Cwałem przez życie

Wpisy

  • wtorek, 22 lipca 2014
    • Zakupy

      W Niemczech nie wszędzie można płacić kartą kredytową. Jeśli kartą, to tylko EC czy jakoś tak. Ichnią. Na przykład nie można w sklepach RTV AGD, do których dzisiaj pojechaliśmy. K nie wypłaci z bankomatu kasy, bo się nie opłaca, ani ja, bo mi nie pozwoli. A chcieliśmy kupić tusz do drukarki, bo musimy wydrukować faktury, a tusz i papier się skończył. Na karcie EC mamy 41 Euro, full kasy, no nie? Drobniaki ze skarbonki dawno poszły w niepamięć.

      Całe szczęście jednak, że przy tej okazji wyszło o tych kartach EC, bo za Chiny bym nie wpadła, że tu tak jest jak jest! I na pewno najadłabym się wstydu, bo jutro/pojutrze wybieram się na zakupy. Teraz wiem, że zahaczę o bankomat na pewno.

      Tusze kosztują razem 39,98 Euro, papier coś około 3 Euro. K stoi przy tej kasie i się zastanawia. Podpowiadam głośnym szeptem: bankomat, ale bez odzewu.

      - wiesz co, podjedziemy do innego sklepu, może będzie taniej.

      - jest 17:50, będzie czynny?

      - spoko

      No to jedziemy. Myślałam, że do innego sklepu, ale my jedziemy proszę państwa do innego sklepu DO INNEGO MIASTA. Takiego obok, oddalonego o kilkanaście kilometrów. Ja chyba nigdy nie zdążę za sposobem myślenia K.

      Dojeżdżamy. Udajemy się po tusze. Muszę ukryć uśmiech, bo tusze kosztują dokładnie 38,98 Euro. I też nie można płacić kartą. Za to papier kosztuje o 50 centów mniej.

      K ma minę trochę niewyraźną. Podpowiadam mu, że może papier kupimy z drobniaków, a na resztę wystarczy. Tak robimy. Pani w kasie pyta, w jakim języku mówimy do siebie, bo ona zna rosyjski i trochę rozumie, ale wie, że to inny język. Mówimy, ze polski i płacimy.

      Wracamy. K nie ma za bardzo humoru, jest wkurzony, bo miał przyjechać wcześniej a nie dał rady, kolejni pracownicy mu się wysypali, tacy co mieli przyjechać w niedzielę z PL, do tego miał się rozliczyć wcześniej ze zleceniodawcą i nie zdążył, a już by były pieniądze na właściwym koncie lub w gotówce, więc musi zaraz pojechać.

      No i jest zły, ze przejechał tyle kilometrów na darmo w sumie. Rozumiem go w zasadzie. Mówię przekornie, że nie powiem "a nie mówiłam", bo on też mi nie powiedział, jak z moją pracą nie wyszło, a pamiętam, że mi odradzał.

      Mam nadzieję, że humor mu się polepszy, jak wróci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 lipca 2014 19:52
    • No kurna, bez jaj!

      Wychodzimy do sklepu, więc przebieram się w dżinsy, bo pada. Wszystkie spodnie mam ze stretchem, więc wiadomo, trzeba się w nie trochę wbić. TROCHĘ, ale bez przesady.

      - kochanie, cały czas się zastanawiam: ty nie masz tych spodni za małych o 2 rozmiary?

      -????????? - i tu strzelam rybkę - że co?

      - no pytam, czy nie masz za małych tych spodni, bo cały czas mam wrażenie, że są za małe.

      - ej no, bez jaj - mówię - to ty nie wiesz, że to ciężka obraza jest, takie pytanie?

      Teraz to on strzela rybkę.

      - ale jak to?

      - no tak to, bo o ci chodzi? Wylewa mi się bokami czy jak? - retorycznie pytam, bo się nie wylewa mam nadzieję.

      - nieee, no co ty, tylko pytam, bo zawsze jak ubierasz, to one są takie dopasowane

      - za ciasne czyli? Daję ci radę: nie brnij już

      - nie, tylko właśnie, jak je ubierasz są ok, ale ZANIM je założysz wydają się za małe

      - bo są ze stretchem głupolu. Wszystkie. A ja jeszcze pasek noszę, bo są za duże w pasie, jakbyś tego nie zauważył.

      - aaaaaa!

      Ale się obraziłam właśnie. Pisałam, że mnie rozpieszcza, tak? No to nadrobił mój rycerz, oj nadrobił ;-) Chyba za mdło było.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 lipca 2014 19:35
    • Dzisiaj

      Za oknem od wczoraj leje, więc nie chce mi się wychodzić z domu. K rozpieszcza mnie jak małą dziewczynkę, bo prawie cały dzień go nie ma, więc kiedy wraca, chce nadrobić ten czas. Co chwilę pyta, czy nie czuję się samotna. Cieszy się, że znów piszę.

      Kiedy patrzę na niego wydaje mi się to wszystko nierealne. Wracam do naszych początków, gdy nie było jeszcze rutyny codziennych problemów. Jednak sądzę, że gdy się traci nad nimi kontrolę, potrafią zabić miłość.

      Potrzebny był nam ten wyjazd i to bardzo. Wyjazd gdziekolwiek, byle razem. Przy nim czuję się bezpiecznie i wszystkie problemy stają się mniejsze, jego ramiona tworzą mur, tak żeby nic nie mogło mnie zranić. 

      Kiedy się boję, wyłączam emocje. Jak za pomocą guzika: pstryk i nie ma. Taki mój wcześniejszy sposób na walkę z depresją. Bardzo niebezpieczny, bo staję się jak robot - funkcjonuję, ale nie potrafię się włączyć. Uciekam i zamykam się. Tylko K umie tak pogrzebać w mojej głowie i znaleźć włączniki, żebym znów nauczyła się czuć cokolwiek. Każe mi krzyczeć i płakać, złościć się i cieszyć. Czasem mnie to przeraża, bo boję się być szczęśliwa. Lęk pozostaje. 

      Dziś żyję pełnią życia, ale gdzieś tam w środku wiem, że kiedyś to stracę, więc muszę być tu i teraz. Na 100%.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 lipca 2014 08:35
    • Co w głowie piszczy

      Tęsknię za dziećmi.

      - mamuś, a co u ciebie? - zapytał Michał, gdy się w końcu do niego wczoraj dodzwoniłam - my jesteśmy nad jeziorem, ale nie wiem gdzie.

      Pogadałam  nim chwilę i poprosiłam, żeby dał Piotrka, bo nie niego też się nie mogę dodzwonić.

      - słyszałam, ze jesteście nad jeziorem? - zapytałam Piotrka, gdy Michał dał mu telefon 

      - nie - słyszę zdziwiony głos - jesteśmy W LESIE i chyba mamy najcieplejszy domek z tych leśnych

      Myślę szybko, o co chodzi, ale Piotrek ciągnie dalej:

      - bo wiesz, te domki w lesie są drewniane, czyli raczej zimne, prawda? To w tym naszym jest TAK GORĄCO! Że jest chyba najcieplejszy.

      Za długo nie pogadałam, bo się pokłócili o wydawanie z siebie odgłosy, więc poprosiłam Piotrka, żeby naładował swój telefon i mam nadzieję, że to zrobi.

      - tata cały czas ładuje swój i nie chce naładować mojego - pożalił się Piotrek na moją prośbę - a ja nie wziąłem swojej ładowarki.

      Dzielę przez 10 to, co mówi, proszę, żeby pogadał w takim razie z Michałem, bo mają ten sam typ telefonu. Zobaczymy. Nie chce mi się rozmawiać z Rexem, czeka nas po przyjeździe i tak ciężka rozmowa, a myśl o niej rozwala mnie zupełnie. 

      Dzielenie majątku należy chyba do najbardziej upokarzających rzeczy. Bardziej niż rozwód. Wygląda na to, że nie obejdzie się bez prawnika i żal mi tych relacji, które już udało się wypracować. Ale to moja wina, bo mogłam to zrobić od razu przy rozwodzie a nie zgadzać się na jakieś krzywdzące mnie układy. Rex mi zarzuca, że zrywam układ, bo nie chcę pieniędzy za 7 lat, tylko teraz. Sadzę, że on też by nie chciał na moim miejscu, ale on nigdy na mnie nie patrzył, na dzieci też nie, więc dlaczego miałby to nagle zmienić. Do tego nie mam żadnej gwarancji, że po tych 7 latach mnie spłaci ani czy w ogóle będzie żył (albo ja). Przez 7 lat zdąży założyć rodzinę i mieć kolejne dzieci, więc sytuacji raczej nie poprawi. Niczego to dla niego nie zmieni. Bez sensu to jest zupełnie.

      Nigdy nie myślałam, że będę w takiej sytuacji. Obym z niej szybko wyszła. Potrzebuję trochę mądrości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Co w głowie piszczy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 lipca 2014 08:20
  • poniedziałek, 21 lipca 2014
    • Europo, piękna Europo cz 4 - Włochy cz4

      Niedziela, 20 lipca

       

      Tym razem oboje nie możemy wstać, chociaż śniadanie tylko do 8:30. O ósmej zwlekamy się z łóżka, mówię K, ze najwyżej spakujemy się po śniadaniu. Kąpiel i o 8:25 jesteśmy w restauracji. Hotel Baldo to interes rodzinny. Szef, czyli ojciec rodziny robi tu wszystko, łącznie z przygotowaniem śniadania i nakrywaniem do stołu. Jesteśmy trochę zawiedzeni, bo na śniadanie mamy praktycznie wszystko na słodko. Nie ukrywam, że nastawiłam się na lokalne specjały, a tu kupne ciastka i ciasta, jogurt z wkrojoną śliwką, Hochland w plastrach, dżem w kapsułkach i to wszystko. Spróbowałam tego jogurtu, bo myślałam, że to jakiś serek. Spróbowałam też jednego z ciast i nie byłam w stanie zjeść nic więcej. K to samo.

      - przyniosę ci kawę - powiedział i poszedł poszukać ekspresu

      Kawa okazała się być zbożowa, a przynajmniej miała taki smak i rozczarowanie K sięgnęło zenitu.

      - oj tam, staniemy po drodze na jakąś kawę, a tymczasem zrobimy sobie z naszego ekspresu.

      Pakowanie tym razem też poszło szybko. Zaraz za naszym hotelem znajdujemy schody, które prowadzą do kościoła, gdzie roztacza się przepiękny widok. Postanawiamy, że podejdziemy do tego kościoła, a potem do sanktuarium, które widzieliśmy po drodze. Okazało się, że to jest słynne sanktuarium Madonna della Corona, wbudowane w skałę po wschodniej części góry Monte Baldo. Bardzo chcę je zobaczyć. Jedyny mankament, to to, że mam na sobie cieniutką bluzeczkę na ramiączkach, więc muszę wziąć dresową bluzę, żeby zasłonić ramiona w kościele.

      Na parkingu przez sanktuarium jest już całkiem sporo ludzi. Jest godzina 10:10. Czytałam wcześniej, że do tego kościoła prowadzi ponad 500 schodów. Zejście nie zajmuje nam wiele czasu, po drodze żartujemy sobie i mijamy dwóch mężczyzn, którzy mówią nam dzień dobry.

      - o, Polacy! – cieszymy się i idziemy dalej.

      - to pewnie kierowcy z jakiegoś autobusu – mówię do K, wydaje mi się, że widziałam jakiś polski autobus na parkingu.

      Kościół rzeczywiście znajduje się bardzo nisko. Wzdłuż drogi prowadzi droga krzyżowa, bardzo przydatna jak się potem okazuje w drodze powrotnej, bo można sobie przysiąść.

      Co ciekawe, Włosi zrobili tam dojazdową asfaltówkę, ponieważ kursują w górę i w dół lokalne autobusy. Droga jest oczywiście bardzo kręta, z dziedzińca kościoła widać naprzeciw autobus, który wygląda, jakby zawisł na zboczu góry. Trafiamy do sanktuarium, z którego śpiewy słychać było jeszcze wysoko nad nim.

      Przed samym sanktuarium zaczepia nas stary żebrak o brodzie do pasa i ciemnej cerze. Rozkładam ręce, bo nie mam przy sobie nawet 50 centów, oglądam się na K, który sięga do portfela.

      - dać mu? - pyta się mnie, jakbym była jakąś wyrocznią

      - a czemu nie? Gdybyśmy mieli coś do jedzenia, to byśmy mu dali, ale nic nie mamy.

      Żebrak przysłuchuje się nam i mówi:

      - ja trochę rozumiem po polsku

      - a gdzie się pan nauczył? – jestem zaciekawiona, bo jednak do Polski daleko, a on wylądował jako przysanktuaryjny żebrak.

      - byłem kiedyś w Polsce, pod Rzeszowem, daleko

      Ciekawa jestem dalszej opowieści, ale spieszymy się, bo już się zaczęła msza, na której chcemy zostać. Żegnamy się z Panem Żebrakiem i idziemy dalej.

      Cieszymy się, że udało nam się być w niedzielę na takiej mszy. W kościele robi mi się ciemno przed oczami, narzucona bluza nie poprawia sytuacji, płynę cała, K pyta, czy chcę wyjść na zewnątrz. Mówię mu, że jeszcze chwilę, widzę, że po jego twarzy też płyną stróżki potu. Powoli przystosowuję się do gorąca panującego w kościele, którego wnętrze robi na mnie piorunujące wrażenie. Lewa strona kościoła to skała, reszta jest w tą skałę wbudowana. Nie ma jednak śladu nacieków lub grzyba, wszystko jest odmalowane i zabezpieczone. Po prostu piękne.

      Msza jest bardzo ciepła, o ile można tak powiedzieć o mszy, ale takie wrażenie robi odprawiający ją staruszek ksiądz. Podczas mszy ofiara jest zbierana do woreczków, a nie jak u nas do koszyków. Porządku pilnuje dość sporych rozmiarów pan ubrany w czerwone spodnie i czerwony beret z czarną tasiemką z tyłu. Wychodzimy z kościoła tunelem wykutym w skale. Na dziedzińcu kwitnie biznes: jest restauracja, toalety i pamiątki. Jak gdzie indziej. Teraz czeka nas tylko trochę schodów, żeby wrócić na parking. W ciągu godziny niebo zaciągnęło się chmurami i zaczyna kropić. Wspinamy się na górę, ale zanim dojdziemy do połowy drogi opadam z sił.

      - o kochanie, cóż to za kondycja – polewa ze mnie K, sam jednak też trochę sapie – zaraz tu zrobimy dokumentację – mówi wyciągając aparat.

      Tylko nie to!

      - gdybym miała kondycję, nie wyglądałabym jak wyglądam, nie byłabym taką kluseczką – mrugam do niego – ale może to znak, że coś trzeba zmienić

      - możemy co najwyżej więcej razem poćwiczyć – śmieje się K i ciągnie mnie za rękę – chcesz iść dalej schodami czy asfaltówką?

      - asfaltówką, ty idź schodami

      - o, i będę ci co poziom zdjęcie cykał – jak mówi tak robi. O niedolo moja! Muszę oszukiwać i odpoczywam co stację drogi krzyżowej, żeby zza poziomu wyłonić się z uśmiechem na twarzy, która mi płonie, bo czuję, że zamieniam się w Czerwonolicę.

      Po 3 poziomach jakoś dostosowuję tempo i oddech i za chwilę jesteśmy u wrót parkingu. Podchodzimy do autobusu, w którym siedzą ci sami dwaj panowie, którzy nas tak ładnie powitali.

      - dzień dobry, kojarzy pan, ile się płaci za autostradę? – K chce trochę przyoszczędzić na czasie, dziś już zwiedzanie mamy za sobą.

      - my płaciliśmy za autobus z 20 Euro, za osobówkę ile pan zapłaci, z 10? – kierowcy są jednomyślni.

      Mówię do K, że w takim razie nastawiam nawigację na autostrady i kierujemy się w stronę Gardy.

      Przy samej autostradzie K jednak zmienia zdanie, więc ciągniemy się krajową 12 aż do granicy z Austrią, po drodze robiąc przystanek na obiad i kawę.

      W Austrii mamy już wykupiona winietę, więc K bez obaw wskakuje na autostradę w kierunku Innsbrucku, ale za chwilę są bramki. K jest zdziwiony, bo po co bramki, jak są winiety, ale okazuje się, że na tej autostradzie przejeżdżamy przez Most Europejski za 8,5 Euro, więc znów jest wkurzony. Nie pokazuję mu mapy, żeby nie widział, że tu też jest krajówka wijąca się przy autostradzie. Nic by to jednak nie zmieniło, bo i tak musi dojechać na 20-tą, bo jutro do pracy. Droga nam mija całkiem przyjemnie, w Niemczech K czuje się już jak ryba w wodzie. Pokazuje mi po drodze szczyty, które zdobył, nie są zbyt strome, ale jeden z nich ma 1800m. Przejeżdżamy obok Chiemsee i snujemy plany, gdzie to nie pojedziemy podczas mojego pobytu tutaj. Jestem strasznie zmęczona, K też, mamy dziwny stan: zmęczeni a pomimo to wypoczęci.

      Zajeżdżamy o całkiem rozsądnej porze.

      - nie będziesz się jutro nudzić? – K martwi się trochę, bo rano idzie do pracy i do 17-tej będę sama.

      -coś ty, przecież muszę to wszystko opisać – uśmiecham się szeroko, bo wiem, że on wie, że uwielbiam to robić – nie mogę zapomnieć ani minuty.

       

      Jest noc. Znów się budzę i nie mogę zasnąć. K pochrapuje cicho obok mnie. Nie chcę go obudzić, wstaję cichutko i wsłuchuję się w nocne brzmienie Burghausen. Chociaż właśnie zamknął się kolejny

      etap, jeszcze chwilę będziemy razem. Tęsknię jednak za dziećmi i to bardzo. Kilka razy do nich dzwoniłam, ale nie mogłam się dodzwonić, jutro spróbuję znowu.

      Wracam do łóżka i wtulam się w K. zasypiam obmyślając, od czego zacząć pisanie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 lipca 2014 17:29
    • Europo, piękna Europo cz 4 - Włochy cz3

      Sobota, 19 lipca

       

      Słyszę jakiś ruch. Otwieram jedno oko i widzę stojącego w oknie Apollo. Jakimś cudem cały jest w promieniach słońca, które próbuje za nim dostać się do pokoju. Nie widzę twarzy, tylko zarys jego postaci. Zbliża się do mnie powoli i wyciąga rękę. Piękny ten Apollo. Czuję mrowienie.

      - kiciu, napijesz się ze mną kawki?- dociera do mnie zza światów

      Kiciu? Kiciu??? Tak mówi tylko K. Rozbudzam się zupełnie i patrzę wielkimi oczami na mojego Apollo.

      - kiedy wstałeś? – pytam zdziwiona, bo nie słyszałam ani jak się kąpał, ani jak robił kawę – nic ni słyszałam.

      Na całym ciele K lśnią krople wody, jest tak gorąco, że nie trzeba się wycierać.

      - chciałem cię trochę zaskoczyć. Spałaś snem sprawiedliwego, aż żal było cię budzić, chociaż bardzo lubię to robić – delikatnie głaszcze mnie po twarzy – musimy jednak powoli wstawać, jeśli chcemy dziś trochę pojeździć.

      - która godzina? – jestem jeszcze trochę półprzytomna i wcale mi się nie chce wstać, w szczególności, że K w kroplach wody bardzo mi się podoba.

      - 7:30 – K spogląda na zegarek na stoliczku – chyba damy sobie jeszcze pół godzinki?

      Ciągnę go w odpowiedzi do łóżka, a że z pół godzinki robi się godzinka, musimy znacznie podkręcić obroty. Na śniadanie jemy arbuza. Nie jest to treściwy posiłek, ale na chwilę wystarczy. Nie wiem dlaczego nabraliśmy masę ciastek, ale trochę nas to ratuje. Pakujemy się najszybciej jak umiemy. Właścicieli ciągle nie ma, mamy się wyprowadzić do 10, jest to też najpóźniejsza pora naszego wyjazdu, bo chcemy jeszcze zobaczyć Campeę. O 9:45 przyjeżdżają właściciele. Żegnamy się, rozwijamy mapę i w drogę.

      Campea jest dla mnie czymś niezwykłym. Są pewne miejsca, które przyciągają nas bardziej niż inne i ta wioska/miasteczko jest jednym z nich. K przyciąga o dziwo stodoła, której koniecznie muszę zrobić fotkę (dziś ja mam aparat, ha!) a mnie widok winnic okalających Campeę i domy z kamienia, które wręcz czarują mnie swym urokiem.

      Znajdujemy tu jeden sklepik, gdzie wchodzimy i ustawiamy się w kolejce. Oczywiście wszyscy się znają i rozmawiają żywo po włosku obserwując nas i uśmiechając się. Pieczywa świeżego tu akurat nie ma, tzn nie ma takiego, na które mielibyśmy ochotę, ale są pizzeriny, więc wybieram sobie jedną. Jest ich chyba z 4 gatunki. Oglądam je i decyduję się jak nigdy, na pizzerinę z rybą.

      - uno – mówi K wskazując na pizzerinę – ja nie chcę – mówi do mnie –po drodze znajdę coś innego.

      - pizza? – sprzedawca upewnia się

      - si – K wskazuje na wybraną przeze mnie

      - funghi?

      - non, questo – coś tam mi świta

      - pesce? – sprzedawca wskazuję na tą z rybą

      - si, uno – mówię – grazie

      Fajnie tu, machają nam na pożegnanie. Po drodze mijamy grupkę miejscowych, którzy z uśmiechem kiwają głowami. Chyba byłoby tu całkiem miło się przeprowadzić - myślę sobie przez chwilę. To by mogło być moje miejsce.

      Dalej kierujemy się na Rovereto żółtą drogą wijąca się wśród wsi i miasteczek, cały czas w stronę gór, u podnóża których czeka na nas Garda.

      Rozmawiamy sobie wesoło, cykam zdjęcia przydrożnym cudeńkom. W Marostica zachwyca nas budowla z okalającym cale wzgórze murem. Sporo tu takich wynalazków, jedziemy powoli, żeby nic nie przegapić. Zbliżamy się do drogi nr 46, mijamy Schio i wjeżdżamy w góry. Droga jest bardzo kręta. Stresuję się, bo wydaje mi się, że K patrzy wszędzie tylko nie na drogę. Włącza mi się panika, bo co chwila mijają nas pędzące motory, zamykam oczy, wbijam się w fotel i modlę się o rychły koniec dnia, a K leje. Obiecuję sobie, że nie będę krzyczeć i prawie dotrzymuję słowa. Okrzyk typu: uważaj! wyrywa mi się tylko z 6 razy, a inne nieartykułowane dźwięki tylko ze 20.

      Po godzinie przełamuję się i zaczynam robić zdjęcia. Niestety robię same szczyty, bo nie jestem w stanie spojrzeć w dół. Fajne są osady w górach, przed każdym domem ławeczka, nie to co w Wenecji. Zza niezliczonego już zakrętu wyłania się Parrocchia. Zatrzymujemy się tutaj złapać oddech. K mówi, że go trochę mdli. Nie dziwię się wcale przy takich zakrętach. Idziemy zabić mdlenie kawą. Siedzi tu nawet sporo osób, w tym oczywiście Polacy. Mamy ochotę tu zostać, ale jest już stosunkowo późno, a przed nami całkiem spory jeszcze kawałek pokręconej drogi. Chyba K lepiej już się czuje, bo zjada wszystkie ciastka, jakie jeszcze mieliśmy, przy moim współudziale oczywiście.

      Jadąc zakładamy się, z której strony jest jezioro. Bo droga jest tak kręta, że nawet z mapą nie wiadomo. Przed samym Rovereto po lewej stronie w skale jest jakby kościół lub klasztor, nie mam pojęcia co to jest, ale wygląda niesamowicie. Niestety nie udaje mi się zrobić zdjęcia, obiecuję więc sobie, ze znajdę informacje o tym miejscu w Internecie po powrocie. Do Rovereto wjeżdżamy od strony starego miasta. Jestem zaskoczona, bo droga wiedzie centralnie przez zabytkowe uliczki, które są tak wąskie, że muszę być jednokierunkowe. Zatrzymujemy się na chwile, bo oboje chcemy uwiecznić to miejsce i ustalamy, że i tak się zatrzymamy na dłużej, jak tylko znajdziemy jakiś parking.  Oprócz nas jest sporo turystów, chodzimy powoli po tych uliczkach trzymając się za ręce. K zwykle ogląda zabytkową architekturę pod kątem budowlanym i opowiada mi cały czas, jak coś było robione. Połowy określeń nie rozumiem, ale kiwam głową i podziwiam wraz z nim sposób nakładania zaprawy czy układania cegieł. Moją uwagę przyciągają wystawy sklepowe, odbiegające zupełnie od naszych wystaw. K ciągnie mnie za rękę, bo chyba się ociągam, ale słyszę nagle zdanie, które mnie, nie powiem, nieco zaskakuje:

      - o, popatrz, wszystko po 10 euro! Tutti to jest wszystko, nie?

      - chyba tak – mówię bez większego przekonania i wchodzę za nim do sklepu.

      - wybierz co chcesz

      - ale ja nic nie chcę

      - oj tam, ty wybieraj tu, ja znikam na chwilę na dział męski

      Jak powiedział, tak zrobił. W sklepie jest mały harmider, odróżniam piccolo i grande, w radio leci włoska piosenka, klientka obok wtóruje piosenkarce na cały głos. Całkiem ładnie z resztą. U nas nie do pomyślenia raczej. Przede mną pojawia się K w dżinsowej katanie.

      - i jak? – szeroko uśmiechnięty, fajnie wygląda w tej katanie. Nie wiem jak to jest, ale pomimo 48 lat, tryska z niego tyle energii, że mógłby obdarować nią niejednego młodzika – podobam ci się?

      - jak cholera – mówię zgodnie z prawdą i patrzę na wybrane przeze mnie ubrania – a ja nie mogę się zdecydować. Do tego jest kolejka w przymierzalni.

      - to ty wybieraj, a ja zajmę kolejkę  - K ogląda wybrane przeze mnie rzeczy – ładne, przymierz wszystko. I zobacz jeszcze w tamtym miejscu, bo chyba tam nie byłaś.

      Koniec końców wybieram sobie kurtkę. Śmiejemy się, że oboje przyjechaliśmy do Włoch w pełni lata po kurtki na jesień. Kurtka okazuje się jednak za duża.

      - grande? – pyta ekspedientka i zabiera ode mnie kurtkę – piccolo – podaje mi rozmiar mniejszą i ta pasuje idealnie.

      Wychodzimy ze sklepu z wielka paką.

      - no, to żeśmy pozwiedzali – śmieję się – teraz będziemy na zmianę to nosić…

      Zaglądamy jeszcze w kilka uliczek. Dochodzimy do fontanny, siadam u jej podnóża i czuje jak woda zrasza moje plecy.

      -ale fajnie – rozmarzam się – chodź, usiądź koło mnie i zobacz, jak przyjemnie…

      Rovereto opuszczamy z niejakim żalem tym bardziej, że wpadamy już na drogę 240 w kierunku na Riva del Garda, gdzie ruch jest spory. Momentami stoimy w korku, bo chyba wszyscy Włosi jadą tędy do Riva. Decydujemy, że jednak nie pojedziemy do Riva del Garda, a zjedziemy wzdłuż jeziora, w kierunku naszego noclegu i zatrzymamy się w jakimś miasteczku po drodze. Tam, gdzie nam się zachce.

      W korku K stwierdza, że coś się dzieje z samochodem, bo jak ma na luzie, to auto zjeżdża w dół.

      - no bo przecież stoisz pod górkę – stwierdzam zdziwiona, że tego nie uwzględnił.

      - ale w jednym miejscu jechało do przodu – ciągnie dalej K zamyślony – nie wiem o co chodzi

      - może tam stałeś z górki . No nie jest fizycznie możliwe, żeby samochód na luzie stojąc pod górkę jechał do przodu i odwrotnie.

      K jednak zasiał mi ziarno zwątpienia w niezawodność naszej Toyoty, bo co chwila wrzucał na luz i sprawdzał, jak się ona zachowa. Zachowywała się jednak zgodnie z oczekiwaniami, przynajmniej moimi. Dojechaliśmy do Nago. Przed nami widać już jezioro, kite-surfingowców, białe żagle jachtów i całe mnóstwo ludzi. Wyjęłam aparat i już miałam zrobić zdjęcie, gdy nagle coś strasznie szarpnęło. Akurat jechaliśmy z górki, nawet całkiem szybko jak na korek, więc gdyby nie pasy, zaryłabym głową w przednią szybę.

      - Co to było?! – wrzasnęłam oczywiście – prawie serce mi stanęło.

      - nie zadziałał mi hamulec i musiałem użyć ręcznego – przepraszam, nie wiem co się stało. Teraz jest ok.

      - może po prostu przez to próbowanie pomyliłeś pedały? – zaczynam się zastanawiać, czy upał w jakiś sposób nie wyrządził szkody K – kochanie, zatrzymajmy się. Popróbujesz ten samochód na spokojnie, inaczej dostanę zawału. Szczególnie go dostanę, bo za chwilę znów wjeżdżamy w wysokie góry i to będzie 20km wyłącznie zakrętami.

      Zatrzymujemy się na chwilę. K próbuje samochód i stwierdza, że chyba faktycznie jest ok. Siedzę na ławce i czekam na niego. Prosimy przechodzącą panią, żeby zrobiła nam zdjęcie. Przed sobą mam widok jak z pocztówek: jezioro u podnóża szczytów Alp, wokół jeziora biegnie deptak uwieńczony palmami. Żyć nie umierać. I o to chodziło.

      Droga do Ferrara di Monte Baldo nie jest prosta. Na mojej mapie jest kilka dojazdów, ufamy jednak nawigacji, która każe nam skręcić w lewo z głównej drogi w bardzo wąską uliczkę. Dróżka ta jest bardzo malownicza, możemy podziwiać nie tylko krajobraz, ale również umiejętności parkowania Włochów. Docieramy do punktu widokowego, robimy sobie sweetfocie i zjeżdżamy na dół, by ku naszej konsternacji znaleźć się znów na głównej drodze. Gdy nawigacja kolejny raz każe nam zjechać w lewo, robimy to już z pewnym niedowierzaniem, ale tym razie odnajduję mijane miasteczka na mojej mapie i docieramy do celu.

      Hotel Baldo ma typowy włoski klimat. Pięknie się prezentuje z zewnątrz i w środku pokoje może nie są zbyt nowe, ale jest czysto i uroczo. Angielski i niemiecki zna tylko jedna dziewczyna z obsługi, ale bez problemu się dogadujemy. Internet jest, ale tylko w restauracji i w hallu. W pokojach nie ma.  W hotelowej restauracji można zjeść tylko do 20:30, ale decydujemy się, że podjedziemy do pobliskiego Spiazzi do pizzerii, bo na pewno chcemy pizzę, a w hotelu nie podają. W Ferrara di Monte Baldo są jeszcze dwie restauracje, z których jedna to snackbar, więc odpada, a druga jest zamknięta. Udajemy się więc do Spiazzi. Po drodze widzę drogowskaz do jakiegoś sanktuarium. K nie chce dzisiaj tam jechać, mówi, ze chętnie pojedziemy tam jutro. Fakt, bo jest po 19-tej, a K jest bardzo, ale to bardzo zmęczony.

      W Spiazzi pizzerii jest jakby to powiedzieć – od cholery. Wybieramy jedną, bo jest w niej piec, który urzekł K. Pizza jest po prostu pyszna. Można powiedzieć, że się nią obżeramy. K znowu zamawia mi wino, ale zapomina chyba dodać, że chodzi o kieliszek, bo dostaję całą karafkę. Wino jest przepyszne. Młode, musujące i niestety szybko działające. Oczywiście nie wypijam całej karafki, bo K musiałby mnie zanieść do hotelu, ale chcę już szybko wracać.

      Można powiedzieć, że hotelowy włoski klimat i urok tego miejsca sprzyja wszelkiego rodzaju amorom. Jest cudnie: upojnie i romantycznie. Myślę, że to wszystko inaczej by wyglądało i miałby inny wymiar, gdybyśmy się nie kochali. Bo chyba cała zagadka w tym, że jak się kogoś kocha i jest się kochanym, to znika cały wstyd i ograniczenia. Można oddać wszystko ale też wszystko się dostaje.  Aż szkoda myśleć, że jutro powrót. Bardzo, ale to bardzo chciałabym tu zostać.

      Jest noc. Otwieram zamknięte wcześniej okiennice i wpuszczam trochę świeżego powietrza. Patrzę na śpiącego K.  Kładę się obok niego i gładzę jego twarz, dotykam ramion i rysuję mu po plecach. Uśmiecha się przez sen, wyciąga ramię i mocno mnie przygarnia. Jest mi tak dobrze. Bezpiecznie. Wtulona w niego zasypiam.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 lipca 2014 17:27
    • Europo, piękna Europo cz 4 - Włochy cz2

      Piątek, 18 lipca

       

      Nie bardzo wiem, gdzie jestem, otwieram oczy i chwilę leżę w bezruchu. Nic się nie zgadza. Jest bezgraniczna ciemność, ale na zewnątrz słychać świergot ptaków. Powoli wzrok przyzwyczaja się do mroku. K mruczy coś cichutko i przytula się do mnie, nie daje mi poleżeć ani tym bardziej rozpływać się w marzeniach, szepcze mi czułe słówka i zaczynamy dzień, tak jak przystało na parę w przedślubnej podróży poślubnej…

      - w ogóle nie wiem, która jest godzina – przeciągam się ziewając – te zasłonięte rolety zupełnie wybiły mnie z rytmu. Poza tym myślałam, że jesteśmy tu sami, w wydaje mi się, że słyszałam w nocy czyjeś chrapanie za ścianą.

      - bo nie jesteśmy sami – K zaczyna się śmiać – też tak myślałem, właściciele odjechali wieczorem, a jak poszłaś się kąpać, chciałem zasłonić rolety. Otworzyłem okno, przeciągnąłem się w pełnej okazałości i…zauważyłem na dole jakiegoś faceta. Stał, palił fajkę i się gapił. Powiedziałem grzecznie buonasera i zasłoniłem rolety.

      Dostałam ataku śmiechu.

      - też bym się pogapiła na takiego Apollo – rżę – to dzisiaj trzeba mu się ładnie ukłonić. Ale jestem głodna – dodaję, bo normalnie aż mi skręca żołądek.

      Całe szczęście, że wzięliśmy mini ekspres do kawy, bo że śniadania nie ma, to wiedzieliśmy, ale nie ma też aneksu kuchennego, czajnika ani talerzy. Przeszukuję szafki w hallu i znajduję niektóre potrzebne rzeczy. Postanawiam, że wieczorem pogadam z właścicielem, żeby nam coś zostawił na jutro rano, żebyśmy mogli zjeść jak ludzie.

      Jest 8:00. Rozkładam mapę i otwieram przewodnik.

      - jesteśmy blisko Wenecji, Werony i Padwy. Możemy też jechać do Florencji, ale to ok 300km. W Wenecji podobno jest bardzo drogo, szczególnie parkingi, więc możemy spróbować koleją z Treviso lub Conegliano. Tylko wtedy będziemy związani czasowo – rozwijam przed K różne opcje. – jest upalnie, możemy zjeść na miejscu w mieście, które wybierzemy, ale musimy wziąć dużo wody. Praktycznie do zwiedzania zostaje nam dzisiaj, bo jutro jedziemy w stronę Gardy, możemy też zwiedzić jakieś miasto, ale do Toskanii już nie zdążymy. Tym bardziej, że nocleg mamy w Ferrara di Monte Baldo, 20km od Gardy, ale w górach. Za to ze śniadaniem – dodaję.

      - wiesz co, jedźmy do Wenecji. Zawsze chciałaś tam pojechać. Wszystkiego nie zobaczymy, kto wie, kiedy jeszcze będziemy mieli okazję tak pojechać na luzaka.

      -ok – zgadzam się – ale chciałabym połazić po prostu, na zwiedzanie muzeów nas nie stać, sprawdziłam ceny wejściówek

      - kiedyś pojedziemy na wycieczkę z przewodnikiem, dziś tylko się powłóczymy.

      Zbieramy się szybko. Chcę założyć sandały, bo przyjechałam w swego rodzaju tenisówkach, ale nigdzie nie mogę znaleźć torby z moimi butami.

      -pewnie jest w bagażniku – K leci do auta a ja za nim.

      Niestety nie ma w bagażniku. Nie ma na też tylnym siedzeniu ani w pokoju.

      - oby nie było też w magazynie – łypię okiem na K – bo są dwie opcje: albo została wyjęta w magazynie, jak wkładaliśmy lodówkę, albo została w Burghausen. Na pewno wzięliśmy tą torbę z Polski, bo pamiętam, że była w aucie.

      - no trudno, sprawdzimy jak wrócimy . Nie myśl tylko, że nie wziąłem jej specjalnie, bo ty zapomniałaś moich butów – K też łypie na mnie okiem i uśmiecha się lekko.

      - dobra, odpokutuję tą sklerozę – zrezygnowana gapię się na swoje tenisówki. Prysła wizja zwiewnej sukienki, sandałków i wieczornej knajpki – na szczęście są wygodne.

      Przyjechał właściciel pensjonatu i chce od nas już pieniądze. Nie można płacić kartą, więc nie zapłacę, ale K mówi mu, żeby chwilę zaczekał i leci po czarodziejski woreczek. Chwilę później gapię się z niedowierzaniem wraz z właścicielem, jak K wyciąga rolkę po rolce i rozwija zapakowane w papier toaletowy pieniądze. O, gdybym wiedziała! Przeczuła chociaż! Mam ochotę zapaść się pod ziemię. K patrzy na moją rozdziawioną ze zdziwienia buzię.

      - no co? – pyta z lekka zbity z tropu – pieniądz to pieniądz.

      - tiaaaa – odpowiadam – ale można było chociaż z tego papieru wyjąć wcześniej. Teraz to już się śmieję - Niech sobie właściciel myśli co chce. Będzie miał co opowiadać, jak to przyjechali Polacy i zapłacili za noclegi 70 euro w nominale od 20centów do 1 Euro, zawiniętymi w papier toaletowy.

      - no tak to jest, jak się rozbija skarbonkę – mówi niczym nie wzruszony K – chciałbym mu to powiedzieć, ale nie umiem – dodaje z uśmiechem – niech więc sam stworzy sobie historię…

      Po zapłaceniu należności, wsiadamy w końcu do auta. Biorę samouczka włoskiego, bo jest tam słowniczek co prawda tylko włosko-polski, ale zawsze to coś. Na razie mamy opanowane słówka typu dzień dobry, do widzenia, proszę, dziękuję, droga, jezioro i rzeka. Teraz szukam, jak jest piekarnia, bo chcemy kupić jakieś słodkie bułki. Znajduję jak jest pieczywo, więc szukamy, gdzie możemy kupić pane. Jakoś jednak jest trochę inaczej w tych miasteczkach, bo bardzo często sklepy nie są opisane i sam marketing jakby nie istniał, a na pewno nie jest tak rozdmuchany, że na zewnątrz aż się wylewa reklama, jak u nas. Z tego też powodu nie umiemy znaleźć od razu piekarni, ale przecież musi być coś takiego w każdym miasteczku!

      Znajdujemy w końcu i kupujemy tzw. szybką bułkę, żeby dotrwać do obiadu w Wenecji. Z hoteliku wzięłam mapę okolicy, bardzo się przydaje, bo są dosłownie wszystkie wioseczki, nawet nasze Fontigo, dzięki czemu nie dajemy się zwieść nawigacji. Oczywiście nie jedziemy autostradą, tylko bokiem zachwycając się po drodze Treviso i pomniejszymi miasteczkami.

      Zdecydowana większość domów jest zadbana, niektóre wyglądają, jakby były do siebie podoklejane na przestrzeni lat. Nawet odpadające gdzieniegdzie tynki mają swój urok. Wszystko jest w podobnych kolorach, tylko jeden dom był pomalowany na grafitowo z czerwonymi paskami pośrodku, ale nie zdążam zrobić zdjęcia. Mijamy winnice i pałacyki, nawet najmniejsze domki mają tutaj bramy wjazdowe jak u nas do pałaców. To, co w Polsce wydaje się kiczem, tutaj zdecydowanie pasuje: fragmenty kolumn, rzeźby na domach, fontanny ogrodowe – wpasowane są bez dwóch zdań idealnie w krajobraz. Malo tego, domy toną w zieleni, palmy rosną wraz z iglakami tworząc bujne płoty i zacienienia. Wszędzie na zewnątrz wystawione są stoły. Chciałabym tu zamieszkać. Jedziemy długo, bo K przestrzega ograniczeń ruchu. Chyba jako jedyny. Zauważamy, że tutaj, gdy się czeka na świetle czerwonym, nie ma żółtego! Od razu trzeba ruszyć, a jednak brakuje tych 2-3 s na wrzucenie biegu i Włosi zaraz trąbią.

      Podoba mi się zarówno stare budownictwo, domy z kamienia, jak również nowe, z zielonymi tarasami na każdym piętrze, kolorowymi okiennicami i markizami. Och. Ach. Nie robię jednak zdjęć, bo boję się, że nie starczy nam baterii na Wenecję, a jak znam K, rozszaleje się zdjęciowo do cna.

      Powoli wjeżdżamy do Wenecji. Mijamy most wjazdowy i trochę jestem zaskoczona przemysłowym krajobrazem, który nie zapowiada w żaden sposób romantycznego klimatu miasta.  

      Szukamy parkingu, zwalnia się jakieś miejsce zaraz przy ulicy, uradowany K parkuje z wyczuciem na tzw ”zapałkę” i pędzi do parkomatu. Przez chwile widzę, że wpatruje się w tabliczkę na parkomacie marszcząc brwi.

      - możesz na chwilę podejść? – woła mnie – bo ja chyba nie do końca rozumiem.

      - można stać tylko do 4 h i za 1h 15 euro – czytam głośno z lekkim zdziwieniem – mówię ci, mam w przewodniku, gdzie można spokojnie zaparkować, zaraz znajdziemy – np. garaż św. Marka.

      K wyjeżdża ze swojego miejsca i kierujemy się na wybrany garaż, na który na szczęście są drogowskazy.

      - 30 Euro za całą dobę – krzyczy pan przy wjeździe. Jestem trochę zdziwiona, bo miałam wpisane, ze 24 Euro, ale może to nie ten garaż, albo cos się zmieniło. K decyduje się wjechać, bo korek wielki i domyślamy się, że potem może być jeszcze większy problem.

      - 8 piętro – woła pan wjazdowy i wjeżdżamy na górę.

      Wszędzie pełne poziomy, mówię do K, że przynajmniej będziemy pod dachem, ale okazuje się, ze to 8 piętro to akurat ostatnie, na dachu. Malo tego, parkingowy każe K zostawić kluczyki w aucie. Okazuje się, że samochody parkowane są jeden za drugim i potem parkingowi je przestawiają, żeby mogły wyjechać.

      - ale tu zarabiają! – wzdycha K – jak to mam zostawić kluczyki, przecież mamy pełno rzeczy w aucie – zastanawia się.

      - najważniejsze, ze nie ma moich butów –mrugam do niego – zobacz, czy inne auta też maja kluczyki w stacyjce.

      -mają. No i chyba nikt bez tej kartki i opłaty nie wyjedzie.

      - to zostaw i idziemy. Chyba, że chcesz poszukać innego parkingu, tańszego może – mówię, bo widzę, ze cena przygniotła mojego Apollo.

      - nie, zostajemy, bo inaczej będę szukał do wieczora – K bierze aparat i robi zdjęcie Wenecji z dachu – mamy jakiś plan miasta?

      - mam w przewodniku, powinien wystarczyć, albo kupimy na dole.

      Na dole można kupić, jak najbardziej: za 7,5 euro. Rezygnujemy wiec, bo nasza mapka wydaje się być całkiem dobra. Poza tym mamy się włóczyć, więc co tam. Jest ponad 30 stopni, uświadamiam sobie, że nie wzięłam żadnego kremu z filtrem, więc wieczorem będziemy wyglądać jak Indianie z odbitymi goglami. Czego się jednak nie robi dla Wenecji. Ja mam na sobie bardzo przewiewną bluzeczkę, w której wyglądam jak w ciąży, K założył długie spodnie i lnianą koszulę z długim rękawem. Nie wiem jak to wytrzyma, jest jedynym człowiekiem w Wenecji ubranym w długi rękaw.

      Snujemy się uliczkami, mostkami, co jakiś czas zerkając na mapkę. Wenecja urzeka rzeczywiście bez wyjątku wszystkim. W ogóle nie czuć osławionego smrodku, chyba że się przechodzi obok pomp. Mosty, mostki i mosteczki, uliczki i zagubione zaułki. Odnajdujemy cuda architektury w malutkich detalach. Idziemy zwykle w drugą stronę niż wszyscy, gubimy się i znajdujemy, tulimy i rozchodzimy.

       Na jednym z placyków znajduję stoiska z rybami i owocami morza. Jest tu wszystko od małży, ostryg poprzez krewetki aż do ośmiornic. Nigdy w życiu nie widziałam niektórych żyjątek. Jedyny minus, że śmierdzi okrutnie. Obok stoisk czekają olbrzymie mewy (albo co inne, nie znam się) i czekają, aż patroszący ryby sprzedawca rzuci im resztki. Rzucają się na te resztki walcząc ze sobą. Bardzo ciekawe zjawisko. Proszę K, żeby zrobił temu zdjęcie, ponieważ to on opanował aparat.

       Słońce praży niemiłosiernie, jesteśmy gdzieś w połowie drogi, o ile można tu znaleźć jakąś połowę, a już prawie kończy nam się zapas wody. Siadamy na małe espresso w jednej z kafejek. K stojąc w kolejce do toalety usłyszał w TV o zestrzeleniu samolotu na  Ukrainie. Dzieli się ze mną tą informacją, chwilę rozmawiamy na ten temat, ale postanawiamy nie psuć sobie nastroju. Dziś jesteśmy tu, z dala od Ukrainy i wszelkich innych nieszczęść. Zamknięci na problemy.

      Docieramy do Canal Grande, tylko kurczę jakoś nie od tej strony co potrzeba. Są trzy mosty pozwalające przejść ten kanał, żeby dostać się na Plac Św. Marka. Czwarty jest w remoncie. Do pierwszego mamy niezły kawałek, ale opracowujemy trasę, wrócimy mostem Rialto, teraz skierujemy się na most Akademii. Idziemy nadbrzeżem kanału, K ciężko oddycha i zwalnia tempo. Widzę, ze się źle czuje. Wchodzimy na chwilę w boczną zacienioną uliczkę, co daje nam chwilę wytchnienia.

      - jednak jestem już stary – wzdycha K dramatycznie.

      - oj tam – mówię – zaraz tam stary. Każdy by chciał by taki stary – mrugam do niego – napij się wody, może poszukamy gdzieś czegoś do zjedzenia?

      -nie jestem głodny, lepiej dojdźmy na ten plac i poszukamy jak będziemy wracać.

      - ok – zgadzam się, sama też nie jestem specjalnie głodna, tylko raczej wycieńczona – jesteśmy w tym miejscu – palcem wskazuję położenie na mapie – jak dojdziemy do tego cypelka, usiądziemy na dłużej.

      K niesie moją torbę, próbuję mu ją wyrwać, ale się nie daje. Widzę, że mu lepiej. Wypiliśmy już całą wodę. Chyba ze 4 litry.

      - wyobraź sobie, jakbyśmy byli tu z dziećmi – śmieję się do niego – Piotrek zgubiłby się na tych mostkach, albo oszalał ze szczęścia, Michał by się wkurzał, że trzeba na niego czekać, a Kaja nie mogłaby wyjść z pizzerii. Jak fajnie, że nikt nie marudzi.

      - nie, nie pójdziemy teraz na lody i nie wezmę cię na ręce – słyszymy jakby w odpowiedzi obok swojski język polski – idź proszę sama, ja też jestem zmęczona – mija nas para z może 6-letnią dziewczynką snującą się za nimi.

      - o, dzień dobry – jakoś samo mi się wyrywa – miło usłyszeć swojski język

      - dzień dobry – odpowiada z uśmiechem kobieta i idą dalej

      - mamo, znasz tą panią? – słyszę pytanie dziewczynki

      - nie, ale ta pani jest z Polski i poznała nas język – cierpliwie tłumaczy kobieta – fajnie spotkać kogoś z Polski…

      Docieramy do Dogana da Mar. W Wenecji nigdzie nie ma ławek, co jest dla mnie nie do pomyślenia. Po chwili jednak rozumiem, że do dlatego, że jedynym miejscem, gdzie mogą spocząć wycieńczeni turyści są kafejki i knajpki. Nieźle pomyślane! Siadamy więc na wystającym fragmencie muru. Jest cień. Poza nami siedzi tu cała masa ludzi, w tym śpiąca na dzięcioła skośnooka dziewczyna. Mam ochotę zrobić to samo. Korzystam jednak z tego, że K nie ma siły i zabieram mu aparat. Pilnuj toreb – mówię i oddaję się uwiecznianiu tej chwili.

      - wiesz co – mówi K, gdy wracam do niego – cieszę się, że tu jesteśmy. Zawsze chciałem cię tu pocałować. Siedzimy tak chwilę przytuleni i zbieramy siły, żeby snuć się dalej.

      Pałac Dodżów widzimy naprzeciwko, po drugiej stronie kanału. Żeby jednak dojść tam, droga wcale nie jest prosta. Tym razem ściśle trzymamy się planu i jakoś nam się udaje dojść najkrótsza drogą. W międzyczasie dzwoni mój telefon – to asystentka mojego prawie byłego szefa.

      - Grażka, W. powiedział, że masz oddać sprzęt, a jeśli tego nie zrobisz do 20-go, to nie podpisze wypowiedzenia na twoich warunkach, tylko z datą 15 lipca. Ja wszystko rozumiem, ale muszę ci to powiedzieć, bo on znowu szaleje.

      Nie zdałam sprzętu, bo cały czas, nawet w Łebie, byłam w kontakcie z klientami, poza tym śledzę, jak wyglądają moje wpływy w firmie, czy mogę się już rozliczyć czy nie. Sam sprzęt to nie problem. Mój szef jest wściekły, że odchodzę, więc teraz będzie mnie szantażował. Nie podpisaliśmy wypowiedzenia, bo umówiłam się, że podpiszę, jak wrócę, czyli pod koniec lipca, bo chciał, żebym się jeszcze zastanowiła.

      - Asia, właśnie jestem w Wenecji i w żaden sposób nie wrócę oddać mu sprzętu przed datą, o której rozmawialiśmy, czyli będę w Polsce 26 lipca, potem znowu wyjeżdżam. W żaden sposób nie podpiszę też wypowiedzenia z datą wstecz. Możesz mu to przekazać.

      Piszę smsa do szefa, że oddam 26-go, ale jestem wściekła, właściwie tracę cały humor, na szczęście na chwilę, bo postanawiam, że nikt mi nie zepsuje tego wyjazdu.

      Docieramy do Placu Św. Marka, na którym jest tłum ludzi. Siadamy na wolnych stopniach i siedzimy tak sobie gapiąc się na gołębie, ludzi i podziwiając architekturę tego wyjątkowego miejsca.

      Bezpośrednio przed nami jacyś skośnoocy robią sobie zdjęcia. Komicznie to wygląda, bo stoi obok siebie w niewielkich odstępach troje ludzi i każdy co chwilę podskakuje licząc, że osoba robiąca zdjęcie uchwyci ten moment. Jak na trampolinie. Po kilku skokach są cali upoceni i czerwoni. My z kolei wstajemy i kierujemy się w stronę Pałacu Dodżów. Przed pałacem K siada na stopniach i zanurza stopy w wodzie. Moje rozpłynęły się w butach, aż się boję ściągnąć moje trampeczki. K co jakiś czas żartuje sobie ze mnie i chce mi kupić japonki, ale rezygnuję, widząc ceny wenecko-chińskich japonek. Przecież dam radę.

      Powrót przez most Rialto, gdzie robimy ostatnie zdjęcia, bo za chwilę pada nam jednak bateria aparatu. Trochę jakby przyspieszamy, bo jesteśmy bardzo już głodni. Wypatrujemy jakiejś pizzerii, gdzie moglibyśmy spocząć niekoniecznie w dużym zgiełku.

      Znajdujemy takie miejsce niedaleko naszego parkingu. Zamawiamy zamiast pizzy tortellini z karczochami (już nigdy więcej karczochów) i tagliatelle z grzybami – to było bardzo dobre. K zamawia dla mnie jeszcze lampkę wina, którą a chwilę mocno czuję, bo jednak jest gorąco, jestem zmęczona, a wino jest młode i…pyszne.

      Docieramy do parkingu. K znów wyciąga czarodziejski woreczek i idzie do kasy. Znów papier toaletowy i odwijanie idzie w ruch, znów widzę zdziwioną minę kasjera i postanawiam, że jak tylko wejdziemy do auta, odwijam wszystko i wywalam ten papier.

      Do windy czeka masa ludzi. Nie zabierzemy się nawet za 3 razem. Podejmujemy karkołomną decyzję i maszerujemy na 8 piętro na piechotę. Wymiękam na piątym. Twarz mi płonie, a oddech jakby się zawiesił. K śmieje się z mojej kondycji. Trochę mnie to wkurza, ale przecież ma rację. Mówię mu, że choćby na czworakach, ale dojdę. Zupełnie nie wiem, skąd u niego tyle energii, dopiero co jęczał u stóp Kanału Grande. Coś szybko się regeneruje ten mój młodzik. Docieram z bólem na to ósme piętro. Samochód grzecznie stoi, wraz z całą zawartością. Żegnamy się z parkingowym i robimy zwrot w kierunku Fontigo.

      To na pewno nie był stracony dzień. Po drodze omawiamy jutrzejszy plan. Dochodzimy do wniosku, że na zwiedzanie dużych miast przyjedziemy z wycieczką z przewodnikiem. Jutro jedziemy nad Gardę przez góry. Przez chwilę się waham, bo bardzo chciałam zobaczyć Weronę i Padwę, a do tego przypomina się Szwajcaria i ta jazda po serpentynach. Na samą myśl nogi mi miękną. K jednak przysięga, że nie będzie jechał szybko, będzie bardzo ostrożny i nie będzie się złościł, jak będę z siebie wydawać różne dziwne okrzyki.

      Po drodze zatrzymujemy się w markecie, chcemy kupić coś do jedzenia i przede wszystkim wodę i wino. Woda musi być gazowana, ale niestety nie umiem tego odczytać na butelkach. Nie wiem też, jak o to zapytać po włosku. Stoję więc z ta wodą w ręku i się zastanawiam, aż podchodzi K i pyta kobiety oglądającej obok inne wody:

      - gazole? – nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale kocham go za to Esperanto, bo pani zaskoczyła.

      - aaa! Gassata?

      - gassata? Non gassata? – pytam wskazując oba rodzaje butelek

      Pani wpatruje się w opisy ale nie wie. Dziwne. Sama widziałam na tej z czerwoną etykietą napis anidride carbonica i domyślam się, że to chodzi o CO2, ale zawiera czy nie zawiera, bo tu pewność straciłam.

      Pani szybko dogaduje się po włosku ze sprzedawcą.

      - gassata –  z uśmiechem wręcza mi butelkę z czerwoną etykietą.

      - grazie – mówię z wdzięcznością i notuję w główce kolejne słówko.

      Zbliżając się do kasy mam niejasne wrażenie, że znów pójdzie w ruch papier toaletowy z zawartością, ponieważ zapomniałam wysypać z powrotem tych pieniędzy z papieru toaletowego. Widzę już wyraz twarzy K, który niczym chochlik jakiś zrobi to po prostu złośliwie, wiem to, więc ulatniam się po angielsku zostawiając go przy kasie. Wracam, gdy trzeba mu pomóc zabrać się do auta. Kupiliśmy arbuza – niczego bardziej mi się teraz nie chce poza arbuzem i jeszcze jednym.

      Kiedy docieramy do Fontigo, w domu jest żona właściciela. Ona jeszcze gorzej mówi po angielsku, nawet gorzej niż ja, bo na przywitanie mówi nam „bye”, co mnie bardzo rozśmiesza. Ale ona przynajmniej znajduje czajnik, udaje mi się na migi dogadać, że potrzebujemy też talerze do naszego arbuza, bo nie rozumie ani plate ani Platte, a my nie wiemy jak jest po włosku. Rysuję więc na migi kółka w powietrzu i pokazuję na arbuza.

      - aaa! Piastra!!! – wykrzykuje w końcu  i w ten sposób bogacimy się o kolejne słowo i talerze.

      W pokoju stoję przed lustrem i rechoczę. Spaliłam sobie zupełnie twarz. Wołam K, żeby podszedł, ja mam przypalone ramiona, on trójkącik na torsie – tyle, ile wystawało z koszuli. Do tego oboje wyglądamy jak Indianie.

      - mów mi Pocahontas – mówię do niego.

      Ładuję w nasze twarze, moje ramiona i trójkącik K całą masę kremu. Internetu nadal nie ma. Włączamy sobie Londyński Bulwar – na szczęście wzięliśmy parę filmów, ale nie dajemy rady obejrzeć do końca. Upał, wino i gorąca krew…

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 lipca 2014 17:26
  • niedziela, 20 lipca 2014
    • Europo, piękna Europo cz4 - wycieczka do Włoch cz1

      Środa, 16 lipca

       

       

      To, czy marzenia się spełniają, zależy w dużej mierze od nas. Mam na koncie odłożone na imieniny K malutko bo malutko, ale wystarczająco,  żeby wykupić nie za drogie 2 noclegi gdzieś w pobliżu Wenecji. Ze względu na to, że K porywa mnie do siebie na prawie 3 tygodnie, proponuję mu ten wyjazd, bo jeszcze ma urlop do końca tygodnia. Noclegi mamy od czwartku do soboty, wyjazd jest w środę do Burghausen, stamtąd to jest tylko ok 500km, wyjedziemy więc w czwartek rano. Pierwszy raz będę tak daleko i tak długo bez dzieci, ponieważ chłopcy w tym czasie będą u Rexa.

      Wyjazd planujemy między 10 a 11, w kościach czuję, że to jednak będzie 14-ta, bo K nie przestaje rozmawiać przez telefon. O 10-tej ma jeszcze 1500 spraw, a ja myślę sobie, że co się będę wkurzać, nigdy przecież nie wyjechaliśmy o czasie. Idę więc sobie na małe zakupy, a kiedy wracam, K już jest gotowy. Pakujemy szybko graty do auta i w drogę.

      - kochanie, jeszcze tylko podjedziemy do D. dać mu klucze od twojego auta, bo chłopaki dojadą nim do Burghausen, potem podjedziemy oddać film, bo zapomniałem wczoraj i we Wrocławiu muszę kupić sobie japonki w Tesco  i 2 worki kleju w Castoramie.

      Śmieję się, bo w ten sposób nasz wyjazd opóźni się o kolejne kilka godzin, ale w sumie gdzie nam się śpieszy…a japonki są niezbędne, bo K latem w innych butach nie chodzi. No chyba, że pada.

      Wyjeżdżamy. Po oddaniu kluczy i filmu uświadamiam sobie, że nie zabrałam żadnych ręczników i poduszki (u siebie w mieszkaniu K ma tylko 1  poduszkę). Nieśmiało wspominam o tym K, a ten z śmiechem na ustach zawraca do domu i biegnie po zapomniane rzeczy.

      Zahaczamy jeszcze o moją pracę – w biurze dowiaduję się, że nadal nie ma dla mnie pieniędzy. Jestem wkurzona, bo akurat teraz potrzebuję ich bardziej niż kiedykolwiek.

      Jak już kupiliśmy klapki i 5 ton jedzenia, zadzwoniła K2 z awanturą, że mój brat formatując komputer skasował jej jakieś programy. Awantura trwała już od wczoraj, ale moje nerwy osiągnęły apogeum dzisiaj. Gdybym na własne uszy nie słyszała, jak pytał czy zapisała sobie wszystko, bo przy robieniu kopii czasem można utracić niektóre dane, to bym ja nawet zrozumiała. Ale ona wzdrygnęła ramionami, więc Olo i tak zrobił kopię, ale coś się jednak nie skopiowało.

      No i w ten cudowny sposób czarodziejski nastrój prysł, co spowodowało, że wydarłam się na K wypluwając z siebie całą żółć zaległą chyba jeszcze z Łeby. A potem zrobiło mi się go żal, bo w sumie akurat w tej sytuacji zbyt wiele pomóc nie mógł. Ciśnienie mi o dziwo jednak zeszło i zrobiłam się całkiem grzeczna.  Tym bardziej, że przypomniałam sobie, że nie zabrałam żadnych butów K. Czyli ma tylko japonki nowe i stare i adidasy w Burghausen.

      Ok 18-tej wyjechaliśmy na autostradę. Droga minęła nam całkiem wesoło i w zasadzie bez korków. Mimo tęsknoty, czasem fajnie jest jechać bez dzieci. Mogę sobie trzymać rękę gdzie chcę, mogę czarować K i on też może robić co chce. Burghausen wita nas ok 1:30. Ustalamy jeszcze jutrzejszą trasę i kładziemy się spać.

       

       

      Czwartek, 17 lipca

       

      Rano spisujemy adres noclegu. Jeszcze raz sprawdzamy trasę, ustalamy, co mniej więcej chcemy zobaczyć, bo zwykle jeździmy nieprzygotowani i na żywioł. Okazuje się, że dwa noclegi, to jednak mało, więc szybko znajdujemy 3 nocleg w pobliżu jeziora Garda (o cudzie!) za jedyne 49 euro ze śniadaniem! Po prawie żadnym namyśle bukujemy i jesteśmy niby gotowi. K przypomina sobie jeszcze, że ma wjechać po drodze w dwa miejsca, więc już wiemy, że wyjedziemy nieco później, niż zakładaliśmy. Na początku myślę o przepakowaniu rzeczy i zabraniu tylko tych na 3 dni, ale potem stwierdzam, że szkoda czasu, załadowujemy się z powrotem do auta i wyjeżdżamy. Jest 10:00. Po drodze musimy wjechać do magazynu K, gdzie jest nasza lodówka samochodowa, bo bez niej będzie trochę ciężko, gdyż mamy ze sobą trochę jedzenia.

      K wyciąga woreczek z pieniędzmi:

      - kochanie, zobacz, rozbiłem naszą skarbonkę – mówi – tę, do której wkładaliśmy wszystkie drobne euro.

      Jest bardzo miły, bowiem tylko on to euro wkładał, gdyż albowiem ja w euro ciągle jeszcze nie zarabiam…Fakt jednak, że skarbonka stała przy naszym łóżku nietknięta przez rok przez nikogo. Woreczek wygląda  całkiem solidnie, więc myślę, że warto zobaczyć, na czym stoimy.

      - o, daj, to przeliczę po drodze – mówię, wyciągając rękę po woreczek

      - wiedziałem! – chichocze K – wiedziałem, że będziesz chciała przeliczyć, więc zostawiłem tobie to atrakcyjne zajęcie.

      - a masz jakieś woreczki, czy coś, żebym mogła gdzieś to przełożyć? – pytam

      - nie, ale może pozawijaj w papier toaletowy dziesiątki, to się nie pomiesza – odpowiada mądrze K.

      Tak też robię. W międzyczasie mamy jeszcze przystanek w sklepie i na stacji i znów jedziemy.

      Liczę i liczę, zawijam i zawijam, co nie jest łatwe, bo papier się nieco jednak rwie.

      - koniec – oświadczam – 380 euro w nominale od 10 centów do 2 euro

      - o, to będą całkiem fajne wakacje – cieszy się K, a mi się nie chce wierzyć, bo zupełnie zapomniałam o tej skarbonce. Wygląda na to, że będziemy tym płacić. K mówi, żebyśmy nie płacili kartami, bo inny jest wtedy kurs euro i chyba ma rację.

      Kierujemy się na Farra di Soligo, mamy tu wykupione dwa noclegi. Trasa wiedzie autostradą przez Austrię na Vilach i potem różnymi drogami poza autostradowymi przez Włochy na Weronę. Celem nie jest zwiedzanie miast, celem ma być Toskania i włóczęgostwo poprzez włoskie drogi i dróżki. Marzy nam się prawdziwa pizza wieczorem, posiadówki w różnego typu włoskich knajpkach i wino, wino, wino. K dodaje, ze jeszcze kobieta i śpiew. No to kobietę ma, ale śpiewać to chyba on będzie, bo ja wysiadam. W pokoju ma być internet, więc na miejscu zobaczymy sobie co chcemy dalej robić i w który dzień pojechać do Toskanii.

      Pogoda jest piękna, jest bardzo parno, ponad 30 stopni. Tym razem klimatyzacja nam nie wysiada i całkiem przyjemnie się jedzie.

      W Austrii kupujemy winietę, wjeżdżamy zadowoleni na autostradę i zonk, bo trzeba dopłacić jeszcze 11 euro za przejazd tunelem. K zły, bo nie lubi płacić za takie rzeczy, oj nie lubi. Ale jedziemy. Ja podziwiam wystające po obu stronach autostrady góry, K pyta, czy staniemy po włoskiej stronie na espresso. Pewnie, że tak! W pierwszej miejscowości, która nas urzeknie. Przed Vilach odbijamy na drogę nr 100.

      Dość szybko znajdujemy się po włoskiej stronie, gdzie zamieniam się w Pilota, Który Wie Najlepiej i teraz to ja pilnuję trasy. Jedziemy krajową 51. Na całe szczęście zaopatrzyłam się w zeszłym roku w samochodową mapę północnych Włoch i mam na mapie również małe miasteczka. Zatrzymujemy się w jednym z nich. Jest pięknie, nie ma zbyt wielu turystów, znajdujemy kawiarnię i siadamy na zewnątrz. Zapadam się w krzesło i zamykam oczy. K bierze mnie za rękę i delikatnie ściska.

      - jaką chcesz kawę, kochanie? – słyszę ciche pytanie

      - late – odpowiadam bez zastanowienia- zamówi proszę, ja cyknę parę zdjęć, ok? – mówiąc to wstaję i już chcę wyjść, ale podchodzi kelnerka

      - espresso bitte – mówi K – Grażka, a może chcesz jednak espresso?

      - czego pan sobie życzi? – kelnerka uśmiecha się szeroko

      - o, jak miło – uśmiecham się do niej również – skąd pani zna polski? – pytam z ciekawości

      - jestem z Ukrainy, pracowałam kiedyś w Polsce, w Lublinie – mówi – ale teraz jestem tutaj. Znam trochę polski i to czasem pomaga w takiej pracy.

      - no pewnie – zgadzam się – dobrze, że teraz pani nie mieszka na Ukrainie – dodaję

      - no dobrze, pewnie, tutaj jest dobrze, chociaż od miesiąca leje, dopiero dwa dni ładne, ale turystów nie ma. Wszyscy na nich czekamy.

      Kelnerka przynosi nam kawę, jest pyszna. Oboje jesteśmy trochę znużeni, K ma nadzieję obudzić się po tej kawie. Mamy parking na pół godziny, więc nie spieszymy się.

      Dalej droga prowadzi nas wśród dolomitów, widoki zapierają dech w piersiach, K co chwila zatrzymuje się, bo chce zrobić jakieś zdjęcie, śmieję się, że dziś chyba jednak nie dojedziemy. W końcu trafiamy na jezioro, które ma zielony kolor i rozpościera się u stóp gór. Teraz oboje wykrzykujemy ochy i achy i wysiadamy. Seria zdjęć i jedziemy dalej. Gdzieś w okolicy Longarone zagadujemy się i nie wiemy gdzie jechać. Trasa łączy się z autostradą, na którą nie chcemy wjechać. Zatrzymujemy się przed jakimś sklepem i próbujemy zapytać o drogę. Ja po angielsku, K po niemiecku. Nic. Obok nas na parkingu zatrzymuje się betoniarka i wychodzi z niej młody Włoch. Włosi są jednak bardzo przystojniJ Stoimy zrezygnowani z mapą w dłoni, K podchodzi do niego i próbuje zapytać. Włoch również nie zna żadnego języka poza włoskim, ale z tego, co się nam udaje zrozumieć, pochodzi z Farra di Soligo. Bierze jedną ze swoich faktur i na odwrocie rysuje nam drogę. Jakoś nawet udaje się nam porozumieć, domyślamy się niektórych rzeczy, K w końcu mówi, że już wie, no to jedziemy. K wyciąga szybko jedno piwo Żywiec i daje je w podziękowaniu Włochowi. Te wyraźnie ucieszony wchodzi z tym piwem do sklepu chwaląc się pozostałym. Wszyscy nam machają i odjeżdżamy.

      Miejscowości, które mijamy po drodze są bardzo malownicze. Musimy zjechać z drogi krajowej na poboczną drogę, żeby dostać się do Farry. Po drodze czytam K przewodnik i różne ciekawostki. Niebo zaciąga się czarnymi chmurami. Czuje lekki niepokój, bo okropnie boję się burzy. W oddali widać pioruny, zaczyna grzmieć. Wjeżdżamy do Campei – jest to jedna z malutkich miejscowości po drodze, ale tak piękna, ze gdyby nie deszcz, znów byśmy stanęli i pozachwycali się trochę. Obiecujemy sobie jednak, że tu wrócimy. Jedziemy dalej mijając winnice. Staram się ustawić nawigację, ale ta nie widzi adresu. W końcu ustawiam samą miejscowość, gdzie mamy mieć nocleg. Nawigacja kieruje nas na jakieś drogi polne, parę razy udaje się jej nas zwieść, ale K jest twardy i jedzie na czuja. Jako pilot odpadam tutaj, bo jednak aż takich małych miejscowości na mojej mapie nie ma i zupełnie tracę orientację, szczególnie w burzowej panice. Dojeżdżamy do Farry, ale nie możemy znaleźć Via della Riva. Przestaje lać, więc zatrzymujemy się przed pizzerią, gdzie siedzi grupka Włochów. K podchodzi do nich z mapą i wraca po mnie.

      - żaden nie mówi po niemiecku, chociaż jeden się porwał ale potem odpadł, spróbuj ty

      Próbuję po angielsku i coś z tego wychodzi. Okazuje się, że nie jesteśmy w Farra di Soligo, tylko w gminie Farra do Soligo, a sama miejscowość jest kawałek dalej. Jedziemy we wskazanym kierunku.

      - kochanie, jeszcze nigdy nie trafiliśmy bez problemu na nocleg – śmieję się do K – więc nie może być wyjątku…

      We właściwej Farra też nie możemy znaleźć adresu. K wchodzi do kolejnej pizzerii i tam okazuje się, że ten adres jest, ale w pobliskim Fontigo. Mamy jechać na Sernaglia della Battagila czy jakoś tak, potem kawałek dalej będzie Fontigo. Kiedy ustawiam na GPS Fontigo i wpisuję ulicę z numerem, nawigacja znajduje ją.

      - hurra! – krzyczę  -hurra! Już straciłam nadzieję!!!!

      Jedziemy. Mijamy Sernaglię i wjeżdżamy do Fontigo. Jest to maleńka zadbana wioseczka, ale zaraz, najbliższa piezzeria jest w Sernaglii, czyli na piechotkę już się nie posnujemy. Jestem trochę zawiedziona. K jednak całuje mnie i mówi, że teraz mamy się skupić na znalezieniu adresu. Jest wyraźnie zmęczony.

      O! Jest Via della Riva, tylko że…nie ma naszego pensjonatu…droga się kończy…

      K stwierdza, że jedziemy w głąb tej dziwnej uliczki, oponuję, ale całe szczęście, że mnie nie słucha, bo nagle wyłania się nasz domek. Mamy pensjonat na końcu świata. Nowiutki dom. Elis’ rooms. Pokój bez śniadania. Też nowiutki.

      Gospodarz czeka na nas, próbujemy się dogadać, jest dość sztywny, potem okazuje się, że to Węgier i bardzo słabo zna angielski. Internetu jednak nie ma, bo po burzy się zepsuł. Mamy za to wielkie łóżko i postanawiamy z niego skorzystać z bardzo pozytywnym skutkiem.

      - Kochanie, jutro postanowimy gdzie jedziemy – mówi K i kiedy idę się kąpać, kątem oka widzę, jak stoi nagi przy oknie i zasłania rolety…

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Europo, piękna Europo cz4 - wycieczka do Włoch cz1”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 lipca 2014 23:35
  • środa, 16 lipca 2014
    • Za dwie godziny jadę

      i nie mogę się doczekać:)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 16 lipca 2014 09:50
    • Dentysta sadysta...

      Pojechałam na tydzień na urlop i złamałam 2 zęby i paznokcia. Same straty ;-)

      Poleciałam więc szybko w poniedziałek do  mojego dentysty:

      - panie Wojtku, przygarnie mnie pan? - stałam w drzwiach gabinetu z miną Kota w butach ze Shreka

      - kurczę, nie wcisnę pani - mówi doktor patrząc w swój kalendarz

      - ale ja wyjeżdżam zaraz na 3 tyg za granicę...

      - dobra, wpiszę panią na koniec dnia na jutro, coś wymyślimy. Nie boli panią? Dziś jestem trochę nieprzytomny, przepraszam

      - nie nie boli, a to może lepiej, że nie dziś - śmieję się

      - a nie nie, jestem nieprzytomny, bo całą noc nie spałem

      - nie wnikam - śmieję się jeszcze bardziej

      - yyy, tzn dziecko nie dało mi spać - pan Wojtek rechocze wraz ze mną

      - to ja przyjdę jutro.

       

      No i wczoraj byłam, nawet termin się zwolnił, więc byłam szybciej i na spokojnie.

      Zęby złamałam na kurczaku z KFC w drodze powrotnej z wakacji - teraz to już w ogóle będzie mi się to źle kojarzyło. Będzie to najdroższy kurczak w historii...

      Pan Wojtek obejrzał zawartość mojej paszczy i pokręcił głową:

      -źle to wygląda...

      - no niech mnie pan nie przeraża

      - no tak, wygląda na to, że trzeba będzie założyć koronkę

      - i będę królewną, hehe - zaśmiałam się - ale panie doktorze, niech pan szuka innego wyjścia, bo na koronkę chwilowo mnie nie stać - mówię już na poważnie

      Doktor przygotował mnie do zdjęcia roentgenowskiego.

      - jak powiem, proszę nacisnąć mocno to, co kazałem pani przytrzymać, może zaboleć, ale musi pani docisnąć.

      - yhy

      - już

      ...

      - mocniej

      - y y

      - musi pani

      - yhy - powiedziałam z rezygnacją i docisnęłam.

      Zdjęcie wyszło pięknie. Mój ząb dostał jeszcze jedną szansę poza szansą na koronkę.

      - jak się pani nie będzie to trzymało, to koronka będzie musiała być - powiedział pan Wojtek

      - a jaki jest czarny scenariusz finansowy? - zapytałam go po wykładzie na temat, jak by to miało wyglądać

      - z leczeniem pod mikroskopem to do 2000zł -odrzekł pan doktor

      - oj, to się będzie trzymało - rzekłam z uśmiechem i oddałam paszczę w ręce doktora

       

      Dentyści mają do perfekcji opanowany język pacjenta i zwykle bezbłędnie odczytują znaczenie dwóch słów: y y i yhy. Jak można się domyśleć, te dwa słowa to klucz. Kto go zgłębi, może zostać dentystą. 

      Uśmialiśmy się jak nie wiem co, bo znamy się od lat i lubimy się bardzo. Tzn ja go lubię, a on chyba mnie. Jego asystentka też jest bardzo fajna.

      uśmiałam się tym bardziej, że nasza rozmowa wyglądała mnie więcej tak:

      - czy ten ząb był leczony kanałowo?

      - yyy yhy!

      - no to działamy

      -yyyyy

      - słucham?

      - chyba był

      - był na pewno

      - bo tak bym tu sobie spokojnie nie siedziała?

      - ano właśnie

      bzzzzzzzzzzzyyyyyyyyyyyyyy bzzzzzzzzyyyyyyyyyyyyyyyyy

      - yyyyyyyy! - wpadam w panikę

      - co się stało?

      - topię się - woda z tej jego szlifierki wlewała mi się do gardła i na nic zdał się ssak

      - aaa, za dużo wody wleciało?

      - yhy

      - już dobrze?

      - yhy

      bzzzzzyyyyyyyyyyyyy bzzyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy

      - teraz może panią zaboleć, bo nakładam kształtki

      -yhy

      - dać znieczulenie?

      - y y

      - no nie może pani wyjść nie wymęczona od dentysty - wtrąca ze śmiechem asystentka - to by było niemoralne

      - yhy - mówię z rezygnacją

      Kształtki są czymś bardzo ciekawym. Jak je doktor dociskał, to myślałam że za chwilę znajdę się pod fotelem. Jak tylko poluzował nacisk, od razu musiałam je podważyć językiem. Patrzyłam na niego przepraszająco, ale po kilku próbach się udało.

      - no, to ma pani oba zęby zabezpieczone. Ja wróci pani z wakacji, proszę się zgłosić - powiedział pan Wojtek -  a jak tam młodszy syn, nie chciał przyjść?

      - końmi go nie zaciągnę - mówię - za to starszy przyleci chętnie

      - wiem, zagląda tu czasem po szkole - śmieje się lekarz - obaj są pacjentami, których na pewno zapamiętam - dodaje ze śmiechem

      - dobra, I'll be back - mówię grubym głosem, płacę i żegnamy się.

      I kto by pomyślał, że dziewczynki nie zawsze marzą o koronie...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      środa, 16 lipca 2014 09:49

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

;