę się.

      - Mamo, ja nigdzie nie pójdę! - słyszę zbuntowany głos Piotrka zamiast dzień dobry.

      - Dzień dobry kochanie. Powiedz mi spokojnie o co chodzi. - mówię, chociaż doskonale wiem o co rzecz.

      - Pani R chce, żebym szedł do fotografa. Ja nie chcę.

      - Posłuchaj mnie uważnie. - przybieram spokojny, ale dość ostry ton głosu, bo nic innego nie mogę już zrobić - idziesz i to bez gadania. W przeciwnym razie nie wyrabiam ci paszportu, nie jedziesz więc ani do Berlina ani do Pizy, bo do Toskanii też musimy wziąć paszport. W związku z tym od tego, czy pójdziesz dziś do fotografa zależy, czy jedziesz z nami na wakacje, czy zostajesz sam w domu, a pani R będzie tylko przychodzić, żeby dać ci obiad.  -nie mam nic do stracenia - i nie słucham już ani jednego zdania na ten temat. wieczorem przyjadę i chcę zobaczyć zdjęcia, w innym wypadku nie jedziesz. Daj mi panią R. -

      - Ale mamo...

      - Daj mi panią R.

      Piotrek już nic nie mówi, za chwilę słyszę głos opiekunki. Powtarzam jej, co powiedziałam Piotrkowi i mówię, że trudno, jak się jej nie uda go wyciągnąć, to nie pojedzie i już. Wściekła jestem jak nie wiem co, również z tego powodu, że sama sobie robię karę, bo położyłam na szali nasze wakacje. Dobrze jednak wiem, że nic innego nie zadziała. Opiekunka mówi, że w biurze paszportowym też można zrobić zdjęcia, ale ja nie chcę ryzykować, poza tym tam są bardzo drogie, a my potrzebujemy ich do legitymacji, dowodu i paszportu.

      Wracam do pracy.

      Za jakiś czas dzwoni pani R.

      - udało się. - słyszę ulgę w jej głosie - ale pojechaliśmy autobusem. Przypomniałam sobie, że tam jeździ autobus i to go przekonało.

      Gratuluję pani R pomysłu, bo wyszedł kompromis. Starsi chłopcy poszli na piechotę, Piotrek pojechał z panią R. Odległość ok 1,5 km. Może nawet mniej. W każdym bądź razie mamy zdjęcia a nie mamy awantury. Jutro mamy je odebrać.

      Nazajutrz biorę sobie kilka godzin wolnego, bo umówiłam się z Rexem, że załatwimy te paszporty, a musimy być oboje wraz z z dziećmi.

      Jadę więc po zdjęcia a potem do Wro. Po drodze chłopcy oglądają zdjęcia i nawet są zadowoleni. Niestety potrzebne są legitymacje uczniowskie. Z Piotrkiem pół biedy, ale Michał nie ma. Rex dogaduje się, że można okazać legitymację przy odbiorze paszportu.

      Rex jedzie do urzędu prosto z pracy, jest nieco wcześniej niż my, niestety cały parking jest zajęty, a miejsce znajduję dopiero w Galerii Dominikańskiej, która jest w pewnej, nawet znacznej odległości od Urzędu. Na dworze wieje paskudnie, co chwila pada. Piotrek oczywiście nie chce zapiąć bluzy, a ja się wkurzam, bo zawsze denerwuję się, że się wyziębi, zanim poczuje chłód, z ta jego obniżoną reakcją na zimno. Snujemy się do Urzędu, przy wtórze jęków Piotrka pt "nie biegnijcie", "daleko jeszcze", "ja nie chcę iść" "nie cierpię spacerów" itp. Zagaduję go trochę, zwalniam do tip-topów i jakoś docieramy. 

      W międzyczasie Rex pobrał bilecik i parę numerków zdążyło już wejść. Podaje mi częściowo wypełnione wnioski, mam uzupełnić pesele i daty urodzin. Uzupełniam wszystko, wyciągam zdjęcia. Michała są, Piotrka nie. Czuję, że za chwilę zemdleję.

      - Piotrek gdzie twoje zdjęcia?

      - No przecież pytałem się ciebie, czy je zabrałaś z samochodu - odpowiada, a ja czuję jak krew mi odpływa z twarzy. Szybko liczę, czy zdążę w tą i z powrotem na parking w galerii. Marne szanse. Patrzę na Rexa.

      - Nie uwierzysz - mówię do niego - pół dnia awantury, autobus, całe zamieszanie a nie ma  zdjęć.

      - Może zdążysz obrócić w tą i z powrotem? - pyta przytomnie.

      - Nie, nie będę ryzykować, o 14 muszę być w Brzegu, jak nam minie kolejka, to nie mam szans. Ale mam pomysł. Piotrek! - wołam Młodego - Idziemy!

      - Ale ja nie idę do auta! - już się stawia.

      - Nie do auta. Do zdjęcia -  ciągnę go, parę kroków dalej widziałam "ksero, fotograf". Gdy docieramy do pokoju fotografa, szybko liczę stojące przede mną osoby. Cztery. Pani z pokoju wychodzi i pyta kto do ksero. Wszyscy. Uff.

      - Ale mamy szczęście mamo.

      Jestem zła jak diabli, ale tak naprawdę na siebie, bo to ja powinnam sprawdzić, czy po oglądaniu zdjęcia wróciły. Piotrek może coś mówił jak wysiadałam, ale tak mocno wiał wiatr, że mogłam nie usłyszeć. Albo nie mówił. Niczego to nie zmieni. Czekamy aż nas zawoła fotograf. Woła.

      35zł. Teraz to już się śmieję.

      - Piotrek, masz najdroższą sesję świata.

      Dostajemy zdjęcia i biegniemy z powrotem. Zdążamy, ale przed nami tylko dwa numerki.

      337 - informuje nas głos z automatu. Podchodzimy do okienka. Piotrek kończy batonika, którego sobie kupił, gdy jeszcze beztrosko czekaliśmy na swoją kolej zanim mnie olśniło, że brakuje zdjęć.

      Dopełniamy formalności. Urzędniczka żartuje, że Młody będzie musiał przyłożyć palec od nogi, bo ma brudne od czekolady ręce.

      - Te od nogi mam brudniejsze - mówi uczciwie i na chwilę panią zatyka.

      Odkąd mam dwa nazwiska, nie zmieniłam dowodu, bo paszport i wizę mam wydane na jedno nazwisko, więc czekam aż wrócę ze Stanów i wtedy przerobię dowód.  Dowód więc okazałam z jednym nazwiskiem, podpisałam się dwoma.

      - Co pani tu nagryzmoliła? - urzędniczka wpatruje się w mój podpis i w dowód. 

      - Podpisałam się, jak w peselu, bo jesteśmy po rozwodzie, a ja wyszłam dopiero co za mąż, tylko dowodu jeszcze nie zmieniłam. Ale w peselu by się pani jedno nazwisko nie zgadzało.

      Pani dziwnie na mnie patrzy, potem na Rexa i puszcza nas w końcu wolno.

      Spoglądam nerwowo na zegarek, bo zaraz muszę jechać dalej. Nagle mnie coś zastanawia.

      - Rex, a Piotrek odbijał ten palec czy nie?

      - Nie, chyba nie.

      - To ja się może wrócę, bo chyba pani zapomniała.

      Wracam się szybko i dopytuję panią urzędniczkę o nieszczęsny palec Piotrka.

      - Tylko dzieci po 13-tym roku życia odbijają palec.

      Czyli ok.

      - Pani powiedziała, że dzieci które dłubią palcem w nosie, nie mogą go potem używać do paszportu - mówię Piotrkowi, bo był wyraźnie zawiedziony.

      Widzę jego minę, więc prostuję szybko:

      - Żartowałam kochanie, w następnym paszporcie już będziesz odbijać. teraz jeszcze nie musiałeś.

      Żegnamy się z Rexem i pędzimy dalej. Paszporty załatwione. Teraz praca, jakoś muszę znaleźć czas na dowody. Legitymację załatwi sobie Michaś sam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 14:15
    • Mama

      Po podróży poślubnej pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta, na zaproszenie cioci i wujka. Cały problem polegał na tym, że moja mama mieszka w tym samym domu. Oczywiście koniecznie chciałam odwiedzić młodszą siostrę, ale nie wiedziałam, czy jeszcze jest w szpitalu, czy już wyszła z Wiki do domu. Siostra z kolei mieszka z naszą mamą, więc byłby trudne odwiedzić ją u niej, bo byłam z K, który "nigdy więcej ma nie przekraczać tego progu".

      Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie denerwowałam. Zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzić, że będziemy u cioci, ale że jadę z K. Zapytałam też o siostrę. Mama na to, że i tak jej nie będzie, bo jedzie na basen, a sis jest jeszcze w szpitalu.

      No to ok. Pojechaliśmy do szpitala, do cioci, poszłam przywitać się z tatą, który nas nawet zaprosił, ale nie chciałam wchodzić, bo nie wiedziałam, co na to mama i kiedy wróci. Nie chciałam narażać K na nieprzyjemności. 

      Byliśmy w trakcie naszego tournee po rodzinie, kiedy zadzwoniła mama.

      - już wróciłam z basenu, możesz przyjść na kawę.

      - mamo, jesteśmy teraz u R (kuzyn) i raczej nie będziemy wracać. Poza tym jestem z K - dodałam, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę i czy mama zrozumiała, że nie przyjechałam sama

      - Ale ja sobie nie wyobrażam, że się nie przywitasz.

      - Już byłam u was i witałam się z tatą.

      - Ale ja sobie nie wyobrażam.

      Dotarło do mnie w końcu, że to jest zaproszenie dla NAS i że powinniśmy złamać lody.

      Zapytałam K, co on na to. Przytulił mnie i powiedział, ze jedziemy i że nie czuje żalu, postara się, żeby wszystko było ok.

      Kuzyn pożegnał nas ciepło i powiedział, że trzyma kciuki.

      Nerwy są jednak bardzo trudne do poskromienia. Czułam wręcz, jak z każdą chwilą narasta we mnie panika, niby się cieszyłam, ale po tylu latach naprawdę ciężko było opanować stres.

      Weszliśmy do domu, powoli dotarliśmy na górę. Dzwonek. Kroki. Otwieranie drzwi.

      - Dzień dobry - mam ucałowała mnie, a do K wyciągnęła rękę - wejdźcie.

      Czułam, jak zbiera mi się na płacz. K widząc to, objął mnie ramieniem i uśmiechnął się ciepło - dziękuję za zaproszenie - powiedział do mamy, a j wzięłam głęboki oddech.

      Usiadłam w fotelu, gdzie 6 lat temu mój świat rozpadł się na kawałki. Gdzie usłyszałam zimne słowa mojej mamy, które do dziś mnie prześladują. Gdzie upadł mit o wspierającej się rodzinie. 

      Wszystko wróciło. Patrzyłam na K, który w odróżnieniu od tamtej sytuacji był znacznie mniej zestresowany.

      - nie wiem, co pan może zaoferować naszej córce, z tego co widzę, to niewiele - słowa mojej mamy na nowo rozdźwięczały się w mojej głowie. Nigdy nie poznałam odpowiedzi, dlaczego tak powiedziała, ale K do dzisiaj to cytuje, gdy mówię mu, że jest moim największym skarbem. Zaraz po dzieciach ;-)

      - napije się pan kawy? - zapytała mama

      - może herbaty, dzisiaj już tyle kaw wypiłem, że dobrze mi zrobi co innego - odparł z uśmiechem K

      - to może miętową zrobię? - zapytała mama 

      - bardzo chętnie - odparł K a mama poszła do kuchni.

      Siedziałam jakby mnie zamurowało. K puścił do mnie oko, tata zapytał mnie, czy chcę kawy, a ja miałam siłę tylko przytaknąć.

      - Jezu, nie wiedziałem, że to po tobie tak pozamiata - K wykorzystał sytuację, gdy rodzice na chwilę wyszli - wszystko dobrze? - zapytał z troską w głosie.

      - Tak, kochanie, wszystko w porządku i to jak najlepszym - na te słowa weszła mama wnosząc herbatę.

      - Zrobiłam dwie, bo nie wiedziałam, czy lubisz, przepraszam, czy pan lubi z saszetki, czy taką z ogrodu, świeżo zerwaną

      - Chętnie wypiję obie - powiedział K a mnie po raz kolejny zamurowało.

      Mama przez cały czas starała się być uprzejma a jedyną rzeczą, która pokazywała jej stosunek do K było mówienie mu przez "pan", chociaż prosił, żeby mówiła mu na "ty".

      Całą atmosferę rozluźniła 3-letnia córka mojej siostry, Martynka, której K tak bardzo się spodobał, że czarom nie było końca. K wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia Martynce, mi, mamie i nam wszystkich razem, a rodzice całkiem chętnie pozowali.

      Nie zabawiliśmy jednak jakoś długo, bo czas nas gonił, dzieci zostały w domu, a robiło się coraz później. Pożegnaliśmy się całkiem ciepło, i z nadzieją w sercu pojechaliśmy do domu.

      W samochodzie napisałam sms do mamy "dziękuję", a mama odpisała mi "podziękuj Michałkowi". Popatrzyłam na treść sms z niedowierzaniem i zadzwoniłam do Michała. 

      - Misiu, czy ty coś nagadałeś babci?

      - Niee - odparł zdziwiony - a co się stało?

      Wyjaśniłam mu krótko całą dziwną i niespodziewaną sytuację. Michał aż się wzruszył.

      - Mamo, nie wierzę - głos mu się załamał - wiesz co, pamiętasz, jak na weselu podszedłem do ciebie i zapytałaś się, co się stało?

      - No pamiętam, powiedziałeś, że babcia cię zdenerwowała i że nie chcesz o tym mówić, żeby mi nie psuć dnia.

      - No właśnie, to wtedy tylko z nią rozmawiałem. Zapytała się mnie, czy lubię tego pana, mówiąc  K i dlaczego nie zrobiłem wszystkiego, żeby zapobiec waszemu ślubowi. Bardzo się zdenerwowałem i powiedziałem babci, że tak, że lubię tego pana, nawet bardzo i że on ma na imię K i że z tego co wiem, to katolicyzm polega na wybaczaniu, a babcia to chyba na religię nie chodziła i uciekłem kłamiąc, że chce mi się siku.

      - Dziękuję synku, chyba musiało minąć tyle lat, żebyś dorósł i żeby babcia mogła od ciebie to usłyszeć, bo nikt inny nie mógł trafić do jej serca. 

      Czułam, że już nie opanuję łez, które poleciały ciurkiem, po raz pierwszy ze szczęścia, gdy wracałam z domu.

      - kocham was - wyszeptał K i wolną ręką pogładził mnie po głowie - i ciebie i dzieci, naszą rodzinę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Mama”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2016 11:35
  • czwartek, 23 czerwca 2016
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 6

      Dzień siódmy – Fatima, Batalha i Douro

       

      Obudziłam się z poczuciem, że jakiś etap dobiega końca. Wtulona w ciepłe ramiona K chciałabym już tak zostać, bo piękny mamy razem czas. Dotykam opuszkiem palca jego powiek, brwi, ust. Czasem boję się, że to tylko piękny sen, że to wszystko nie może być prawdziwe. Oczy K są piwne, mają taki ciepły wyraz. I zawsze się śmieją, nawet teraz, gdy obudzony przeze mnie wpatruje się w moją twarz. Oboje lubimy te czułości i chociaż sprawiają, że wstajemy dużo później, niż zamierzamy, gdy tylko możemy pozwalamy sobie na nie i na jeszcze więcej...

      - Kochanie jak tam plany na dzisiaj? - oboje pijemy pachnącą, gorącą kawę, jej zapach jest wszechobecny, uwielbiam to – Gdzie jedziemy? - K rozkłada przede mną mapę Portugalii.
      - Fatima? - tak naprawdę nie wyobrażam sobie, że tam nie pojedziemy, chociaż jest coś dziwnego w tym chceniu, ponieważ jednocześnie coś mnie od tego miejsca odpycha. Nie mam fazy na tego typu miejsca, męczą mnie na samą myśl, ale zawsze przecież chciałam pojechać do Fatimy. - W zasadzie Fatima to na pewno, ale coś jeszcze, nie chcę całego dnia tam spędzić, chcę zobaczyć i jechać dalej, to nie będzie pielgrzymka – uśmiecham się do K, wiem, że mnie rozumie. Że czuje to moje „chcę, ale nie chcę“ - Może potem coś z przewodnika? - wybieramy Coimbrę i Conimbrigę, a na zakończenie dnia dolinę Douro – bardzo, ale to bardzo chcę zobaczyć tarasowe winnice.
      - No to jak mamy jechać, to może zbierajmy się jednak – K rzuca mi z balkonu ręcznik i wędruję, wciąż kuśtykając, pod prysznic. Jest 10-ta, jeśli mamy pójść na śniadanie, to trzeba się sprężać. Noga wygląda ciut lepiej i nawet troszkę mniej boli, ale stawać na niej jeszcze za bardzo nie mogę, może się rozchodzi.

      Zabieramy ze sobą karty kredytowe, kapelusze, krem z filtrem i dobry nastrój. No i oczywiście przewodniki, mapę i nawigację.

      Śniadanie jemy w naszej ulubionej knajpce, panie znów się cieszą na nasz widok a my pałaszujemy śniadanie kontynentalne aż nam się uszy trzęsą. Potem biegniemy na parking, ustawiam nawigację i ahoj przygodo! Ruszamy. Kierunek autostrada A1 – Lizbona.

      Do Fatimy nie jedzie się zbyt długo, ale i tak zatrzymujemy się na chwilę na parkingu. Próbuję sfotografować dziwne drzewa rosnące wzdłuż autostrady, ale jakoś mi się to nie do końca udaje. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, jedno z nielicznych, które mamy razem i ruszamy dalej. Mam wrażenie, że to auto zaraz się rozsypie, K chyba też tak sądzi, bo zwalnia i turlamy się powoli niczym taczką, ale Fatima coraz bliżej.

      To, co mnie zaskakuje po przybyciu na miejsce, to ogromna, wybetonowana, biała przestrzeń. Akurat jak na złość stara bazylika jest zamknięta, ale za to nowa otwarta. Kaplica, gdzie jest figurka Matki Bożej też jest otwarta, nawet jest jakaś msza. Ta kaplica to właściwe miejsce objawień, tym razem sprawdziłam dokładnie po doświadczeniach z Medjugorie. Siadamy na chwilę w tym miejscu. Jest już po mszy i ciężko powiedzieć, żeby to było miejsce skupienia, nawet nie ma zbyt wielu osób, cała pozostała przestrzeń jest pusta, jakby wyludniona, ale tutaj ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Słyszymy różne języki, w tym oczywiście polski. K pogrążony jest w modlitwie lub własnych myślach. Ja próbuję się skupić i nie mogę. Mówię w myślach, że nie mogę się modlić, że nic nie czuję, nawet za to przepraszam. W tym momencie doświadczam czegoś w rodzaju jakby wyłączenia się, słyszę własne myśli uciekające w eter. Myślę o każdym z rodziny, nawet o exie. Nie modlę się, tylko myślę. Na końcu jedyna modlitwa, to: Matko Boża, ja to wszystko zostawiam i jadę. Bo nie wiem, co z tym zrobić.

      Patrzę na K i widzę, że się zbiera, więc wychodzimy. Chcę jechać dalej, odpycha mnie z tego miejsca, bo nie czuję atmosfery modlitwy, tylko atmosferę pieniądza: jest tu spa, super hotele, parkingi, sklepy, restauracje. Kupujemy jakieś pamiątki dla dzieci, idziemy coś zjeść i wyjeżdżamy. Po drodze K robi zdjęcie stoiska Algidy, która tutaj nazywa się OLA, więc robi zdjęcie logo i wysyła do Kai, ta z kolei odpisuje mu, że „Ola, Ola,a gdzie Kaja?“...

      Jest upalnie, ale troszkę wiatr jednak zawiewa. W szczególności, gdy chcę rozłożyć mapę, by ustalić, co dalej. Walczę z tą mapą chyba kilka minut, a K cyka mi fotki, bo ma ubaw. Poddaję się, wracamy tą samą drogą, w końcu na autostradę trafimy, do Coimbry też, bo zjazd jest dobrze oznakowany.

      - Grażka, a może coś jeszcze zobaczymy poza tą Coimbrą i tym miasteczkiem przed nią? - K ma ochotę na nieplanowany dzień. W sumie lubię ten nasz rozgardiasz wycieczkowy, więc przytakuję mu, uczulając tylko, że musimy wrócić do 21.

      - Dobra, zostawiam to Tobie, jak coś Ci się spodoba, to zwiedzamy.

      Pierwszym zjazdem jest Leiria, K jak tylko widzi jakiś zamek, to już tam jedzie. Miasteczko jest całkiem ładne, nad nim wznosi się całkiem okazały zamek dostępny do zwiedzania. Wjeżdżamy na szczęście na sam szczyt, więc z moją nogą z pewnością dam radę. Część zamku jest trochę odrestaurowana, łatwo sobie wyobrazić, jak musiał być piękny za czasów świetności. Na chwilę zapominam o teraźniejszości, zamykam oczy i znikam w przeszłości. Pogoda nam dopisała, jest naprawdę pięknie, zielono, podziwiam cytryny na drzewkach w parku. Ludzi praktycznie tu nie ma, więc jest nie tylko pięknie ale i cicho. K obejmuje mnie, gdy na samym szczycie podziwiamy panoramę miasteczka. Nie musimy nic mówić, to był dobry wybór. Robi się późno i powoli schodzimy do samochodu. Wracamy na autostradę i zmierzamy w stronę Coimbry, do której nie dojeżdżamy, bo po drodze K skręca do miasteczka o wdzięcznej nazwie Batalha.

      To co, tam zastajemy, zapiera dech w piersiach. Batalha to opactwo, zabytek z XIV w wpisany do UNESCO, zwiedzamy je w milczeniu, z otwartymi ustami, zachwyceni pięknem, majestatem i majstersztykiem tego miejsca. K jest w siódmym niebie, ogląda dokładnie każdą kolumnę, zdobienia, opukuje palcami wzdychając nad wykonaniem. Spędzamy tam znacznie za dużo czasu i okazuje się, że jeśli chcemy zajechać jeszcze do doliny Douro, to już na Coimbrę i Conimbrigę czasu nie starczy. Jestem rozczarowana, bo bardzo mi zależało, żeby chociaż Coimbrę zobaczyć, ale przeliczamy szybko pozostały czas i jednak rezygnujemy. Idziemy jeszcze zjeść obiad do restauracyjki na placu przed opactwem. Zachwycona jej wystrojem robię kilka zdjęć, jemy i jedziemy, po drodze szukając sklepu z wodą, bo oczywiście jest sjesta i wszystko pozamykane, a nas suszy.

      Lubię jeździć z K. Zwykle kładę nogi na deskę rozdzielczą, opieram głowę o jego ramię, albo go głaszczę i tak sobie jedziemy i gadamy. Przegadujemy wszystkie tematy, jakie nam przyjdą na myśl, zwykle te same, bo o nas, o dzieciach, o rodzicach. Dziwnie się czuję. Mówię K, że mam wrażenie, odkąd wyjechaliśmy z Fatimy, że mam w sobie jakiś spokój. Dużo rozmawiamy o naszym ewentualnym wspólnym dziecku, którego bardzo chce K, a ja wręcz odwrotnie. Tym razem jednak czuję, że nawet, gdyby miało być, to wszystko będzie dobrze. Mam takie przeświadczenie, które dotyczy każdego aspektu naszego życia: że będzie dobrze. Już dawno tak się nie czułam. Wtulam się w jego ramię, jednak tak, żeby nie ograniczać mu ruchów i wpatrując się w spokojny autostradowy krajobraz, oddaję się cała temu poczuciu spokoju, zatapiam się w nim wręcz, a myśli same gdzieś ulatują w przestworza, Bóg jeden wie dokąd.

      - Wszystko ok? - K wyrywa mnie z zamyślenia. Dzielę się z nim tym, co czuję – A wiesz, że ja mam to samo? - dziwi się – właśnie o tym myślałem...

      Jest 18:30, gdy docieramy do doliny Douro, po drodze ogarnęłam mapę i trasę, jaką powinniśmy pojechać, żeby cokolwiek zobaczyć nad brzegiem Douro i zdążyć na czas oddać auto. Powoli dzień się kończy, chociaż słońce jeszcze całkiem wysoko, światło nie jest za dobre do zdjęć, więc robię ich tylko kilka. Akurat na drodze, którą jedziemy nie ma zbyt wielu punktów widokowych ani parkingów, a ruch jest dość spory, więc trochę jestem zawiedziona. Za bardzo też nie widać winnic, wygląda na to, że nie do końca dobrze wybrałam trasę. Mimo to jest pięknie i chociaż nie mamy okazji pozachwycać się winnicowymi tarasami, trafiamy w śliczne zakamarki i na chwilę wysiadamy z auta.

      - Nie chce mi się wracać – mówię cicho wtulona w ramię K, wpatrując się w port po drugiej stronie rzeki – tak szybko minął ten tydzień...

      - Za to zobacz, jak nam się udał! - K jak zwykle próbuje znaleźć jakieś plusy – bardzo bym chciał, żebyś była w ciąży, żebyśmy wrócili z tego wyjazdu we troje...

      Nie mówię mu, jak ja bardzo nie chcę, bo w zasadzie trochę może i bym chciała, ale ciągle czuję ten spokój, więc przytulam się tylko do K i mówię mu, że będzie co ma być. I że go kocham.

      Musimy wracać, pakujemy się więc z powrotem do naszego auta i zmierzamy w kierunku lotniska. Ku naszemy zaskoczeniu docieramy tam ok 20-tej, więc nawet przed czasem. Cieszę się, bo mamy wracać metrem, a ja za bardzo nie lubię po nocy jeździć komunikacją miejską.

      Cały proces oddania auta jest bardzo prosty ku naszemy zaskoczeniu. Mianowicie wystarczy oddać kluczyki i już. Nikt nawet nie obejrzał auta, o nic nie zapytał. K się zdziwił, bo wolałby je zdać po oględzinach, żeby nie było, ale pani z okienka mówi, że absolutnie nie ma potrzeby, a ja śmieję się, że to przez to ubepieczenie, bo pokryje wszystkie szkody i to chyba przekonuje K, więc ruszamy do domu.

      - Nie wiesz, gdzie jest ta stacja metra? - pyta K nieco zdezorientowany na ulicy.
      - Pani z okienka powiedziała, że w tym kierunku co idziemy i ze 3 min stąd, więc na pewno się znajdzie -widzę, że K jest już chyba mocno zmęczony, ale za chwilę znajdujemy stację i szukamy odpowiedniego peronu.
      - Pójdę zapłacić za przejazd – K bierze nasze karty przejazdu i stara się je doładować. Dość długo nie wraca, więc trochę się denerwuję. Gdy go w końcu widzę, pytam, czy mu się udało.
      - I tak i nie – odpowiada – bo doładowałem, ale za mniej, bo nie mogłem znaleźć naszej stacji.
      - To trzeba jeszcze raz – mówię trochę zła – bo jak nas sprawdzą przy wyjściu, to zamiast spokojnego wieczoru możemy mieć problem.
      - Oj tam, coś wymyślimy
      - Ale mi się nie chce wymyślać, skoro możemy normalnie doładować bilet – próbuję go przekonać do swojej racji
      - Wiesz co, pójdę tylko dla Ciebie, chociaż uważam że nic by się stało – mówi K i idzie znów doładować. Tym razem z sukcesem, za to w ostatniej chwili, bo pociąg właśnie nadjeżdża. Ruszamy.
      Gdy dojeżdżamy na stację uśmiecham się pod nosem, bo widzę, że przy bramkach znów jest kontrola biletów. K patrzy na mnie spod byka i też się śmieje. Kontrolerzy skanują nasze karty i puszczają wolno.
      - Widzisz? A tak byś się teraz im tłumaczył – nie mogę się oprzeć – tylko po jakiemu? - śmieję się do niego.
      - Zupełnie nie wiem, dlaczego zawsze musisz mieć rację- obejmuje mnie mocno
      - Nie zawsze, ale w kluczowych momentach – teraz już śmieje się całą gębą. Chce mi się być blisko niego, więc kuśtykając próbuję go za sobą pociągnąć, bo jeszcze musimy wstąpić do sklepu i chcę już do domu.
      Nigdy w życiu nie wypiłam tyle wina w tydzień – mruczę mu w rękaw, gdy siedzimy na balkonie. Piję ostatnie białe, półwytrawne porto. Dziś mam ochotę, żeby szumiało mi w głowie, jutro wracamy, więc chciałabym o tym zapomnieć, oddać się chwili, oddać się K, naszej miłości i gorącej atmosferze Porto. I dokładnie tak się dzieje.

       

      Dzień ósmy - powrót



      Budzi mnie sms. To Irene. Pyta, o której wyjeżdżamy i że klucze mamy zostawić w środku mieszkania. Lecimy o 16, więc spokojnie do 13-tej się wyniesiemy. A do 13-tej jeszcze powłóczymy się po Porto.

      - Już to widzę – K studzi moje plany – nie wyjdziemy stąd przed 11, jak znam życie – śmieje się – i wcale mnie to nie martwi – ciągnie mnie na łóżko – jeśli o mnie chodzi, mogę nigdzie nie iść...

      - Jednak wypada się chociaż spakować – stawiam lekki opór – a do tego trzeba jeszcze coś kupić na prezenty...

      - dobra, dobra, zdążymy... - K nie wygląda na kogoś, kto by się mocno przejął upływającym czasem.

      O 11 wychodzimy na śniadanie, potem mamy godzinę na znalezienie prezentów (dlaczego zawsze wszystko robimy na ostatnią chwilę???). Żegnamy się z kelnerkami w restauracji, z naszym Mulatem w sklepie, znajdujemy kilka fajnych sklepików, a ponieważ moja młodsza siostra ma urodzić córkę, robimy zakupy z tej okazji i biegniemy z powrotem, bo czas się kurczy niemiłosiernie, a samolot raczej nie poczeka.

      Pakujemy się, ogarniamy szybko mieszkanie i pędzimy na metro. Na lotnisko jedzie się z pół godziny, więc zdążymy. Tym razem samolot nie jest opóźniony, ale za to kolejka na bramkach jest potężna. K nagle dostaje olśnienia, że ma przy sobie 5 butelek picia. Wszystko wyrzucamy. Patrzę na niego z niedowierzaniem, bo na myśl mi nie przyszło, że zapomni o tym, co wolno a czego nie. Nadchodzi nasza kolej. Przechodzę przez bramkę bez problemu. K brzęczy trzy razy. Brzęczy, bo ma drobne monety w kieszeniach, za drugim razem wyciąga jeszcze zegarek, za trzecim pokazuje podkute buty. No tak, zapomnieliśmy, że on zawsze ma podkute buty. Mimo to zostaje zatrzymany na rewizję osobista. Widzę dezorientację w jego oczach, więc podchodzę, mówię że jestem jego żoną i czy mogę tłumaczyć. Pan mówi, że to tylko rutyna. Rewidują go. Pani oddaje mu rzeczy w pudełku, więc ogarniamy się, pakujemy co zostało i już mamy odchodzić, gdy K przypomina się, że miał komputer a nie ma.

      - Gdzie komputer? - widzę przerażenie w jego oczach. Wyciągał go na potrzeby rewizji, a faktycznie go nie dostał z powrotem. Podchodzę więc do tej pani, która oddawała mu rzeczy i pytam o ten komputer. Pani szuka i na szczęście znajduje, więc cali szczęśliwi przechodzimy dalej spakowani i kompletni.

      - Grażka, a może kupimy porto na lotnisku? - K ma ochotę zrobić prezenty moim braciom, więc kupujemy dla nich porto, dla dzieci m&msy i pędzimy dalej. Nawet już się tak nie boję jak tydzień temu, znów bardzo dużo leci Polaków, więc czujemy się całkiem swojsko.

      Udaje mi się przed wylotem dodzwonić do mamy i okazuje się, że trafiłam w 10-tkę, bo moja siostra właśnie urodziła córkę, więc jest wielka radość i łzy szczęścia. Teraz mogę wracać.

      Samolot ma bardzo niewygodne miejscówki, kolana mam prawie pod brodą. Wyciągam książkę „Życie na pełnej petardzie“ ks. Kaczkowskiego i czytam sobie i K. K za chwilę zasypia, więc czytam już tylko dla siebie, płaczę, śmieję się i myślę, że to bardzo dobrze, że wpadła mi w ręce. Wiem też, że dam ją do przeczytania Michałowi.

      Sama nie wiem, kiedy mija lot, lądujemy całkiem spokojnie. Chwilę czekamy na bagaż. Widzę juz moją walizkę i K ciągnąc za uchwyt ściąga ją z taśmy.

      - This is mine! - mówi do mnie nagle jakiś człowiek wyszarpując mi walizkę
      - No, it's mine! - przecież ten pan może sobie sprawdzić nazwisko na tej naklejce – mówię do K i trzymam mocno walizkę -Look here!-pokazuję mu moje nazwisko.
      - A to przepraszam – odzywa się po polsku pan i za chwilę wszyscy śmiejemy się z tej sytuacji – nie wiedziałem, że widać tu nazwisko!
      - To by się pan zdziwił w domu znajdując w środku moje biustonosze – śmieję się – albo pana żona by się może bardziej zdziwiła – dodaję
      - W szczególności, że była ze mną – odpowiada ze śmiechem pan.

      Rozstajemy się i w końcu opuszczamy terminal. Na parkingu już czeka na nas nasz samochód, więc wsiadamy i ruszamy w stronę domu.

      Po drodze zatrzymujemy się na kolację w przydrożnej miejscowości, gdzie raczymy się szparagami, co sprawia, że tuż za granicą musimy się zatrzymać na spanie, bo ani ja, ani K nie dajemy rady.

      Do domu docieramy o 2:30. Jest cicho i przytulnie. Jest czwartek, chłopcy wracają dopiero po południu, więc mamy jeszcze chwilę dla siebie.

      Jutro mamy jechać do mojej rodzinnej miejscowości na zaproszenie mojej cioci i wuja. A potem powrót do pracy.

      Wiem jednak, że wszystko będzie dobrze, czuję to w duszy, bo spokój, który mnie wypełnia rozlewa się na całe nasze wspólne życie i nie może być inaczej.

      Gdy patrzę na nas z perspektywy czasu myślę, że jesteśmy świadkami cudu, który cały czas dokonuje się w wyniku miłości. I w wyniku tej miłości życie jest piękne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 6”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 23:46
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 5

      Dzień szósty – ciąg dalszy wynajmu



      Trafiliśmy w świetną pogodę. Kolejny słoneczny poranek, a to oznacza gotowość na zwiedzanie i wojaże. Tylko czym? Dziś również jakoś nie możemy wydostać się z łóżka, aż sami się z siebie śmiejemy, bo to naprawdę jakiś fenomen jest.

      Zastanawiamy się jak najlepiej załatwić sprawę. Jestem zdania, że trzeba zadzwonić do pośrednika i przesunąć rezerwację. W zasadzie jutro też jeszcze możemy gdzieś pojechać. K mówi, żeby podejść do tego Guardima i tam załatwić to przesunięcie. Patrzę na mapie gdzie to jest, faktycznie tylko kilka uliczek dalej, jakoś dokuśtykam, więc mówię, że ok i zbieram się do wyjścia.

      Trochę mi żal już, że tak blisko wyjazdu, chociaż tęsknię za dziećmi, wiem, że są zadowoleni, bo razem z tatą i ekipą znajomych przebywają właśnie na Słowacji, poza tym codziennie dzwonię. Dziś jednak jakoś tęsknota miesza mi się z żalem, że nasza podróż się kończy. Coś wisi w powietrzu, nawet K pyta, czy dzwoniłam już do dzieci.

      Wychodzimy. Tym razem zabieramy wszystkie karty na wszelki wypadek. K służy mi ramieniem i pierwszy kierunek, to oczywiście śniadanie. Idziemy do naszego Dom Kichota, gdzie panie już nas poznają, nawet pamiętają, co zamawialiśmy, więc bez większego problemu dostajemy to, co wcześniej. Bardzo mi tu smakuje wyciskany sok pomarańczowy, rozkoszuję się jego smakiem, podczas gdy K robi mi serię zdjęć. Do tej pory mam serie z każdego śniadania. Trochę mnie to śmieszy, bo nigdy nie miałam zrobionych tylu zdjęć w tak krótkim czasie i do tego takich, które by mi się podobały. K jest wpatrzony we mnie, jak sroka w gnat, ja w niego z resztą tak samo. Wydaje mi się, że to widzą wszyscy wokół i na nasz widok uśmiechają się, jak te panie w knajpce.

      och, jak pięknie wyglądasz w okularach

      - jak ci ładnie bez okularów

      - jak cudownie masz białe usta od mąki z bułeczki

      - ślicznie się uśmiechasz

      - jak super wyglądasz w tym kolorze

      Powinno mu się w końcu znudzić, ale za każdym razem wynajduje coś innego i zachwyca się na nowo. Śmieję się, że zacznę nagrywać w razie, gdyby kiedyś zmienił zdanie. On przeprasza mnie, że ciągle mi słodzi i mówi, że mnie kocha. Może i słodzi, ale tak przyjemnie jest, jak ktoś karmi moją próżność, a tym bardziej gdy jest to odwzajemnione.

      Siedzimy dobrą chwilę na tym śniadanku i ćwierkamy sobie, ale w końcu reflektujemy się, że znów zajdziemy o 13 do tego biura, bo już 11 i trzeba się ogarnąć jakoś.

      Tuptamy więc dalej, na mnie spoczywa obowiązek nawigacji, lubię to z resztą,  więc chętnie prowadzę nas wąskimi uliczkami, potem jedną z głównych, które aż tętnią życiem. Zatrzymujemy się przy wystawach, nawet znajduję piękną sukienkę, w której natychmiast się zakochuję. Wchodzimy do tego sklepu, ale widok ceny zwala mnie z nóg i chociaż K namawia mnie do zakupu, to jeszcze na głowę nie upadłam. Mówię mu, że nie musi mi udowadniać swojej miłości, zakochanie zakochaniem, ale za tą kwotę miałabym 10 innych ładnych sukienek. Na otarcie łez kupuję sobie piękną torbę za 29 Euro i jestem bardzo zadowolona. K natomiast wymarzył sobie taki kaszkiecik z materiału na lato, ale tutaj chyba nikt w czymś takim nie chodzi, bo w żadnym sklepie nie ma takich kaszkietów, ani w ogóle żadnych.

      W końcu znajduję szukane biuro. Wchodzimy tam, pomimo ładnego wyglądu, odrzuca mnie zapach i kolejka. K patrzy przez chwilę na mnie, potem na logo Guardim i mówi:

      - Nie wiem, jak ja Ciebie słuchałem, ale myślałem, że idziemy nie do biura Guardim, tylko do tego pośrednika!
      - No jak to, chyba z 10 razy ci mówiłam, nawet sam oglądałeś tą kartkę z adresem, którą dostaliśmy na lotnisku – śmieję się trochę z niego, bo faktycznie nieprzytomny jest
      - To teraz nie wiem, co zrobić, bo chciałem porozmawiać z tym pośrednikiem.
      - Zadzwoń tam – mówię – najlepiej tak będzie, może nam coś doradzą przez telefon. Szukamy numeru i znajdujemy, K dzwoni więc, ja przysiadam sobie na chwilkę, bo ból się nasila, a bardzo bym chciała jeszcze troszkę pozwiedzać.

      K dodzwania się bez większego problemu, rozmawia z niejaką panią Dominiką, która okazuje się bardzo kompetentną osobą. Przebukowuje nam rezerwację, przeprasza za sytuację z ubezpieczeniem, załatwia nam inne auto, w innej firmie. Tym razem nie kupujemy ubezpieczenia wkładu własnego, umawiamy się, że zakupimy je na miejscu. Umawia nas na za 1,5h na lotnisku i jedziemy na drugą próbę.

      Gdy dojeżdżamy na lotnisko, okazuje się, że biuro tej firmy na lotnisku jest zamknięte. Widzę, jak z twarzy K ulatuje nadzieja. Myślę jednak, że biuro może być zamknięte, ale skoro i tak zwykle na parkingu jest właściwie biuro, to poszukajmy busa z tej firmy na przystanku pod terminalem. Tak, jak wcześniej. K już chce dzwonić do pani Dominiki, ale widzę, że podjeżdża właściwy bus, więc wsiadamy. Kierowca daje nam listę i każe się na niej odhaczyć. Nie ma nas niestety, ale nagle oświeca mnie i mówię mu, że rezerwacja była zrobiona przed godziną!

      - Ok, ok, no problem – mówi kierowca i ruszamy.

      Na miejscu jesteśmy mile zaskoczeni, bo nie ma tutaj kolejki!!! Tym razem załatwiamy wszystko w 10min, kupujemy ubezpieczenie, albowiem znamy PIN:) i w końcu dostajemy upragnione kluczyki.

      Trochę jestem zdziwiona, bo zamiast Forda Focusa jest Renault Clio, ale pan mówi, że to ta sama klasa, więc jest ok. Samochód wygląda całkiem fajnie, siadamy więc i szybko podejmujemy decyzję, gdzie jedziemy. Mamy wszystko: przewodnik, mapę, nawigację i dobre humory.

      Ustalamy po dwóch minutach, że jedziemy do Bragi, ale naokoło, najpierw Vila do Conde, potem Viana do Castelo i na końcu Braga. Jest już dość późno, ale to nie są jakieś dalekie odległości, powinniśmy zdążyć przed zachodem słońca.

      Jedyne czego się obawiam, to kultura jazdy Portugalczyków, ponieważ naczytałam się o jej braku i obawiam się nieco jakiejś stłuczki, no ale mamy to ubezpieczenie, więc powinno być ok.

      Po drodze do Vila do Conde zatrzymujemy się i kupujemy melony. Właściwie, to K kupuje, ja siedzę w aucie i przyglądam się jego umiejętnościom językowym. Zawsze będzie mnie dziwiło, że on się dogada wszędzie i w każdym języku, bo nie ma żadnej blokady. I z każdym nawiąże fajną relację.

      Kawałek jedziemy autostradą, ale potem zjeżdżamy z niej, bo chcemy trochę popatrzeć na Portugalię z innej strony. To co zadziwiające dla mnie, to cmentarze. Same kapliczki, duże grobowce. Robię zdjęcie z samochodu, bo jestem naprawdę zafascynowana tymi cmentarzami.

      Docieramy do Vila do Conde – z daleka widać wznoszącą się nad miastem fortyfikację. Jedziemy w ciemno, chcemy powłóczyć się po starych uliczkach i zjeść coś dobrego. Znajdujemy miejsce parkingowe, o co jak się okazuje wcale nie jest łatwo i udajemy się w głąb starego miasteczka. Uliczki zapierają dech w piersiach, robię kilka zdjęć, chyba najładniejszych z tego wyjazdu, snujemy się powoli i podziwiamy zarówno wtopione w kamieniczki kaplice, kapliczki, jak i same fasady kamienic stojące przy tych uliczkach a wcale nie jest ich mało. Gdy docieramy do ryneczku, sjesta trwa w pełni, Jest ciepło, na ławeczce siedzi kilku mężczyzn z szemranych klimatów, na chodniku leży pies, który nie ma ochoty nawet kiwnąć ogonem. Udajemy się dalej, bo szukamy jakiejś restauracji, mając cichą nadzieję, że pomimo sjesty coś jednak zjemy. Przypadkiem trafiamy do restauracyjki, w której siedzą ludzie. Podłączamy się do nich i przeglądamy menu. K wchodzi do środka szukając toalety i potem opowiada mi o pełzających krabach i świeżych rybach oczekujących na swoją kolej.

      Wybieramy bacalhau szefa, porcja dla dwóch osób, bardzo polecane przez kelnera. Czyli zapiekany dorsz z pomarańczami, papryką i pure z ziemniaków. Brzmi całkiem dobrze, więc teraz pozostaje nam czekać na efekt zamówienia. Dostajemy naprawdę obiecująco wyglądającą michę jedzenia. Do tego pięknie pachnącą papryką.

      Czar pryska, gdy biorę do ust trochę pure – smakuje jak roztopiona Rama z ziemniakami. Czegoś tak ohydnego dawno nie jadłam, dorsz sam w sobie smaczny, ale smak pure dotarł wszędzie: i do papryki i do dorsza, więc zjadam tylko odrobinę i pytam K, czy jemu smakuje.

      - Grażka, jestem tak głodny, że muszę coś zjeść, ale fakt, że to pure jest obrzydliwe.

      Koniec końców zostawiamy połowę, płacimy i wychodzimy. Czuję, że stanęło mi to na żołądku, jest mi niedobrze i ciężko. Nic jednak nie mówię, bo po pierwsze już jęczę, trochę, bo noga boli, a do tego nie będę uprzykrzać K życia, bo i tak nic nie można zrobić. Wracamy do auta. Po drodze napotykamy skwerek z drzewkami pomarańczowymi. Jestem zaskoczona, że pomarańcze nadal wiszą na gałązkach. Wygląda to tak pięknie, że znów robię kilka zdjęć i docieramy w końcu do miejsca, z którego już mamy bardzo blisko do parkingu. K namawia mnie na kawę, żeby zabić smak nieszczęsnego pure. Czuję się, jakbym zjadła całego niedźwiedzia, jedzenie spuchło mi w żołądku i ledwo wlewam w siebie kawę. Znów mam sesję fotograficzną na kawiarnianym krzesełku, ale że robi się późno, to decydujemy się na przyspieszenie tempa i wracamy do samochodu.

      Przez chwilę dyskutujemy nad dalszą drogą, bo ja optuję za jazdą autostradą jednak, ponieważ boję się, że nie zdążymy dojechać do Bragi za jasności, ale K mówi, że naprawdę te odległości nie są jakieś makabryczne i chciałby jednak pojechać drogą krajową. Po chwili negocjacji godzę się, chociaż zdaję sobie sprawę, że to będzie droga 50km/h, bo tutaj szybciej się na tych drogach nie da.

      K jednak ma rację. Gubimy się raz jeden i trafiamy w piękne miejsce: palmy przy plaży, piękne słońce, rzeka. Zatrzymujemy się tu na chwilę i udajemy dalej do Viana do Castelo, która zaskakuje nas korkami, wielkością i pięknem. Znaleźć miejsce parkingowe na Starym Mieście graniczy niemal z cudem, w końcu K decyduje się zaparkować w jednokierunkowej uliczce tak wąskiej, że bez mojej pomocy nie może sobie poradzić. Parkujemy, ale przejeżdżające auta ledwo się mieszczą jadąc obok. Umawiamy się, że jesteśmy tu tylko na tzw „rzut oka“, bo czasu jest już naprawdę niewiele, a ja nie chcę odpuścić Bragi. Nadal czuję się fatalnie, ale jakoś daję radę. Nawet nogę jako tako rozchodziłam. K odczuwa to samo, więc snujemy się trochę jak za karę, mimo to staramy się jakoś pozbierać. Robię sobie zdjęcie przy sklepiku z antykami, bo znajduję śliczną koneweczkę, co prawda nie chcę jej kupić, bo do niczego mi niepotrzebna, jednak zachwyca mnie na tyle, że chcę ją uwiecznić.

      Kawałek dalej znajdujemy mały warzywniaczek. Chcemy kupić na jutrzejsze śniadanko lub dzisiejszą kolację jeszcze jednego melona. W sklepiku obsługuje nas miła starowinka, która wygląda na 100 lat. Bierze melona, waży go, potem idzie po kalkulator. W międzyczasie zapomina, ile ważył melon, więc znów idzie z nim na wagę i dopiero nas podlicza. Wzrusza mnie ta scena, poza tym uświadamiam sobie, że w Portugalii w wielu sklepikach można spotkać takich starych ludzi. Nie mam pojęcia, czy dorabiają do emerytury, czy po prostu jest to ich przyjemność.

      K boi się, że się zgubiliśmy i chce wracać, ja jednak czuję, że jak pójdziemy prosto, wyjdziemy blisko naszego auta. Na szczęście mam rację, a K jak zwykle mi ufa. Samochód stoi, nieporysowany, więc nie jest źle, K otwiera mi drzwi i jedziemy już do Bragi. Udaje nam się ominąć korek, ale decydujemy się na jazdę autostradą, bo słońce już nisko a Braga jednak dość daleko.

      Gdy dojeżdżamy, jest już zachód. Naczytałam się o Starym Mieście, tylko nie jestem pewna naszej nawigacji, a miasto jest dość spore. Na szczęście nie ma korków ze względu na późną porę. Nawigacja każe nam parkować w miejscu, które wygląda raczej na nowoczesne. Robię zdjęcie nazwy ulicy w razie czego i udajemy się na poszukiwanie zabytków. Jakoś chyba mam dość dobry nos, bo okazuje się, że tuż za rogiem zaczynają się stare kamieniczki, więc chyba jesteśmy blisko. Za chwilę widzimy, że tak naprawdę, to jesteśmy na miejscu. Plątanina uliczek, przepięknych kamienic, dostojna katedra i kobieta, która mija nas, a potem wraca i pyta po angielsku, czy nie kupilibyśmy jej zupy, albo czegoś ciepłego do jedzenia dla niej i jej córki.

      Śmieję się do K, że chyba mamy jakąś siłę przyciągania. Nigdy jednak nie odmówiliśmy komuś jedzenia, więc wracamy się, w pierwszej lepszej restauracji kupujemy jej tosty i zupę. Jestem zaskoczona, bo wydaje mi się, że kobieta mówi po angielsku komunikatywnie, nie wygląda też na narkomankę, mam ochotę zapytać jej, dlaczego nie ma pracy, ale rezygnuję jednak, bo chcemy iść dalej, a jest coraz później. Zostawiamy ją pałaszującą tosty, zdziwionego kelnera i idziemy dalej. Szukam bramy, która powinna gdzieś tu być. Jest mi coraz bardziej niedobrze, K też, stwierdzamy, że musimy zjeść coś lekkiego, bo zarazem jesteśmy głodni. Robi mi się słabo z głodu i chyba ze zmęczenia, noga pulsuje, siadam więc na kamieniu i proszę K, żeby dał mi chwilę. Nie mówię mu, że mi słabo, ale myślę, że może po prostu powinnam uzupełnić płyny. K krąży wokół mnie podziwiając budowlane cuda a ja popijając wodę przyglądam mu się z czułością, bo tak bardzo cieszę się, że go mam. K zaczepia przechodnia pytając o tą bramę, okazuje się, że jest ona kilka przecznic dalej.

      Jedna rzecz rzuca mi się w oczy, gdy patrzę na przechodniów: starsze kobiety są siwe. Niezależnie, czy jest to Porto, czy Vila, Viana czy Braga. Po prostu, jak 30 lat temu w Polsce. Widok trochę dla mnie zaskakujący ale mimo wszystko jest w tym jakieś piękno.

      Ostatecznie znajdujemy bramę, załapujemy się na ostatnie promienia słońca i udajemy się a powrotem rozglądając się za jakąś dobrze wyglądającą restauracją. Wydaje mi się, że znajduję taką, nieco schowaną w głębi kamienicy, z pięknym jasnym wystrojem. Kelner czeka na nas w drzwiach serdecznie zapraszając. Dostajemy na przystawkę świeże, ciepłe bułeczki z masłem, z czego skwapliwie korzystamy. K zamawia zupę z kapusty a ja pytam o sałatkę, bo mam ochotę na jakąś grecką może lub coś w tym stylu. Niestety w menu nie ma żadnych sałat. Znajduję tylko coś pod hasłem lettuce – pytam więc kelnera, czy to rzeczywiście sama sałata, czy ma jakieś dodatki, np. z pomidory. On mówi, że ma pomidory, więc zamawiam.

      Po chwili dostaję kilka liści sałaty z sosem vinegret, a K pomidory. Śmiejemy się oboje, bo nie wiem, czyj angielski jest taki słaby: mój, czy kelnera. Na szczęście możemy wymieszać wszystko na talerzu i zjadam ze smakiem. Bardzo dobrze mi to robi, K zamawia mi jeszcze białe, wytrawne porto. Dostaję małą karafkę. Jestem tak zmęczona, że od razu wiem, że nie dam jej rady, więc wypijam tyle, żeby wyjść w miarę trzeźwa, ale czuję, że proces trawienny ruszył i wino załatwiło temat. Od razu humor nam się poprawia, nawet szybko znajdujemy auto i udajemy się w drogę powrotną. Tym razem autostrada zostaje wybrana jednogłośnie. Do domu docieramy ok 22, miasto tętni życiem, w knajpie pod naszym mieszkaniem jest impreza, jakieś urodziny chyba, bo dużo młodych ludzi, dużo alkoholu, głośne śpiewy. Dziś nie odwiedzamy sklepiku Mulata, za to idziemy na chwilę do knajpki przecznicę obok, siadamy sobie na porto, K na piwo, znów tłumacząc się, że nie jest Niemcem.

      Ustalamy wstępny plan na jutro, bo samochód mamy do 21, więc sporo czasu, żeby jeszcze coś zobaczyć. To był bardzo długi dzień, zbieramy się więc do domu i chociaż nie zamierzamy, to czeka nas jeszcze długa, bardzo przyjemna noc. Kocham Porto, kocham wino i kocham K. Dobranoc.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 23:31
    • Europo, piękna Europo cz 6 - podróż poślubna cz 4

       

      Dzień piąty – wynajmujemy samochód

       

      - Grażka, chyba musimy już wstać – najwyraźniej słyszę głosy. W ogóle śni mi się, że gdzieś jadę i nie mogę dojechać. Głos brzmi dziwnie znajomo. Poza głosem słyszę też inne dźwięki. Powoli odzyskuję świadomość. To dźwięki z ulicy. Otwieram oczy i zaraz zamykam, słońce świeci prosto na mnie.

      - Krzysiu...już wstałeś? - dziwię się trochę, nie czułam, że wychodzi z łóżka.

      - Nie śpię od godziny, nie mogę się na ciebie napatrzeć. Masz ochotę na kawę?

      - Yhy – na razie nie jestem zbyt rozmowna. Próbuję osadzić się w czasoprzestrzeni.

      - A jak noga?
      - Jaka noga? Aaa, jeszcze nie wiem – uśmiecham się i zaglądam pod kołdrę – nadal jest – śmieję się – boli, ale chyba nie spuchła bardziej.

      Próbuję wstać ale niestety muszę skakać na jednej nodze, nadal nie mogę przenieść ciężaru ciała na tą nadwyrężoną. Na szczęście uświadamiam sobie, że dziś mamy wynająć samochód. Tylko jakoś trzeba dojechać na lotnisko – tam czeka na nas auto.

      - Wiesz co, nie martw się, na pewno dam radę. Jakoś dokuśtykam do metro i dojedziemy na lotnisko. Idę się wykąpać.

      Gdy wracam, czeka na mnie pachnąca kawa i znów miseczka owoców. Ciemne winogrona nie mają tutaj takiej twardej skórki jak u nas. Są naprawdę doskonałe. Czuję ssący głód, więc pochłaniam natychmiast zawartość miseczki i nagle robi mi się głupio.

      - Krzysiu, a czy ta miseczka to miała być tylko dla mnie? Dla Ciebie też starczyło? - po jego minie widzę, że nie, ale śmieje się znowu i przytula mnie mówiąc, że i tak zaraz idziemy na śniadanie.
      - Bardzo fajny widok, jak tak pałaszujesz, że aż trzęsą ci się uszy – ciągnie mnie na łóżko – połóż się, zaraz podam ci kawę.

      Czas rano pędzi niczym struś pędziwiatr. Powinniśmy być ok 10-11 na lotnisku, ale już wiem, że na pewno nie będziemy. Piszę więc maila, że będziemy ok 12-13. Kawa smakuje wybornie, ale po niej tylko się rozleniwiam. Leżymy sobie, rozmawiamy i przytulamy. Jest bosko. Tylko coraz później.

      Gdy w końcu udaje się nam ogarnąć i wyjść z domu, udajemy się do naszej sprawdzonej restauracyjki ze śniadaniami, ale niestety dziś jest zamknięta. Na przeciwko za to jest otwarta inna, wchodzimy więc do niej i zamawiamy tosty. Kelnerka podaje mi jedzenie z uśmiechem, zaglądając w oczy, aż nawet K to widzi. Śniadanie jest pyszne, K zamawia podwójną porcję, mi wystarcza jedna, no ale ja wrzuciłam w siebie jeszcze miseczkę owoców jakieś dwie godziny temu. W restauracji jest straszny hałas, co zaczyna mi doskwierać, nie mają tam zmywarki, wszystko odbywa się na oczach klientów, przygotowywanie posiłków łącznie z myciem garów i wymianą worków na śmieci. To naczynia tak hałasują. Ale klientów jest mnóstwo, restauracja pęka w szwach.

      - Już wiem, dlaczego nasza knajpka była zamknięta! – doznaję olśnienia – dziś jest 1 maja!!!

      Wychodzimy najedzeni i opici wyciskanym sokiem z pomarańczy. Noga boli mnie jak diabli, ale staram się nie narzekać. Jedyny minus, to zamknięte apteki, nawet bandaża nigdzie nie kupię. A do lekarza żeby jechać, to szkoda mi czasu no i boję się, że mi gips założą albo coś. Wiem, że to głupie myślenie, ale ufam oku K, który nadal twierdzi, że to tylko nadwyrężenie.

      Idziemy powoli do metra, widzimy, że na peronach pełno policji, zauważamy też całe mnóstwo poprzebieranych studentów. Coś czuję, że to mogą być jakieś juwenalia. Ciekawa jestem tutejszych obyczajów.Wsiadamy do metra, K zajmuje dla mnie siedzenie. Kojarzę trasę, którą jedziemy. W wagonie znowu słyszymy Polaków, ale to pewnie dlatego, że to linia na lotnisko, większość osób ma ze sobą bagaż.

      Wysiadamy i szukamy naszej wypożyczalni. Samochód rezerwowaliśmy przez pośrednika, ale zapisałam sobie nazwę firmy, którą mamy odnaleźć. Wchodzimy na terminal i pierwsze co rzuca mi się w oczy, to punkt pierwszej pomocy. Kuśtykam tam uradowana, a K za mną. Dzwonimy. Otwiera mi piękna młoda kobieta. Mówię jej, co się stało i pokazuję stopę. Dziewczyna pyta, czy boli i czy coś jadłam. Patrzę na nią zdziwiona i mówię, że tak, boli i że jadłam, ale jakieś 1,5 temu. Pyta dalej, czy nie chcemy iść czegoś zjeść. Robię oczy jak 5 zł i mówię, że nie i dlaczego o to pyta. Ona na to, że nie mogę mieć pustego żołądka, a chce mi dać tabletkę. Aaaaaaa! Już wszystko jasne, dziwne, że mnie wcześniej nie oświeciło. Pytam, czym chce mnie uraczyć. Ibuprofen. Ok, łykam mimo pustawego żółądka. W sumie nie pomyślałam o środkach przeciwbólowych. Na kolejne polecenie przenoszę się za kotarkę, tam dziewczyna zakłada mi bandaż, wcześniej badając stopę. Mówi, żebym po przyjściu do domu położyła się z nogą w górze i oszczędzała ją. Na pewno. Szczególnie, że zaraz wyjeżdżamy:). Dziękuję jej, jestem naprawdę wdzięczna, bo trochę lepiej z tym usztywnieniem i pytam, czy coś płacę. Nie, nie płacę, mam tylko wpisać jakimi liniami przyleciałam. No to piszę, ale nie zdradzam, że kilka dni temu.

      Wychodzimy z punktu i udajemy się na dalsze poszukiwanie naszego auta. Jest! Widzę zielony kiosk, to na pewno Guardim! Mam rację, ale pani z kiosku każe nam wyjść z terminala, poczekać na busa i resztę mamy załatwić już w innym miejscu. K za bardzo nie rozumie, co prawda, tłumaczę mu, ale on nie cierpi nie rozumieć i denerwuje się trochę, bo nie jest pewny, czy ja dobrze zrozumiałam z tym autem.

      Ja jestem pewna, że dobrze. Ustawiamy się nawet na odpowiednim przystanku, bo za chwilę podjeżdża pięknie oznakowany bus i zabiera nas na parking. I tu nasza przygoda dopiero się zaczyna.

      Na parkingu, na który zawozi nas bus, jest co najmniej kilka biur różnych firm wynajmujących samochody. Martwię się trochę, bo w mailu potwierdzającym dostaliśmy informację, że powinniśmy wydrukować voucher, ale nie mamy jak, więc mamy tylko przygotowany numer rezerwacji no i ewentualnie możemy pokazać voucher w komórce. Pierwszy raz wynajmujemy auto, więc cały proces jest dla nas nowością.

      W biurze Guardim jest kolejka na kilkanaście osób, noga mnie boli, więc znajduję sobie miejsce do siedzenia. K w tym czasie grzecznie stoi i próbuje zainstalować jakąś aplikację na telefon. Kolejka przesuwa się powoli, aż w końcu hurraa! Nasza kolej!

      Trochę mam obawy, czy się dogadam, bo ucząc się angielskiego z Piotrkiem, nie przerabiałam niestety słownictwa z wynajmu samochodów, a z kolei tu znowu nikt nie mówi po niemiecku. Podchodzę więc razem z K do stanowiska i próbuję załatwić temat. Wszystko idzie gładko, nie musimy mieć przy sobie vouchera, tylko w momecie, gdy już prawie wszystko wydaje się załatwione obsługujący nas pan pyta o ubezpieczenie.

      Z wynajmem jest tak, że na okres użytkowania auta firma wynajmująca blokuje na karcie kwotę wolną od ubezpieczenia, tzw wkład własny, bo ubezpieczenie działa dopiero od pewnej kwoty wzwyż. W tej sytuacji powinniśmy mieć ze sobą kartę kredytową, na której można zablokować kwotę prawie 2000 Euro. Czytałam o tym, ale przy wynajmie mogłam zakupić dodatkowe ubezpieczenie, które ubezpiecza ten wkład własny i koszt za dwa dni to ok 65Euro. Oczywiście wykupiliśmy tą opcję, więc ufna, że nie muszę blokować tych 2000 Euro tłumaczę to panu, pokazując na voucherze ubezpieczenie.

      I tu zonk, bo ta firma akurat nie honoruje tego ubezpieczenia od pośrednika, bo mają swoje. What???? Z lekka głupieję przy stanowisku i zastanawiam się, czy dobrze zrozumiałam. Tłumaczę K sytuację. Próbuję jeszcze raz powtórzyć panu, co zrozumiałam i czy to prawda. Niestety prawda. Pan proponuje, że zadzwoni do pośrednika, żeby anulował to ubezpieczenie i sprzeda nam swoje. No w sumie, jak mu się uda, to proszę bardzo. Tylko, że K nagle mówi, że wziął ze sobą tylko dwie karty, ale używa je bez pinu w PL i Niemczech, resztę kart zostawił w mieszkaniu, bo nie chciał, w razie kradzieży stracić wszystkich. Oczywiście mieliśmy wszystko opłacone, więc wziął takie, które na koncie nie miały jakiś dużych kwot. Problem jednak nie tkwi w pieniądzach, bo spokojnie pokryjemy ubezpieczenie, tylko w tym, że K nie pamięta pinów. Pytam więc pana, czy będzie potrzebna karta, czy możemy płacić gotówką. Niestety, tylko karta.

      Czuję, że lekko nie będzie. K już zdenerwowany próbuje przypomnieć sobie pin. Pan obsługujący dzwowni i pośrednika i załatwia nam anulację ubezpieczenia, co mu się szybciutko udaje. Teraz tylko wpisać pin i odjeżdżamy stąd. Trzy próby K i karta zablokowana. Dzwonimy więc do banku, jest 1 maja, ale linia oczywiście działa i odbiera pewna pani, która informuje K, że nic nie można zrobić. Tzn po błaganiach coś by zrobiła, ale i tak nie może, bo wszelkie zmiany na koncie internetowym K dokonuje za pomocją potwierdzeń nie smsowych a na zdrapki, których oczywiście przy sobie nie ma. Więc na razie tkwimy w punkcie wyjścia. K wymyśla, żeby zadzwonić do Kai, bo ona biegle mówi po angielsku, to na pewno pomoże. Dzwoni więc i podaje słuchawkę panu. Kaja powtarza nam to, co sama zrozumiałam łącznie z informacją, że nie można nic zrobić i że nie można płacić gtotówką i że generalnie pat.

      Ja akurat inteligentnie nie miałam przy sobie żadnej karty kredytowej z tych samych pobudek co K. Ale teraz to mogłam tylko pluć sobie w brodę. Pan daje nam adres swojego biura, które jest trochę bliżej naszego mieszkania niz lotnisko i wychodzimy bez auta i bez humorów. 2H zmarnowane na samej konwersacji. Dobrze, że chociaż nogę owinęłam. Tyle dobrego.

      Postanawiam wziąć się w garść i ustalamy, że dziś robimy sobie luz (tak, jakby wcześniej go nie było) i idziemy gdzieś sobie posiedzieć, bo ja z tą nogą za wiele nie zwojuję, a szkoda dnia. Idziemy wolniutko do metra, trzymamy się za ręce i czuję, jak mnie ogarnia głupawka. Śmiejemy się z tego do rozpuku, bo przecież nie bylibyśmy sobą, gdyby nam się coś takiego nie przydrzyło.

      Wracamy na Bonjardim, w metro stoi policja i sprawdzają każdego wychodzącego skanując mu bilet. Całe szczęście, że mamy bilety i że wszystko w porządku, bo mamy na dzisiaj dość atrakcji. Włóczymy się chwilę po uliczkach szukając knajpki, która nam się spodoba i siadamy na dworze wystawiając twarze na słońce. Oczywiście wysmarowani kremem z filtrem.

      Ulica nieco opustoszała, ale słychać z pobliskiego deptaku skandowanie partyjne. Przecież to obchody 1 maja!!! Zbieramy się i idziemy w stronę pochodu, który właśnie wyrusza. Nie ma za dużo ludzi w tym pochodzie, właściwie jest bardzo mało, znacznie więcej jest gapiów. Przypomina mi się, jak będąc dzieckiem grałam na werblach jako doboszka, ale pamiętam tylko jeden pochód, ten, który skończył się w kolejce po płyn Lugola.

      Mijamy po drodze ostatniego rewolucjonistę, trochę dziwne, ale akurat szedł samotnie w odwrotnym kierunku, niż pochód. Może mu się znudziło. Zaraz przy deptaku jest stoisko z m.in. watą cukrową i zimnymi napojami sprzedawanymi z wielkich pojemników wypełnionych wodą z lodem. W zasadzie nie ma jakiegoś wielkiego upału, bo wieje chlodny wiatr i większość osób ma na sobie długi rękaw, więc pani się trochę nudzi.

      Idziemy sobie do naszej knajpki na łososia z grilla, kelner nas poznaje, siadamy na naszym wczorajszym miejscu. Dziś na przystawkę jest inna zupa, chyba jakaś grochowa, pyszna. Na snucie się po uliczkach trochę nie mam siły, tzn noga już znacznie mi dokucza, więc zwijamy się i wracamy kroczek po kroczku.

      Oczywiście sklep z Mulatem po drodze musi być, nawet jest dziś otwarty, Mulat mówi nam, że do 21:00, więc współczujemy mu, kupujemy co trzeba, wyprowadzamy Mulata z błędu, że K jest Niemcem i wracamy. Jest piękny wieczór, słońce jeszcze w pełni przyświeca, w życiu bym się nie zorientowała, że to już 19. Chcemy się dziś wcześniej położyć, bo jutro trzeba zadzwonić do pośrednika i podejść do innego biura Guardim, więć raczej trzeba by to było załatwić z rana, żeby jeszcze zdążyć pojechać gdzieś tym autem. W końcu rezerwację mamy na dwa dni, pierwszy właśnie się kończy, ale drugi przed nami.

      W domu tak nam się fajnie spędza czas, że jednak zasypiamy gdzieś ok 3 w nocy. Ja w ogóle nie mogę zasnąć, patrzę na śpiącego K, głaszczę go delikatnie, szepczę, chociaż nie słyszy, że przychyliłabym mu nieba. Myślę intensywnie o jego pragnieniu bycia ojcem, bo z jednej strony sama bym chciała to pragnienie spełnić, ale z drugiej tyle mam w głowie obiekcji, że nie jestem w stanie zaakceptować takiej ewentualności zupełnie świadomie. Na tę chwilę to moje jedyne lęki i obawy, wszystko inne gdzieś uleciało, a poczucie szczęścia gości w moim sercu, duszy, głowie i w zasadzie wszędzie, rozpanoszone do granic możliwości. Cały czas niemożliwym wydaje mi się, że jest ktoś, kto tak bardzo mnie kocha.

      W domu tak nam się fajnie spędza czas, że jednak zasypiamy gdzieś ok 3 w nocy. Ja w ogóle nie mogę zasnąć, patrzę na śpiącego K, głaszczę go delikatnie, szepczę, chociaż nie słyszy, że przychyliłabym mu nieba. Myślę intensywnie o jego pragnieniu bycia ojcem, bo z jednej strony sama bym chciała to pragneinie spełnić, ale z drugiej tyle mam w głowie obiekcji, że nie jestem w stanie zaakceptować takiej ewentualności zupełnie świadomie. Na tą chwilę to moje jedyne lęki i obawy, wszystko inne gdzieś uleciało, a poczucie szczęścia gości w moim sercu, duszy, głowie i w zasadzie wszędzie, rozpanoszone do granic możliwości. Cały czas niemożliwym wydaje mi się, że jest ktoś, kto tak bardzo mnie kocha.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 23:15

Wyszukiwarka

Kategorie

Autorzy

Kanał informacyjny

;