Cwałem przez życie

Wpisy

  • poniedziałek, 18 sierpnia 2014
  • niedziela, 10 sierpnia 2014
    • ...

      Jak mam przejść na druga stronę muru? Czuję się jak w klatce, coś mnie w niej trzyma, paraliżuje mnie, nie pozwala działać.

      Gdybym mogła zamknęłabym się w swoim pokoju i nie wychodziła. 

      Dopadł mnie lęk. Przed zmianą, brakiem pracy, przed problemami z naszymi dziećmi, przed Rexem, przed tym co nieuchronne. Przed życiem.

      Muszę wstawać rano, bo są dzieci. Do tego ciągle ktoś przyjeżdża - to akurat błogosławieństwo, bo inaczej znikłabym jednak. Ale nie mam siły, żeby coś zrobić, spacer jest dla mnie wyzwaniem. Pisanie jest wyzwaniem, wysłanie CV jest wyzwaniem, ugotowanie obiadu jest wyzwaniem...

      Chwilowo życie mnie przerosło.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 sierpnia 2014 22:31
  • poniedziałek, 04 sierpnia 2014
    • I tak poza tym, to mam doła

      Bo nic mi nie idzie jak powinno, K też nie. Ciągle tylko ciągnie w dół i w dół. I nie wiem, co zrobię, jak pracy nie znajdę. 

      A ex dziś wieczorem nie dzwoniła. Jej goście wyjechali. Z K2 za bardzo nie mam kontaktu od czasu wspólnych wakacji. Widocznie podobnie jak ja ma przesyt, co rozumiem i nie powiem, żeby mnie specjalnie martwiło.

      Rex przywiózł dzieci i zostawił bez słowa, nawet cześć nie powiedział. Alimentów też nie przelał. Ciekawe. 

      Chłopcy za to przyjechali stęsknieni, więc wytuliliśmy się jak nie wiem co. I nawet pierwszą kłótnię z Piotrkiem mam za sobą:)

      K poszedł spać, chyba ma dość wszystkich trzech bab, ale to tylko jego wina.

      Dom wariatów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „I tak poza tym, to mam doła”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 sierpnia 2014 01:04
    • My swoje, życie swoje

      Zamiast w środę wróciliśmy w czwartek w nocy. Jechało się fatalnie, bo co rusz albo roboty drogowe, albo wypadek. Mieliśmy wyjechać o 12:00, wyjechaliśmy o 16:00, ale to chyba nic dziwnego już. W zasadzie nie wkurzałam się wcale, bo gdzie mi się spieszyło? 

      Rano w piątek, kiedy ocknęliśmy się po podróży, okazało się, że K zapomniał zamówić kołnierzy do okien. Może nie tyle, że zapomniał, co nie skojarzył, że koniec miesiąca to już a nie za tydzień. Cały ranek szukaliśmy więc tych kołnierzy. Znaleźliśmy! Tak! W....Poznaniu. No to trzeba było jechać po nie, bo DHL na sobotę by nie dowiózł. Problem był tylko jeden: mieliśmy do dyspozycji tylko moje nieduże auto, bo bus K miał dojechać z Niemiec dopiero w sobotę rano. No to K zadzwonił do tego dystrybutora i zapytał o wymiary kołnierzy. Zmierzył mój samochód, ucieszył się, że wejdą i pojechaliśmy. Z przyjemnością oświadczyłam, że będę mu towarzyszyć, bo to raźniej zawsze, a dzieci miały wracać dopiero w niedzielę, więc co mi tam. Problem był tylko taki, że K umówił się z K2 o 17-tej we Wro, więc musiał zadzwonić, że przekłada spotkanie na sobotę. K2 bardzo chciała się z nim spotkać, myślałam, że ze względu na minione w ubiegły piątek imieniny.

      W drodze okazało się, że na pewno nie dojedziemy do 15-tej na miejsce, więc znów dzwoni K do dystrybutora, że będziemy jakieś 15 min później. Okazuje się, że jeden z pracowników mieszka w miejscowości, do której się jedzie w naszym kierunku, więc spokojnie możemy się nie spieszyć, poczekać na niego na umówionej stacji i tam przerzucimy towar. Tak też robimy, czekamy ok 1h na tej stacji, K zdążył się zdrzemnąć, w końcu patrzymy, jedzie nasz dystrybutor! wielce uradowani, otwieramy bagażnik, gotowi do startu, czyli do przeładowania kołnierzy. I tu zonk, bo kołnierze nie wchodzą ani przodem ani tyłem, ani bokiem ani w żaden inny sposób. Mina K bezcenna, podobnie jak moja.

      - ej, to jak mierzyłeś ten samochód? - no nie muszę, ale pytanie samo ciśnie się na usta.

      - dałbym głowę uciąć, że mierzyłem dobrze! - K jest wściekły, zmarnowaliśmy 200 km i cały dzień - jakie to są wymiary? - pyta nagle tego pracownika, co to przywiózł. Ten mu mówi.

      - no widzisz  to gość mi chyba podał wewnętrzne, a nie zewnętrzne! - K już rozumie skąd ta rozbieżność. bo bez kartonów by weszły, ale nie będę ryzykował, że się zniszczą.

      - mogę je panu przechować u mnie w domu - oferuje swą pomoc pracownik - nie ma żadnego problemu, a pan jutro by przyjechał większym autem. Z daleka pan jest? - pyta z zaciekawieniem.

      - niech pan nie pyta - mówię - raczej z daleka.

      K myśli i myśli, aż w końcu proponuję, żeby skorzystał z oferty pana pracownika. Jest w tej sytuacji najrozsądniejsza. Tak też robimy i wracamy.

      Po drodze K opowiada mi, jak mu się wszystko chrzani w tej pracy, że nie ogarnia i że ma dość. Rozumiem go, bo faktycznie pech go prześladuje.

      - dobrze, że P. wraca jutro busem - mówię - to akurat się nim podjedzie.

      Jesteśmy zmęczeni, więc po drodze wstępujemy na kawę do mojego kuzyna i pędzimy do domu.

      Rano w sobotę K jedzie znów po kołnierze. Sam, bo ja jadę do rodziców. jesteśmy jednak w kontakcie, bo jestem ciekawa czy wszystko się powiodło.

      - odebrałem! - cieszy się K ok 13-tej - wracam już.

      Od tego telefonu dłuższy czas się nie odzywa, więc dzwonię, czy może już dojechał.

      - nawet nic nie mów. Bus mi się zepsuł. Stoję w Ostrowie i próbuję zobaczyć co się stało. Wężyk od wspomagania strzelił.

      Na chwilę zamieram, ale nagle przychodzi mi coś do głowy.

      - tak miało być! - wypalam - gdybyśmy wczoraj odebrali, bus by stał aż do twojego wyjazdu a potem rozkraczyłby ci się na autostradzie. A tak w poniedziałek naprawisz go u nas i spokojnie pojedziesz dalej. To nie pech,to szczęście, że tak się potoczyło. Mielibyśmy dużo większy problem.

      - tylko, że znów muszę przełożyć spotkanie z K2 na niedzielę. 

      Wracam wieczorem i wyciągam go na spacer. Sądzę, ze dobrze nam zrobi, bo pogoda piękna i jest bardzo przyjemnie. Uszliśmy jakieś 200 m, gdy zadzwoniła jego ex.

      U jego ex są obecnie goście: jakieś małżeństwo z dwójką dzieci. K ich nie zna, ale nie musi, K2 pojechała tam, ale o coś się pokłóciła z mamą i wyjechała. Codziennie ok 21 któreś z tych dzieci chce grać i ex próbuje te gry włączyć, ale że nie umie, a z K2 się nie odzywa, to dzwoni do K. Gdyby to nie była ta pora i to, że codziennie, to pal sześć. Ale dzień był dość stresujący, to mnie trochę wnerwiło, tym bardziej, że K też nie wiedział, jak to się uruchamia i musiał dzwonić do K2, żeby się dowiedzieć, bo ani ex nie zadzwoni do K2, ani K2 do ex. Po 4 telefonie nie wytrzymałam, a K się bardzo zdziwił, że mnie to wkurza.

      - no wkurza, jak cholera mnie wkurza, a jak nie wyłączysz tego cholernego telefonu, to wracam i koniec romantycznego spaceru. To nie choroba ani jakiś kataklizm, awaria poważna, tylko gra o 21 z minutami, gdzie dzieci powinny spać! - mam słowotok - a ja codziennie nie mogę niczego z tobą zrobić, bo wiecznie są telefony od ex! I to nie jeden a pięć! Nawet o 23! Tak, jakbyś nie miał prawa do własnego życia. Przyjedź natychmiast, przywieź mi to, przywieź tamto. Co to kurna jest? Nie ma do kogo zadzwonić? tym bardziej, że z K informatyk żaden przez wielkie Ż.

      Dzień wcześniej pojechał tam uruchomić inną grę, więc dzisiaj ex też chce, żeby przyjechał, bo do K2 nie zadzwoni i już.

      K patrzy na mnie i mówi do telefonu, że nie przyjedzie, bo nie może. Bo ma inne plany. Nie, nie może. Nie potrafi jej pomóc. Niech zadzwoni do K2. Nie, on nie będzie już nigdzie dzwonił. To tylko gra, może przecież włączyć tą co wczoraj. 

      No to resztę spaceru kłócimy się i godzimy. Ex wcześniej prawie w ogóle się do niego nie odzywała, więc nie wiem, co jej się stało i nic nie rozumiem. Może chce coś udowodnić tym znajomym, a może licho wie co. Generalnie nerwy z postronków się urwały. Tłumaczę K, że ja nie wydzwaniam do Rexa, tym bardziej, gdy jest wieczór i wiem, że jest z Anką. Jak coś się dzieje, dzwonię do brata, jak K nie może. Ex K też ma braci i siostry ma i faceta pewnie też. 

      W końcu wygadaliśmy się, wróciliśmy i poszliśmy spać. Rano K pojechał do ex, bo kot zaginął. Kota K kocha, to wiem, więc już nic nie jęczałam. Pojechał i już. Po południu udało mu się w końcu spotkać z K2, umówił się we Wro, pojechał cały w skowronkach, co prawda dzień wcześniej jeszcze mówił coś o rozmowie na temat relacji z K2 z mamą, ale coś to chyba najwidoczniej wyparowało. Mówię mu, że jestem ciekawa, co K2 przygotowała mu na imieniny.

      Po 3h telefon. To K. Cieszę się, bo już zaczynałam się niepokoić. 

      - jak tam kochanie, już po spotkaniu?

      - w zasadzie nie, bo K2 chce przyjechać ze mną do domu

      - do domu? - dziwię się, bo przecież z matką nie gada - do naszego?

      - nie, do ex, bo chce zobaczyć się z kotem

      - aaaa - obiecałam sobie, że nie skomentuję - a jak wam minął czas? Jak tam imieninowa niespodzianka?

      - eee, od K2 nic nie dostałem, bo nie miała pieniędzy, pojechaliśmy więc coś zjeść, tzn K2 jadła, a ja nie, bo nie byłem głodny, a w zasadzie pomyślałem, że będziesz na mnie czekać z kolacją, poprosiła mnie jeszcze, żebym z nią pojechał do Tesco i zrobił jej zakupy, bo wiesz, z kasą krucho.

      - a potem przywiózł do domu - dokończyłam grzecznie. Już zrozumiałam, dlaczego tak jej zależało na spotkaniu z ojcem.

      Zaczynam mieć koszmary senne, że tak wychowam sobie dzieci.

      Najlepiej jednak to ma K:  z jednej strony ex, z drugiej strony K2 a z trzeciej strony ja. I każda czegoś chce! Przesrane.

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „My swoje, życie swoje”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 sierpnia 2014 00:52
  • czwartek, 31 lipca 2014
    • Koniec

      Jednak dziś wyjeżdżamy, ok 15-tej. Z jednej strony chciałabym tu zostać, ale przecież i tak nigdzie przed sobą nie ucieknę. No i dzieci nie ma, co najważniejsze. Trzeba będzie się ocknąć i zacząć działać, wziąć się w garść i myśleć co z pracą. Kolejny raz od nowa. Plus jeden, że chyba trochę tutaj naładowałam akumulatory. 

      I'll be back...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 lipca 2014 09:23
  • środa, 30 lipca 2014
  • wtorek, 29 lipca 2014
    • Pobudka!

      Ze snu wyrwał mnie dźwięk telefonu, a tak mi się dobrze spało! Porozmawiałam chwilę półprzytomnie nieco, poczłapałam do kuchni po jakieś śniadanie i chyba trzeba zacząć się ogarniać, bo prawdopodobnie jutro wracamy. A nie chce mi się.

      Zobaczymy, co dzień przyniesie, chociaż za bogato nie będzie, bo od wczoraj wiem, że w ciąży nie jestem, co jest radością wielką, ale na ogólne samopoczucie wpływa niezbyt pozytywnie. Cały czas mam wrażenie, że zaraz zemdleję, więc boję się wyjść gdziekolwiek sama.

      Wypoczęłam tu bardzo, K chyba udziela się mój lekki nastrój, bo widzę, że chodzi zadowolony i mniej spięty. 

      - cieszę się, że tu jestem - powiedziałam mu wczoraj w nocy - pomimo tych akademickich warunków jestem tu szczęśliwa

      - ja też się cieszę, zawsze chciałem, żebyś przyjechała. Jestem jakiś nawet spokojniejszy - potwierdził moje wcześniejsze obserwacje

      - a z czego to wynika? - zaciekawiła mnie ta odpowiedź

      - z tego, że jesteś ze mną, że nie jesteś sama w Polsce, gdzie wszystko się może zdarzyć a mnie nie będzie, bo będę tutaj.

      Mój kochany, troskliwy Tygrysek. Jak tu zrobić, żeby to się nie zmieniło? Te relacje nasze? Żeby nie zagubić się w codzienności?

      Ciągle mam wrażenie, że to się skończy, że trzeba żyć pełnią życia tu i teraz, trzymać się tego szczęścia póki jest, bo nie wiadomo, jak długo z nami zostanie i ładować akumulatory na gorsze czasy, które oby nie nadeszły.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 lipca 2014 09:44
  • poniedziałek, 28 lipca 2014
    • Jak w akademiku

      W mieszkaniu K są 3 pokoje, z których 2 zajmują jego 3 współpracownicy ( R. - człowiek wieczny malkontent, J - student 5 roku budownictwa i P. - wieloletni przyjaciel K, którego bardzo lubię), a 1 my. Oczywiście nigdy bym nie pomyślała, że Niemcy zbudują blok, w którym słychać każde wyszeptane przez sąsiada słowo...co oczywiście jest powodem wielu naszych stresów:) Samo mieszkanie jednak jest bardzo ładne i nawet jak na facetów, całkiem zadbane. W zasadzie przez ten układ, czuję się jak w akademiku, tym bardziej, że nie ma dzieci.

      Przyjeżdżając tutaj znałam 2 jego współpracowników, trzecim jest młody chłopaczek, student jeszcze (budownictwo), więc wieczorami jest wesoło, bo dyskutujemy w zasadzie na wszystkie tematy. Wczoraj rozmawialiśmy o powstawaniu i przetwarzaniu ropy naftowej, ponieważ w Burghausen jest rafineria. Oczywiście to mój konik, więc byłam w swoim żywiole, czym ich zaskoczyłam z przyjemnością, no bo skąd mieli wiedzieć, że to mój kierunek studiów? Okazało się, że pamiętam całkiem sporo i byłam w stanie odpowiedzieć na "100 pytań do", łącznie z ciekawostkami i K zrobił się trochę zazdrosny. Oczywiście stanęło na tym, że skoro jestem inżynierem, dlaczego nie mieszkam tutaj, gdzie są 3 duże zakłady chemiczne, w tym rafineria właśnie? No właśnie, dlaczego? Tym bardziej, że kocham to miasteczko miłością wielką (Toskanię też oczywiście) i co tu przyjeżdżam, kłaniam się polskim korzeniom na zamku Jadwigi i w Raitenhaslachu, gdzie byliśmy wczoraj. No bo, proszę panów, nie da się bez dzieci, a dzieci nie chcą, bo zmiany, bo tata, bo język...temat nie do przeskoczenia w tej chwili. Ale zawsze pomarzyć można.

      W każdym razie jest miło i sympatycznie, dzień za dniem mija, zostałam też pokonana w pomyśle, jak rozwałkować ciasto bez wałka, bo ja wałkowałam rogaliki słoikiem, a Student robił nam pizzę i wałkował...termosem. Wygrał.

      Wczoraj było wolne, więc postanowiliśmy gdzieś pojechać. Najpierw miał to być Salzburg, gdzie już kilka razy byłam, ale R powiedział, że w Tittmoningu jest flohmarkt, a zawsze chciałam zobaczyć, jak to wygląda no i się wszyscy zebraliśmy, żeby tam pojechać. R stwierdził, że nie jedzie z nami, tylko rowerem K i czy K ma jakąś pompkę. P popatrzył na ten rower i zapytał R, czy bierze też dętki, bo te nie wyglądają najlepiej, a do Tittmoningu jest 17km. Nie nie, spoko Maroko, dętki nie są R potrzebne. I R pojechał. Po jakiś 15 min my też, tzn K, Student, P i ja.

      Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że R pomylił chyba Samstag z Sonntagiem, bo Flohmarkt...był wczoraj. Porechotaliśmy chwilę z R który ciągle jeszcze pedałował w naszym kierunku i usiedliśmy sobie na murku licząc mu czas. R nie było i nie było, w końcu P zadzwonił do niego i okazało się, że R zabłądził i siedzi sobie właśnie nad jakimś jeziorkiem i moczy nóżki. No to stwierdziliśmy, że niech je sobie moczy, a my pójdziemy na zamek.

      Zamek nie był jakiś szczególnie ogromny, za to otwarte było muzeum i mogliśmy sobie trochę pooglądać. Ponieważ chłopcy pogrążyli się w głębokich rozważaniach na temat nakładania tynków, układania cegieł, grubości murów itd, oddaliłam się nieco od nich i poszłam pooglądać sobie widoczki z mostku, na który zaraz mieli przyjść. Postałam tam chwilę, a że nie przyszli, to poszłam sobie kawałek dalej, na punkt widokowy. Miejsce było niezwykłe: nie dochodziły tam żadne dźwięki, schowane nieco za murem (ale nie na tyle, żeby go nie znaleźć), wystawione na słońce, znajdowały się tam trzy ławeczki. Było bardzo energetyczne, do tego stopnia, że nie wiem czemu, ale stałam tam chwilę z rozłożonymi rękami i zamkniętymi oczami wchłaniając padające na mnie promienie Słońca, wyciszając wszystkie myśli. Pełna kontemplacja. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie jestem przecież sama, a chłopcy już dawno powinni byli do mnie dojść. Zebrałam się więc i poszłam ich szukać. Kiedy weszłam na plac zamkowy, zobaczyłam chodzącego w kółko Studenta. Był sam.

      - hej, a gdzie reszta? Czekałam na was za mostkiem...

      - szukają cię, poszli zobaczyć na dół, do auta - Student zaczął się śmiać - K. wpadł w panikę, kazał mi tu zostać, a razem z P poszli na dół

      - hm, sorry - zrobiło mi się trochę głupio - byłam pewna, że przyjdziecie na ten mostek

      - byliśmy - Student spojrzał na mnie dziwnie - nawet byliśmy za mostkiem, ale nigdzie ciebie nie było

      - a tam był taki punkt widokowy... -zaczęłam nieco zbita stropu. Nie słyszałam ich nawoływania, może byłam tam dłużej niż sądziłam... - no dobra, chodźmy do nich...

      Schodziliśmy z góry śmiejąc się z całej sytuacji. Czułam się jak zagubiona i odnaleziona pięcioletnia dziewczynka. Nie mogłam tylko zrozumieć, jak K mógł pomyśleć, że zeszłam na dół nie mówiąc mu o tym. Pomyślałam, że może być trochę jednak zły.

      Chłopcy zobaczyli nas z daleka i odmachali. 

      - gdzieś ty się schowała? - P nie ukrywał nawet rozbawienia - wyparowałaś, jak kamfora!

      Spojrzałam wzrokiem shrekowego Kota W Butach na K.

      - naprawdę pomyślałeś, że zeszłam sama na dół bez mówienia wam o tym? - zapytałam cichutko - a ja siedziałam sobie na ławeczce tylko i czekałam na was...

      K przytulił mnie mocno.

      - a ja myślałem, że cię porwali- powiedział całkiem poważnie i przysięgam, że wydawało mi się, że wcale nie żartuje.

      - ale kto? - pytanie samo cisnęło się na usta. P. stał obok skręcając się ze śmiechu. - Indianie?

      - nie wiem, K nie wypuszczał mnie z objęć - ale myślałem, że zwariuję, tak się o ciebie bałem.

      - przepraszam - wymamrotałam mu w szyję - w ogóle nie pomyślałam...

      Nagle rozległ się dźwięk telefonu. To był R.

      - musimy wracać - K roześmiał się - P, będziedziesz miał teraz ksywkę WRONA

      - dlaczego - zdziwił się P

      - bo kraczesz. R. zerwał łańcuch i przebił oponę. Musimy go zabrać z trasy. Zgubił się, zamiast 17 km zrobił 25 km, ale się odnalazł. Czeka na nas pod tablicą Tittmoning.

       

      R z wdzięcznością wpakował się nam do auta. Rower chłopcy schowali w krzakach, Student wraz z R mieli podjechać po niego busem. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w punkcie widokowym na rzekę. Była tam mała wieżyczka, której balustradka została barwnie ozdobiona przez zapewne Nietubylców, napisami typu: jebać Hitlera, ja tu byłem, Niemcy do gazu itd. Wspólnie wywnioskowaliśmy, że pewnie nikt tego nie tłumaczył, bo tych napisów by już nie było. R długo wpatrywał się w ten swoisty malunek, aż w końcu stwierdził, że to musiały być jakieś dzieci, bo kto by nosił przy sobie tyle kolorowych flamastrów!

      Pstryknęliśmy sobie jeszcze fotkę pod tytułem K i Przyjaciele oraz Panienka z okienka i pojechaliśmy do domu.

      Pod domem uznaliśmy jednak, że jedziemy jeszcze do Raitenhaslachu, bo P jeszcze tam nie był, a nam się nudzi, więc wysadziliśmy Studenta i R. (oni mieli busem jechać po rower) a my pojechaliśmy dalej.

      Raitenhaslach jest uroczym miejscem, tym bardziej, że znajduje się tam przyjemna restauracja, a my byliśmy bardzo głodni. Czas mijał nam bardzo miło, tylko K trochę się zaczął denerwować, bo dyskutowaliśmy na różne tematy i P zawsze trzymał moją stronę. Żeby załagodzić sytuację, poszłam do samochodu po kocyk i poduszkę, które to rozłożyłam na trawce obok stolików restauracji i zaprosiłam chłopaków na łono przyrody. Jako, że obok naszego kocyka były jeszcze dwa inne, chłopcy nie czuli skrępowania i tak sobie leżeliśmy zaglądając do nieba, aż w końcu zrobiła się 16-ta i K zarządził odwrót.

      Jechaliśmy już w stronę domu, gdy ktoś wpadł na pomysł, żeby pojechać na basen. W końcu tak ładnie jest. No to znów zahaczyliśmy o dom, żeby zabrać stroje i ewentualnie Studenta i R. koniec końców zabraliśmy tylko stroje, bo chłopcy robili właśnie dla nas niespodziankowy obiad (oczywiście zjedliśmy go, ale na kolację - co za życie!) i pognaliśmy dalej.

      Na basenie miałam piękny widok na skaczących z trampoliny P i K, którzy wręcz prześcigali się w stylu i wariacjach, ale i tak nie mogli dorównać dzieciom, które skakały z lekkością motyli robiąc przy tym najróżniejsze piruety.

      - żałośnie to wygląda, co? - P podszedł do mnie na chwilę - słoniowe skoki

      - nie no, spoko - zaśmiałam się - ale i tak najlepiej wychodzi to dzieciom

      Słońce schowało się za chmurami, więc zrobiło się trochę chłodniej. Było już z resztą po 19-tej, więc zaczęliśmy się zbierać. W drodze powrotnej rozmawilśmy o filmach, bo okazało się, że P lubi te same filmy co i my. Podałam mu więc parę tytułów wartych obejrzenia, m.in. Nietykalnych.

      Wieczorem zapytałam K, czy coś oglądamy, odparł, że chętnie. 

      Po kolacji P zapytał, jaki to był tytuł, bo zapomniał. Powiedziałam, że Nietykalni i że wieczorem oglądamy.

      - o - ucieszył się P - to super! A gdzie, u nas czy u was?

      - wy u was, a my u nas - odpowiedział za mnie K obejmując mnie - teraz Grażka jest tylko moja. 

      Trochę mnie zaskoczył, ale w zasadzie nie miałam nic przeciw, tym bardziej, że chętnie spędziłabym z nim parę chwil sam na sam...

      K miał najwyraźniej nieco inne plany niż stricte oglądanie, bo przed filmem przyniósł mi schłodzone piwo. Alkohol zwykle działa na mnie, czego zupełnie nie mogę pojąć, jak włącznik instynktu reprodukcyjnego. Jest to zjawisko niezwykłe dla mnie, bo nie do opanowania, do tego ściśle wpasowane w temperament K, co stanowi mieszankę dość niebezpieczną. 

      - jak będziesz tak na mnie patrzył, to żadnego filmu nie obejrzymy - wyszeptałam mu do ucha.

      Cały czas zastanawiam się, jak to działa, ta cała chemia i feromony, że to akurat on i tylko on. I że do szaleństwa. I że noc jest za krótka.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 lipca 2014 09:36
  • niedziela, 27 lipca 2014
    • Das ist Ihre Tochter?

      Wczoraj świętowaliśmy imieniny K z racji tego, że w piątek nas nie było. K jeszcze rano jechał do pracy, więc szybko upiekłam rogaliki (pierwszy raz wałkowałam słoikiem!), zrobiłam obiad, a gdy K wrócił, wraz z jego współpracownikami poszliśmy na miasto, bo miał być festyn. Akurat w piątek były koncerty rockowe, więc stawiliśmy się na Altstadtcie z nastawieniem na podobne klimaty. Akurat jednak gdy doszliśmy koncert dawała bawarska grupa folklorystyczna...grająca walce i bawarskie kawałki. Niewiele się zastanawiając pociągnęłam K i poszliśmy się bawić na podium, gdzie głownie szalały dzieci i kilka par po kursach tańca, co było widoczne, bo dokładnie liczyli kroki. 

      Nie umiem tańczyć w butach, więc je zdjęłam. Nie powinnam tez w okularach, bo zawsze się boję, że mi spadną, ale tych już nie zdjęłam. Poszliśmy na żywioł. Nawet nie wiedziałam, że się tak wybawię! 

      W końcu się trochę zmęczyliśmy i poszliśmy na piwo do ulubionej knajpki K - do Piffy. K ma tam wielu przyjaciół, ponieważ bywa tam od lat 26. Wchodzimy więc, ale wejść się nie da, bo ciągle:

      - hallo!

      - ciao!

      - serwus!

      Nawet nie wiem, ilu osobom mnie już przedstawił jeszcze w ogródku, aż wreszcie udało nam się przedostać do środka, gdzie w szerokim uśmiechem powitała nas właścicielka knajpki.

      - Hallo K! - zawołała do niego i uśmiechęła się do mnie patrząc pytająco na K.

      - das ist meine...- zaczął K, a ona szybko weszła mu w zdanie kończąc: - Ihre Tochter?

      Myślałam, że się posikam. fakt, że było ciemno, to mogła się za bardzo nie przyjrzeć. K zmartwiał, a ja jej pięknie podziękowałam za komplement. Chłopaki skręcali się ze śmiechu. Fakt, wszyscy wiedzieli, że K ma dorosłą córkę. Tak więc mogę robić za K2.

      Kolejny toast wznieśliśmy więc za wieczną młodość i poszliśmy oglądać pokaz światło-dźwięk, czyli fajerwerki na rzece. Ten sam, który za pierwszym razem, gdy przyjechałam tu z dziećmi, hukiem wyrwał nas ze snu.

      Wracaliśmy górną częścią Burghausen - przez zamek, wspinając się po wielu malutkich schodkach na górę z widokiem na cale miasto i płynąca na dole rzekę.

      Po tym wieczorze znów utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to jedno z miejsc, gdzie mogłabym mieszkać. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grazkaj12
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 lipca 2014 08:53